Jego nazwiska nigdy już nie poznamy. Nie zna go nawet prezydent Obama. Chodzi o komandosa z elitarnego oddziału Navy Seals, który oddał śmiertelny strzał do Osamy Bin Ladena w czasie pamiętnego rajdu w Pakistanie. Natomiast szczegóły tej niezwykłej operacji stają się coraz bardziej jasne.
Szturm na kryjówkę Bin Ladena w Pakistanie był dziełem 6-osobowej, doborowej grupy Navy Seals (choć w sumie w operacji uczestniczyło 23 żołnierzy), czyli komandosów, którzy nie mają rzekomo równych sobie na świecie. I to właśnie ta szóstka gościła później w Białym Domu, by przyjąć gratulacje od prezydenta Obamy. Jednak naczelny dowódca amerykańskich sił zbrojnych w żaden sposób nie próbował się dowiedzieć, kto dokładnie strzelał. Zadowolił się ogólnym opisem przeprowadzonej akcji, zdając sobie doskonale sprawę z tego, iż żołnierz, który w decydującym momencie pociągnął za cyngiel, stałby się – w przypadku ujawnienia jego tożsamości – celem potencjalnych ataków do końca życia.
O ile jednak nikt w zasadzie nie wie, kto konkretnie zastrzelił poszukiwanego od lat przywódcę al-Kaidy, szczegóły dramatycznej operacji w Pakistanie są coraz bardziej jasne.
Rajd w pakistańskim mieście Abbottabad był od samego początku niezwykle ryzykowny. Różni doradcy prezydenta oraz ludzie z CIA czasami określali prawdopodobieństwo obecności Osamy w obserwowanym od wielu tygodni kompleksie domów na 95%. Problem w tym, że czasami szacowali to samo prawdopodobieństwo tylko na 40%. Innymi słowy, komandosi mogli znaleźć się w śmiertelnym niebezpieczeństwie bez żadnej pewności, że ich akcja, nazwana kryptonimem „Geronimo”, zakończy się powodzeniem.
Andrzej Malak
Pełna wersja artykułu w aktualnym wydaniu Kalejdoskopu nr 32