Alicja Otap: Serdeczne gratulacje, Panie Prezesie, z okazji przyznania tytułu Człowieka Roku 2025 przez naszą gazetę w wyrazie uznania dla wielu dekad w służbie na rzecz Polaków w USA i w Polsce, z czego 20 lat na stanowisku krajowego prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej, KPA. Bardzo dziękujemy za przyjęcie nagrody. Wiemy, że nie była to dla Pana łatwa decyzja.
Frank Spula: Rzeczywiście przyjąłem wyróżnienie z pewnym wahaniem. Bardzo cenię sobie ludzi, którzy dostają nagrody, ale ja osobiście wolę pozostawać w cieniu i nie lubię ich sam otrzymywać. Jednocześnie jestem wdzięczny za to wyróżnienie, które przyznała mi gazeta. Bardzo za nie dziękuję.

Przewodzenie KPA to 20 lat ciężkiej pracy i wielu poświęceń z Pana strony. Dużo podróży, wiele spotkań z urzędnikami i politykami, setki napisanych listów, wiele podjętych decyzji – wszystko w najlepszym interesie Polonii, Polski, Polaków i polskiej diaspory w Ameryce. Ale najpierw cofnijmy się nieco w czasie. Zanim został Pan wybrany na prezesa KPA na szczeblu krajowym, był Pan bardzo aktywny na szczeblu stanowym i przez siedem lat, od 1992 do 1999 roku, pełnił Pan funkcję prezesa oddziału stanowego KPA w Illinois. Czy to właśnie w tym czasie otrzymał Pan przygotowywanie do roli lidera na szczeblu krajowym?
– To był bardzo trudny okres, również w historii społeczności polsko-amerykańskiej i w KPA. Tak wiele ludzi i organizacji było wówczas zaangażowanych w działalność. Zmagaliśmy się z kwestiami dotyczącymi NATO i członkostwa Polski w Sojuszu. Miałem to szczęście, że pracowałem ze wspaniałymi ludźmi. Wszyscy pracowaliśmy razem jak jedna wielka, szczęśliwa rodzina. Oczywiście zdarzały się nieporozumienia, ale przede wszystkim panowała zgoda, jeśli chodzi o wykonanie zadania. Byli to ludzie w różnym wieku, z różnych kultur, nowi imigranci, ludzie „Solidarności”, Amerykanie i Polacy. Był to okres integracji, nauki i pracy. Rzeczywiście był to dobry fundament do późniejszego objęcia funkcji prezesa krajowego KPA.
Wybory na prezesa krajowego KPA wygrał Pan w 2005 roku. Jak Pan wspomina ten czas?
– Zmarł ówczesny prezes, pan Moskal, i to był smutny moment dla nas wszystkich z obu organizacji, Związku Narodowego Polskiego i Kongresu Polonii Amerykańskiej. Kiedy nadszedł czas zjazdu krajowego w Waszyngtonie, zostałem delegatem z ramienia KPA z oddziału stanu Illinois i ze Związku Narodowego Polskiego, a celem spotkania były wybory. Zostałem nominowany i zaraz wybrany, na samym początku spotkania, i musiałem je poprowadzić. Wiedziałem, jak prowadzi się zebrania. Znałem procedury, ale byłem zaskoczony, bo tak wiele ważnych kwestii było przed nami. Ale dałem radę. Zostałem zaprzysiężony w Ambasadzie RP i to był dla mnie wielki zaszczyt. To była moja pierwsza wizyta w ambasadzie. Zostałem tam przedstawiony, spotkałem się z uznaniem i otrzymałem pochwałę od ówczesnego ambasadora. Gratulowano mi. Nawet nawiązaliśmy – moim zdaniem – koleżeńską więź, dzięki której mogliśmy współpracować, co było bardzo ważne. Od tej pory zawsze miałem wsparcie polskiego rządu, czyli polskich urzędników w Waszyngtonie, a także naszego konsula tutaj w Chicago.
Jakie cele stawiał Pan sobie przejmując stery KPA?
– Najważniejsze było przede wszystkim to, aby mówić jednym głosem w naszej społeczności. To zawsze jest bardzo trudne. Ale uważam, że jest to kluczowe dla sukcesu na szczeblu lokalnym, stanowym i krajowym. Trzeba mówić jednym głosem, ponieważ inaczej powstaje zamieszanie i wybrani urzędnicy nawet nie chcą z nami rozmawiać, bo uważają, że sami nie wiemy, czego chcemy. Kiedy więc mówimy wszyscy jednym głosem i zmierzamy w tym samym kierunku, rozwiązujemy problemy.
Najpierw w wydziale stanowym, a później w krajowym KPA starał się Pan zaktywizować młodzież do działania w organizacji.
– Sporo nam się udało na polu zaangażowania młodych ludzi w wybory. Rejestrowaliśmy do głosowania, co było priorytetem wydziału stanowego KPA i mieliśmy w tej dziedzinie duże osiągnięcia. Zapoczątkowałem tradycję spotykania się z kandydatami na urzędy. Tradycję, która kontynuowana była przeze mnie na szczeblu krajowym i trwa do dzisiaj. Pamiętam, jak na nasze fora wyborcze w wydziale stanowym, wtedy w siedzibie na Milwaukee Avenue, przychodziło co najmniej 50 kandydatów z różnych rejonów aglomeracji chicagowskiej i różnych poziomów władzy – od radnych poprzez kongresmenów aż do senatorów. Czekali w kolejce, aby przedstawić się na naszym forum.
Pamiętam fora kandydatów organizowane przez wydział stanowy KPA, bo na wielu z nich byłam obecna. Te akcje uświadomiły społeczności polonijnej, jak ważne są wybory na poziomie lokalnym i jak ważna jest polityka lokalna.
– Polityka lokalna jest równie ważna jak zaangażowanie w sprawy polskie. Wierzę w to, że Polska potrzebuje Polonii i KPA równie mocno, jak my potrzebujemy Polski. Musi być współpraca między nami i przez te wszystkie lata była. I to dlatego, głęboko w to wierzę, ponieważ nigdy nie angażowaliśmy się w wewnętrzną politykę Polski, ponieważ trzeba szanować władze, która zostały demokratycznie wybrane. Trzeba mieć szacunek dla urzędu. To głos demokracji tworzy zasady. Szczerze wierzę, że utrzymujemy relacje wzajemnego szacunku od wielu, wielu lat. Przypominam sobie teraz, skoro mówimy o tych wszystkich dobrych czasach historycznych, że po wygranych wyborach przez prezydenta Kaczyńskiego, został zaproszony do Chicago (wizyta 25 września 2007 r.).
Warto przypomnieć, że to właśnie Pan był jednym z głównych organizatorów wielu wydarzeń związanych z chicagowską wizytą prezydenta Lecha Kaczyńskiego we wrześniu 2007 roku, mniej więcej dwa lata po objęciu przez Pana stanowiska prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej.
– Tak, rzeczywiście. Współpracowałem z polskim ambasadorem i polskim konsulem generalnym, aby zorganizować bankiet na cześć prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Na bankiecie było 1400 osób. Prezydent Kaczyński był wdzięczny, Polska była wdzięczna. Wizyta była sukcesem. Z ambasadą i konsulatem podejmowaliśmy i realizowaliśmy wspólnie również wiele innych projektów, między innymi zapraszając tu wielu innych (polskich) dygnitarzy. Niedługo po wizycie prezydenta Kaczyńskiego zawitał do nas Radosław Sikorski, wówczas minister spraw zagranicznych. Pojawiła się kwestia podwójnego opodatkowania emerytur Polaków w USA. Ludzie bardzo narzekali, więc przedstawiłem mu sprawę. Powiedział, że prezydent właśnie podpisał umowę między rządem USA a rządem polskim i że nic nie da się z tym zrobić. Podkreślałem, że ludzie narzekają i sporządziliśmy list ze skargą. Byliśmy więc bardzo aktywni od samego początku i zajmowaliśmy się sprawami polskimi. Członkowie zarządu KPA, z którymi współpracowałem na szczeblu krajowym, byli bardzo zaangażowani i kompetentni. Wiedzieli, co robią. Wiedzieli, o czym mówią, niezależnie od tego, czy chodziło o poziom lokalny, czy krajowy. Naprawdę byli ze wszystkimi sprawami na bieżąco.
Oprócz wspominanych przez Pana ważnych spraw, kolejną istotną kwestią było włączenie Polski do ruchu bezwizowego, czyli uczestnictwo w Visa Waiver Program. Obywatele Polski, mimo jej członkostwa w NATO i przyjaźni z USA, ciągle musieli przed wyjazdem zabiegać o wizy, podczas gdy inni członkowie Sojuszu mogli swobodnie podróżować do USA.
– Miałem okazję poruszyć tę kwestię podczas spotkania z prezydentem George’em W. Bushem w Waszyngtonie. Jego kadencja wówczas dobiegała końca. To było prywatne spotkanie, około 30 osób. Rozmawialiśmy o wizach i o tym, jak ważne jest, aby Polska była częścią programu ruchu bezwizowego. Podniosłem rękę i zapytałem: „Kiedy Polska zostanie w końcu przyjęta do programu ruchu bezwizowego?”. A on odpowiedział, że to Demokraci blokują. „Twój nowy prezydent (Obama) pochodzi z Illinois i z Chicago, jak ty. Powinieneś z nim porozmawiać i mam nadzieję, że uda ci się go przekonać, dlaczego to takie ważne”. Spotkałem się więc z Obamą. Ale z spotkanie z Obamą nie było tak miłe, jak z Bushem. I naprawdę nie był przychylny, jeśli chodzi o Polskę. Po prostu uprzejmie mnie zbył. A po Obamie prezydentem był Trump. Odwiedził nas, będąc kandydatem Partii Republikańskiej (28 września 2016 r. – red.) i podczas wizyty obiecał bezwizowy wjazd dla Polaków w ciągu dwóch tygodni po objęciu urzędu, co oczywiście nie stało się tak szybko, ale słowa dotrzymał.
Spotkania z politykami polskimi i amerykańskimi, którzy reprezentowali różne opcje polityczne, wymagało z Pana strony dużych umiejętności dyplomatycznych. Czy to trudne być bezstronnym, obiektywnym i ponadpartyjnym?
– Zawsze miałem otwarte drzwi – dla Demokratów i Republikanów. I niezależnych. Każda partia była tu zawsze zapraszana. Żyjemy w demokracji i głęboko wierzę, że to ludzie decydują, kogo chcą wybrać. I zawsze miałem otwarty umysł dzięki edukacji i szacunkowi dla ludzi. Każdy ma prawo do swojej opinii i swojego zdania, i nie należy nikogo oceniać na podstawie tylko krążących opinii. Każdego trzeba wysłuchać, żeby sprawdzić, co ma do powiedzenia. Trzeba wysłuchać historii tej osoby, zanim sformułujemy opinię na jej temat. Trzeba przypatrzeć się Demokratom i Republikanom. Obie partie mają dobre wartości. Musimy mieć przyjaciół i sojuszników po obu stronach podziału partyjnego, aby cokolwiek osiągnąć. Czy to będzie lokalny okręg szkolny, program żywnościowy dla dzieci, pomoc osobom starszym.
Moim zdaniem, żaden z Pana poprzedników na stanowisku prezesa krajowego KPA nie miał tak wielu, jak Pan, kontaktów, osobistych relacji, a nawet przyjaźni wśród polityków, urzędników i dygnitarzy w bardzo ważnych miejscach. Jak Pan to robi?
– Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się nad tym, ale myślę, że chodzi po prostu o szczerość i uczciwość wobec ludzi, i zaufanie. Zaufanie to nie jest coś, co powstaje podczas powitania, gdy mówimy „dzień dobry”. Najpierw trzeba daną osobę poznać, by można było stwierdzić, czy można jej zaufać. Najlepiej pracując z taką osobą i patrząc na jej działania w codziennym życiu.
Powróćmy do relacji z prezydentem Donaldem Trumpem. Jak wiemy, odwiedził on siedzibę Polish National Alliance, PNA, w 2016 roku jako kandydat na prezydenta. Obiecał zniesienie wiz dla Polaków. I to był początek waszych relacji. Jak Pan wspomina jego wizytę i spotkanie z liderami Polonii?
– W spotkaniu brały udział dwadzieścia trzy zaproszone osoby, a na dole zebrał się tłum około trzystu osób. Zanim Trump przyjechał, jego ludzie dowiedzieli się o wandalizmie. To było okropne. Po drugiej stronie ulicy wybuchły protesty. Pierwszymi słowami, które wyszły z ust Donalda Trumpa, były: „Bardzo mi przykro z powodu tego, co się tutaj stało. Bardzo mi przykro”. A ja odpowiedziałem, „Panie Trump, to nie pańska wina, ale Pana przeciwników”. A on na to: „Tak, bardzo mi przykro z tego powodu, ale podoba mi się pański budynek. Podoba mi się, jak wygląda z zewnątrz i od wewnątrz. Wygląda naprawdę elegancko”. Weszliśmy po schodach, zaprosiłem go do pokoju, w którym odbyliśmy prywatną rozmowę na ogólne tematy, a głównie o jego szansach na wygraną. Na koniec zapytał mnie: „Frank, czego potrzebujesz?”. A ja powiedziałem, że niczego nie potrzebuję. Wtedy on powtórzył, ale „czego chcesz?”. Odpowiedziałam, że ja osobiście nic nie potrzebuję, ani nie chcę, ale Polska potrzebuje zniesienia wiz, dopuszczenia do programu bezwizowego, o co stara się od lat. Trump nic o tym nie wiedział, ale jego personel, który mu towarzyszył, sprawdził wszystkie fakty dotyczące Visa Waiver Program i potwierdził je. Wtedy obiecał, że w ciągu dwóch tygodni po objęciu przez niego urzędu prezydenta Polska będzie dołączona do programu, co oczywiście nie stało się tak szybko i trwało dużo dłużej, ale dotrzymał słowa. Polska stała się członkiem programu bezwizowego. To był początek moich bliskich relacji z prezydentem Trumpem. Dzięki tym relacjom zostałem przez prezydenta Trumpa zaproszony do oficjalnej delegacji USA na inaugurację prezydenta Polski Karola Nawrockiego.
Przypomnę, że podróżował Pan z delegacją władz amerykańskich na pokładzie specjalnego rządowego samolotu.
– Tak rzeczywiście było. Był to ogromny zaszczyt i wyróżnienie. I właśnie dlatego należy doceniać podtrzymywanie kontaktów i komunikacji. I być otwartym. Ale zaznaczam, że decyzje, które podejmowałem jako prezes KPA, były oparte na konsensusie w organizacji. Prezydent Trump był jednym z wielu, wielu dygnitarzy, polityków, którzy byli tu, w tym budynku, naszymi gośćmi. Mam listę. Jak wiadomo, jest ona bardzo długa.
Siedziba Polish National Alliance, Związku Narodowego Polskiego, miejsce ważnych spotkań, jest nazywana Białym Domem Polonii. Musi to być powód wielkiej dumy dla Pana i organizacji.
– Oczywiście. I również jest dla mnie zaszczytem nawiązywanie relacji z ważnymi ludźmi. Naprawdę. I nie wiem, czy jest to doceniane. Ale myślę, że jest ważne dla naszej społeczności, aby ona była doceniona. Myślę, że zdobyliśmy uznanie jako społeczność polsko-amerykańska i dlatego Donald Trump tu był, bo on to dostrzega, jak również jego żona, która pochodzi z Europy Wschodniej. Myślę, że kierował się sercem, gdy pomagał Polsce. I odwiedził Polskę. A teraz widzimy, że są relacje między Polską a Donaldem Trumpem w Waszyngtonie. Myślę, że to dzięki wysiłkom, które tu włożono. Ziarno zostało zasiane. Tak właśnie należy na to patrzeć.
Kto był dla Pana inspiracją w działalności społecznej i politycznej?
– Moi poprzednicy i prezydent Ronald Reagan. Mówił on o angażowaniu ludzi w politykę, o tym, jakie to ważne oraz o komunizmie i Rosji. Mówił o tym, że komunistom nigdy nie można ufać ani zawierać z nimi układów. 40 lat później ta historia się powtarza. Kiedy patrzę na rozmowy Zełenskiego z Putinem i Trumpem, i brak porozumienia, myślę, że nigdy nie będzie układu, bo nie można ufać komunistom. Przepraszam, Rosji. To fakt historyczny od dziesięcioleci.
Patrząc z perspektywy lat, z czego Pan jest najbardziej dumny w czasie sprawowania urzędu prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej?
– Osiągnęliśmy wiele, gdy byłem prezesem KPA. Jestem dumny ze spotkań, które odbyliśmy z wybranymi przedstawicielami władzy. I z dobrych relacji z polskimi władzami, z obiema głównymi partiami. I naprawdę szanuję wszystkie partie w Polsce. Jestem dumny, że gościliśmy prezydenta Trumpa tutaj, w siedzibie PNA. Miał nawet być obecny na bankiecie z okazji 80. rocznicy KPA, gdyby nie przeszkodziła mu kampania wyborcza. Nie dzieliłem się tym z ludźmi, bo zaraz powiedzieliby: „No cóż, obiecał, ale go tu nie ma”, prawda?
Ale prezydent Trump zadzwonił przed bankietem i w trakcie…
– Tak, oczywiście. Zadzwonił w piątek i przeprosił, że nie będzie mógł być w niedzielę na bankiecie, na którym bardzo chciał być. Ale musi kontynuować kampanię przeciwko kontrkandydatce, pani Harris w Kalifornii. Obiecał zadzwonić w niedzielę podczas bankietu i przysłać Monice Crowley, jedną z bliskich doradczyń. Dotrzymał słowa. Dlatego zawsze go szanowałem, bo zawsze dotrzymywał słowa. Cokolwiek mi powiedział, prywatnie czy publicznie, zawsze dotrzymywał słowa.
Napisał Pan list do prezydenta Donalda Trumpa, w którym bronił Pan nieudokumentowanych imigrantów, którzy są wartościowymi członkami społeczeństwa, płacą podatki, pracują, wychowują rodziny. Apelował Pan o reformę imigracyjną, na mocy której można byłoby zalegalizować ich status. A nawet przedstawił Pan w liście zarys reformy.
– Jestem rozczarowany, że nigdy nie odpowiedział. Wysłałem mu list 20 grudnia 2024 roku, przed jego inauguracją. Potem osobiście przekazałem kopię tego listu Larze Trump, synowej prezydenta, kiedy byłem na zbiórce funduszy dla niego. Ten sam list, jego kopię, ponownie wysłałem pod koniec stycznia 2025 roku. I jeszcze raz wysłałem list w październiku 2025 roku tuż przed wygaśnięciem mojej kadencji w KPA. Oparłem list na faktach, że liczby się zmieniły, dynamika zmieniła się w naszym kraju. Myślałem, że muszę coś zrobić, bo nie zgadzam się w sprawie deportacji wszystkich. Spośród 2 milionów Europejczyków, którzy tu przybyli, około 1,8 miliona przekroczyło granicę legalnie. Reszta skorzystała z innych możliwości przez Kanadę, Meksyk albo innymi sposobami. Martwię się o te 1,8 mln, którzy legalnie przekroczyli granicę. Ponieważ im współczuję. To ciężko pracujący ludzie. Niektórzy z nich są tutaj 30, 40 lat. Inni krócej, ale ciągle to długi czas. To ciężko pracujący, przestrzegający prawa ludzie. Są wśród nich ci, co zarabiają niewiele, ledwo żeby się utrzymać. Ale są też tacy, którzy odnoszą duże sukcesy i są bardzo bogaci, i płacą podatki. Pomyślałem więc sobie, że musimy ich bronić, jako Kongres Polonii Amerykańskiej, i ja we własnym imieniu. Bo uważam, że musimy działać w ich imieniu, ponieważ są na osłabionej pozycji. Nie mają głosu, więc trzeba mówić za nich. Wysłałem ten list i nie dostałem odpowiedzi. Poczułem się więc trochę nie tyle urażony, co rozczarowany. I podzieliłem się tym również ze współpracownicami prezydenta, Moniką Crowley i Susie Wiles. Przesłałem im życzenia świąteczne i dodałem: „Wiecie, wciąż czekam na odpowiedź prezydenta”. Kiedy rozmawiałem z prezydentem z okazji 80-lecia KPA, obiecał, że będę zaproszony do Białego Domu i będę mógł zabrać ze sobą stuosobową delegację. Teraz czekam na okazję, żeby mu ponownie to przypomnieć. Ale tyle jest teraz konfliktów na świecie… Na pewno jest bardzo zajęty i ma dużo na głowie.
Jako prezes KPA i ZNP bardzo dużo Pan podróżował służbowo i nie miał Pan czasu na wakacje, na wypoczynek. Poświęcił Pan prywatne życie dla organizacji. Czy czegoś Pan żałuje?
– Jedyne, czego żałuję, to że czas tak szybko zleciał, że nawet nie zauważyłem. Nie zdawałem sobie sprawy, jak szybko mija czas, nawet o tym nie myślałem. I nigdy niczego nie uważałem za stratę czasu, ale za okazję do poprawy sytuacji. Czy to w Waszyngtonie, czy gdziekolwiek indziej, chodziło o reprezentowanie potrzeb naszej polsko-amerykańskiej społeczności, więc nie uważam, że to była strata czasu. Po prostu nie zdawałem sobie sprawy, jak szybko czas mijał. Zdaję sobie z tego sprawę teraz, gdy już nie jestem prezesem i widzę, jak wszystko się zmienia.
Dlaczego zdecydował Pan nie ubiegać się o kolejną kadencję na stanowisku prezesa KPA?
– Kilka lat temu wprowadziłem do statutu KPA poprawkę o kadencyjności, o ograniczeniu liczby lat pozostawania na danym stanowisku. Wierzę, że przychodzi czas na zmiany i według mnie, stanowisko nie powinno być dożywotnie, ale powinny następować zmiany w kierownictwie, ponieważ każdy ma inne spojrzenie na to, jak przewodzić i jak załatwiać sprawy. To jak nowa miotła, która lepiej sprząta i podłoga zaraz wygląda lepiej. Tak więc wierzę, że jest czas na nową administrację i młodszych ludzi, którzy mają inne spojrzenie. Społeczeństwo bardzo się zmieniło w ciągu ostatnich kilku lat. Także w dziedzinie technologii, bo teraz nagle jesteśmy zdominowani technologią sztucznej inteligencji. Nowi ludzie mają inny sposób patrzenia na sprawy. I to samo jest w polityce. Trzeba być na bieżąco z tym, co dzieje się na poziomie lokalnym, stanowym i w całym kraju.
Czy już Pan tęskni za urzędem prezesa KPA?
– Będę szczery, że czasami tak. Ale jednocześnie uważam, że młodszym trzeba dać szansę i zobaczyć, co potrafią. Bo przecież przyszłość naszego społeczeństwa leży właśnie w młodych. Pomyślałem, że nadszedł czas, aby podjąć taką decyzję, która coś zmieni. Ludzie narzekali, że prezes KPA monopolizuje władzę, że kontroluje. Nie, ja nie kontrolowałem, tylko zarządzałem i przewodziłem, a nie rządziłem. I to jest ta różnica, kiedy się zarządza i przewodzi, a co innego, gdy ktoś rządzi.
Tradycyjnie stanowisko prezesa KPA (PAC) sprawowała ta sama osoba, która była prezesem ZNP (PNA). Ale ta tradycja już nie jest kontynuowana. Skończyła się na Panu. Nowy prezes KPA Hubert Cioromski jest prezesem Fundacji Kopernikowskiej.
– Tradycja wzięła się stąd, że wśród głównych założycieli KPA był prezes ZNP Karol Rozmarek. Stał się prezesem KPA. Było to w czasie II wojny światowej, to był trudny czas. Następnymi prezesami byli Alojzy Mazewski i Edward Moskal. Wszyscy byli dobrymi liderami w różnych okresach historii kraju i społeczeństwa. A ZNP-PNA było zawsze dla KPA-PAC zapleczem finansowym, organizacyjnym i strukturalnym.
Jaką radę dałby Pan swoim następcom u sterów KPA?
– Chciałbym, aby podążali wcześniej wytyczonym szlakiem. Mamy już solidne podstawy do budowania relacji z lokalnymi, stanowymi i krajowymi władzami. Reprezentujemy Polaków w Ameryce. Jestem dumny, że to się stało podczas mojego przywództwa, za mojej kadencji, z korzyścią dla Kongresu Polonii Amerykańskiej i społeczności polsko-amerykańskiej. Mam nadzieję, że nowy prezes i administracja KPA będą kontynuować dzieło swoich poprzedników.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała i opracowała:
Alicja Otap








