Wojna potrafi podnieść koszty życia nawet bez jednej decyzji parlamentu i bez wprowadzania nowych podatków. Wystarczą ograniczenia w przepływie ropy, problemy na kluczowych szlakach transportowych i wyłączone rafinerie. Skutek staje się widoczny stosunkowo szybko: drożeje benzyna, transport, żywność, bilety lotnicze, a pośrednio także kredyt i codzienne funkcjonowanie gospodarstw domowych.
Tak wygląda dziś coraz większa część amerykańskiej gospodarki. Wojna z Iranem ograniczyła ruch przez cieśninę Ormuz, jeden z najważniejszych szlaków eksportu ropy i gazu. Jednocześnie ukraińskie ataki na rosyjskie rafinerie i ograniczenia rosyjskiego eksportu paliw dodatkowo uszczuplają światową podaż produktów naftowych. Ropa Brent utrzymuje się powyżej 100 dolarów za baryłkę, amerykański diesel kosztuje ponad 6 dolarów za galon, a benzyna drożeje praktycznie w całym kraju.
To już nie tylko problem kierowców. To nieformalny podatek wojenny – nieuchwalony przez Kongres, ale pobierany codziennie przy sklepowych kasach i dystrybutorach.
Najgorsze jest to, że przychodzi w wyjątkowo niewygodnym momencie. Inflacja w USA nadal pozostaje powyżej celu Rezerwy Federalnej, a rynek niemal jednomyślnie oczekuje, że Fed podniesie stopy procentowe o ćwierć punktu procentowego. W chwili pisania tego tekstu decyzja nie została jeszcze ogłoszona, ale inwestorzy oceniali prawdopodobieństwo takiego ruchu na ponad 90 proc.
Fed nie potrafi oczywiście otworzyć cieśniny Ormuz ani wyprodukować dodatkowego galonu diesla. Może jedynie schłodzić popyt. Ten ruch ma jednak swoje skutki uboczne. Wyższe stopy oznaczają droższe hipoteki, kredyty samochodowe i finansowanie przedsiębiorstw. Wojna uderza więc w domowy budżet dwukrotnie: najpierw przez droższą energię, a później przez koszt pieniądza.
Amerykanie już zaczynają się dostosowywać. W badaniu AP-NORC 41 proc. respondentów obawiało się, czy w kolejnych miesiącach będzie ich stać na żywność, podczas gdy w kwietniu było to 24 proc. Ponad sześciu na dziesięciu ograniczyło jedzenie poza domem. Inni rzadziej jeżdżą samochodem, łączą załatwianie kilku spraw w czasie jednego wyjazdu albo odkładają większe zakupy.
To jeszcze nie recesja. To etap wcześniejszy i dla gospodarki równie ważny: coraz powszechniejsze przekonanie, że lepiej zachować pieniądze niż wydać je dzisiaj.
Droga ropa nie uderza jednak we wszystkich jednakowo. Dla Teksasu, Nowego Meksyku czy części Dakoty Północnej wysokie ceny oznaczają większe przychody producentów i firm obsługujących sektor wydobywczy. W 2025 r. basen permski w zachodnim Teksasie i południowo-wschodnim Nowym Meksyku odpowiadał za niemal połowę amerykańskiego wydobycia ropy. Przy cenach przekraczających 100 dolarów część producentów może więc zarabiać znacznie więcej niż w poprzednich latach.
Nie oznacza to jednak, że każdy biznes naftowy automatycznie wygrywa. Rafineria kupuje ropę jako surowiec, więc dla niej najważniejsza jest różnica między kosztem baryłki a ceną sprzedawanej benzyny czy diesla. Gdy marże rafineryjne rosną, może zarabiać więcej; gdy koszt surowca rośnie szybciej niż ceny produktów, sytuacja może wyglądać odwrotnie.
Po drugiej stronie są linie lotnicze, transport ciężarowy, rolnictwo, budownictwo, handel i zwykli konsumenci. Szczególnie newralgicznym produktem jest paliwo diesla, bo jego cena przenosi się na niemal wszystko, co przewozi się ciężarówką. Droższy transport żywności, materiałów budowlanych czy paczek wcześniej czy później jest zauważalny na półkach sklepowych.
Widać to szczególnie dobrze na Środkowym Zachodzie. Illinois nie jest naftowym Teksasem. W 2025 r. stan wydobywał średnio około 18 tys. baryłek ropy dziennie wobec ponad 13,6 mln w całych Stanach Zjednoczonych. Stan jest natomiast potężnym centrum rafineryjnym, logistycznym i transportowym. Cztery działające w stanie rafinerie mają łączną zdolność przerobu około 1,05 mln baryłek dziennie, a według stanowego planu transportowego blisko 40 proc. gospodarki Illinois i ponad 2,4 mln miejsc pracy jest bezpośrednio związanych z transportem towarów i branżami od niego zależnymi.
Dlatego każdy skok cen diesla ma poważne konsekwencje – od centrów logistycznych i firm kurierskich w rejonie Chicago po przemysł i gospodarstwa rolne. W mijającym tygodniu sytuację pogorszyła awaria zasilania w rafinerii ExxonMobil w Joliet. Zakład o mocy przerobowej około 264 tys. baryłek dziennie został czasowo wyłączony, ograniczając podaż paliw na już napiętym rynku paliwowym Środkowego Zachodu.
Kierowcy widzą efekt bez ekonomicznych analiz. 16 września średnia cena zwykłej benzyny w Illinois wynosiła 4,63 dol. za galon wobec 3,44 dol. rok wcześniej. Diesel kosztował 6,26 dol. – najwięcej w historii stanowych statystyk AAA. W całych USA jego średnia cena przekroczyła 6,31 dol.
To pokazuje, że ten sam szok rozkłada się bardzo różnie między stanami. Teksas czy Nowy Meksyk mogą część strat konsumentów równoważyć większymi dochodami sektora wydobywczego. Illinois ponosi przede wszystkim koszty droższego transportu, paliw i logistyki, a lokalne wydobycie ropy jest zbyt małe, by zapewnić gospodarce podobną przeciwwagę. Kalifornia cierpi z kolei z powodu najwyższych cen detalicznych w kraju, podczas gdy w części stanów Południa benzyna w dystrybutorach nadal pozostaje wyraźnie tańsza.
Najbardziej tracą gospodarstwa domowe o niższych i średnich dochodach. Zamożny Amerykanin może ograniczyć weekendowe wyjazdy albo odłożyć zakup drugiego samochodu. Rodzina żyjąca od wypłaty do wypłaty tnie wydatki na restauracje, ubrania, remont czy rozrywkę. I właśnie te drobne decyzje, powielane w milionach gospodarstw domowych, zaczynają być problemem dla całej gospodarki.
Jeżeli droga energia będzie podtrzymywać inflację, Fed może dłużej utrzymywać wyższe stopy procentowe, a ekonomiści nie wykluczają kolejnych podwyżek. Wtedy nieformalny podatek wojenny zacznie przynosić negatywne skutki: mniej nowych domów, mniej samochodów kupowanych na kredyt, ostrożniejsze inwestycje przedsiębiorstw i niższe wydatki konsumentów.
Wojny w Iranie i Ukrainie toczą się tysiące kilometrów od Chicago, Nowego Jorku czy Phoenix. W globalnej gospodarce odległość nie stanowi gwarancji ochrony portfela. Atak na rafinerię w Rosji albo spadek liczby tankowców przechodzących przez Ormuz może po kilku dniach przenieść się na stacje w Illinois, dopisując do ceny galona kolejne centy.
A potem wyższy rachunek przemieści się dalej – ciężarówką do supermarketu, samolotem na lotnisko i wraz z odsetkami trafi do banku.
To właśnie jest nieformalny podatek wojenny. Nikt nie wpisał go do kodeksu podatkowego, nikt nie głosował nad jego stawką, a jednak płacą go niemal wszyscy. Najgorsze, że im dłużej trwają wojny, tym trudniej powiedzieć, kiedy skończy się jego pobór.

