Kalaczi to niewielka wioska w północnym Kazachstanie. Pierwsze doniesienia o dziwnych zachorowaniach pojawiły się w 2013 roku. Jedna z mieszkanek szła na targ, gdy jej mowa stała się niewyraźna. Chwiała się na nogach, widziała podwójnie, aż wreszcie osunęła się na ziemię. Zapadła w głęboki, nienaturalny sen, z którego trudno było ją dobudzić. Wkrótce okazało się, że nie był to odosobniony przypadek.
Sen bez ostrzeżenia
W kolejnych miesiącach podobny los spotykał mieszkańców Kalaczi i sąsiedniego Krasnogorska. Ludzie zasypiali w domach, w szkole, podczas codziennych zajęć. Niektórzy spali kilka godzin, inni nawet kilka dni. Po przebudzeniu nie pamiętali chwili, w której stracili przytomność. Pojawiały się też nudności, dezorientacja, zawroty i silne bóle głowy oraz halucynacje. Jedno z dzieci opowiadało, że widziało pegaza. Dorośli zachowywali się tak, jakby byli pijani, choć nie tknęli alkoholu. U części osób napady powracały. Po odzyskaniu przytomności chorzy musieli dowiadywać się od bliskich, co działo się podczas ich snu. Nie kładli się przecież dlatego, że chcieli odpocząć: nagle tracili kontakt z otoczeniem, a rodziny bezradnie czekały na ich przebudzenie. Rozmaite objawy i różny czas trwania napadów dodatkowo utrudniały lekarzom znalezienie wspólnej przyczyny.
Kalaczi leży niedaleko Krasnogorska, dawnego sowieckiego miasteczka górniczego. Przez dziesięciolecia działała tam kopalnia uranu. Po jej zamknięciu na początku lat 90. miejscowość zaczęła pustoszeć; zostały opuszczone budynki i niepokój o to, co pozostało pod ziemią. Gdy mieszkańcy sąsiedniej wioski zaczęli zapadać w sen, wielu uznało, że winne jest promieniowanie. Takiemu podejrzeniu trudno się dziwić: kopalnia była blisko, a objawy wydawały się niepojęte.
Do Kalaczi przyjechali badacze. Sprawdzali powietrze, wodę, glebę i poziom promieniowania, badali także mieszkańców. Pomiary nie potwierdziły jednak, by napady powodowała radiacja. W organizmach badanych osób nie stwierdzono podwyższonego poziomu radionuklidów. Kopalnia nadal budziła podejrzenia, lecz przyczyny trzeba było szukać gdzie indziej. Rozważano radon, metale ciężkie, zanieczyszczenie wody i zbiorową reakcję na stres. Żadna z tych hipotez nie dawała wtedy pewnej odpowiedzi. Problemem były również przerwy między zachorowaniami. Badacze mogli pobrać próbki i nie znaleźć niczego niezwykłego, a kilka dni później ktoś znów zapadał w sen. Aby uchwycić przyczynę, należało sprawdzić warunki dokładnie w chwili napadu. Tymczasem objawy pojawiały się nagle, w różnych miejscach, i nie dotykały wszystkich mieszkańców. Każdy kolejny przypadek zwiększał obawę, że źródło zagrożenia pozostaje niewidoczne nawet dla przyjezdnych specjalistów.
Tymczasem życie w wiosce zaczęło podporządkowywać się chorobie. Nigdy nie było wiadomo, kto straci przytomność następny ani kiedy się obudzi. Szczególnie trudne było to dla rodziców: dziecko mogło zachorować w szkole albo podczas zabawy. Niektórzy mieszkańcy wyprowadzali się na własną rękę, nie czekając na wyniki kolejnych badań. W 2015 roku władze rozpoczęły przesiedlanie rodzin. Dla ludzi przywiązanych do domów oznaczało to wybór między znanym miejscem a lękiem przed następnym napadem.
Ślad w powietrzu
Latem 2015 roku przedstawiciele kazachskich władz ogłosili, że znaleźli wyjaśnienie. Paradoksalnie ponownie wskazali na kopalnię, ale nie na promieniowanie. Badacze wykrywali okresowo w Kalaczi podwyższone stężenia tlenku węgla i węglowodorów oraz spadki zawartości tlenu w powietrzu. Według oficjalnej teorii właśnie ta mieszanka gazów mogła wywoływać napady. Wicepremier Berdibek Saparbajew wiązał ją z nieczynnymi wyrobiskami, w których miały gromadzić się gazy.
Tlenek węgla utrudnia przenoszenie tlenu przez krew. Może powodować bóle i zawroty głowy, zaburzenia świadomości oraz utratę przytomności. W tej teorii było więc coś przekonującego: wyjaśniała przynajmniej część objawów, które obserwowano u mieszkańców. Zarazem pozostawiała pytania. Dlaczego napady zaczęły się tyle lat po zamknięciu kopalni? Jak gazy miały docierać w stężeniu zdolnym wywołać tak dramatyczne skutki także do osób przebywających na zewnątrz? Nie wystarczało wskazać trucizny; trzeba było jeszcze wykazać drogę, którą trafiała do ludzi.
Zagadka pozostaje
Późniejsze, długotrwałe pomiary potwierdziły wahania składu powietrza. Bywały okresy, gdy stężenie tlenku węgla rosło, zawartość tlenu spadała, a przypadków choroby przybywało. Badacze z kazachskiego Narodowego Centrum Jądrowego zaznaczyli jednak, że podczas części obserwacji wykrywano podwyższony poziom gazów, choć nie pojawiały się nowe napady. Uznali więc działanie kilku czynników naraz za możliwe wyjaśnienie, a nie za ostatecznie dowiedzioną przyczynę każdego zachorowania.
W 2020 roku zespół z Uniwersytetu Nazarbajewa przedstawił inną hipotezę. Zwrócił uwagę na źródło wody pitnej, z którego korzystali mieszkańcy, i wysunął przypuszczenie, że do wody mogły przedostać się substancje chemiczne. Tego scenariusza również nie potwierdzono. Zwracał jednak uwagę na słabość pozornie prostego rozwiązania: samo wykrycie gazów nie dowodziło jeszcze, że to one odpowiadały za wszystkie przypadki. Aby sprawdzić, co dokładnie pozostało w starych wyrobiskach i czy mogło skazić wodę, należałoby przeprowadzić dalsze badania. Z czasem napady ustały, ale pytanie o ich pełną przyczynę pozostało otwarte.
Dla mieszkańców spór o gazy czy wodę miał bardzo praktyczny wymiar. Ich bliscy zasypiali bez ostrzeżenia, a po przebudzeniu nie pamiętali całych dni. Wiele rodzin opuściło Kalaczi. Ci, którzy zostali, musieli przez lata żyć ze świadomością, że zwyczajny poranek może nagle urwać się w połowie zdania. Opuszczona kopalnia wciąż stała niedaleko, lecz nawet dziś nie da się z całą pewnością powiedzieć, czy i w jaki sposób odpowiadała za wszystko, co wydarzyło się w wiosce.
Joanna Tomaszewska

