Nazywano ją Madame Claude. W Paryżu lat 60. i 70. XX wieku stworzyła najbardziej ekskluzywną sieć prostytucji w powojennej Francji. Jej nazwisko otwierało drzwi do pałaców, luksusowych hoteli i prywatnych odrzutowców. Wśród rzekomych klientów wymieniano prezydentów, szachów, książąt, ambasadorów, przemysłowców i gwiazdy kina. John F. Kennedy, szach Iranu Reza Pahlawi, Gianni Agnelli, Aristotle Onassis, Marlon Brando, Marc Chagall, Moshe Dayan, Muammar Kaddafi – lista brzmiała jak spis gości na przyjęciu, na które zwykły śmiertelnik nie otrzymałby zaproszenia.
Nie wszystko można jednak potwierdzić. Wiele oszałamiających historii pochodziło od samej Claude albo od osób z jej otoczenia. Ona zaś znakomicie rozumiała, że w jej fachu plotka może być równie cenna jak prawda. Im większe nazwisko pojawiało się w opowieści, tym większa stawała się jej własna legenda. Zbudowała imperium na seksie, lecz sprzedawała także coś znacznie rzadszego: poczucie, że człowiek należy do tajnego kręgu najpotężniejszych ludzi świata.
Naprawdę nazywała się Fernande Grudet. Urodziła się w 1923 roku w Angers, w niezamożnej rodzinie. Jej ojciec sprzedawał kanapki z wózka przed dworcem kolejowym. Takie pochodzenie nie pasowało jednak do przyszłej władczyni paryskich alków, więc Fernande przygotowała sobie przeszłość bardziej odpowiednią do tej roli. Opowiadała o zamożnym domu, klasztornej szkole, działalności w ruchu oporu i deportacji do Ravensbrück. Badacze nie znaleźli potwierdzenia wielu z tych historii. Madame Claude fałszowała nie tylko życiorys. Przede wszystkim stworzyła samą siebie – jak markę, której wartość rosła z każdym powtórzonym sekretem.
Jej filozofia biznesowa była brutalnie prosta. „W życiu zawsze sprzedają się dwie rzeczy: jedzenie i seks. Nie umiałam gotować” – mawiała.
Fabryka luksusu
Nie przypominała stereotypowej właścicielki domu publicznego. Była drobna, chłodna i powściągliwa. Ubierała się z dyskretnym szykiem, mówiła rzeczowo, nie traciła czasu na kokieterię. Bardziej niż królową półświatka przypominała surową dyrektorkę banku, która osobiście sprawdza każdy rachunek. Kiedy wiele lat później pisarz William Stadiem spotkał ją w Los Angeles, zauważył, że przy restauracyjnym stoliku prawie nic nie jadła, nie piła alkoholu i nie paliła. Pośród hollywoodzkiego przepychu wyglądała niemal ascetycznie. Jej towarem był jednak przepych w najczystszej postaci.
Sieć, którą zaczęła budować pod koniec lat 50., szybko rozrosła się do setek kobiet. Źródła podają różne liczby: około 200 w pewnym okresie, według późniejszych relacji nawet ponad 500, a także kilku mężczyzn. Dziewczęta nazywano „Claudettes”, jakby należały do eleganckiego zespołu, nie do przedsiębiorstwa czerpiącego zyski z prostytucji. Sama uroda nie wystarczała. Claude potrzebowała kobiet, które umiały wejść do salonu pełnego ministrów i milionerów, prowadzić rozmowę przy kolacji, rozpoznać dobre wino, zachować dyskrecję i nie okazać zdumienia, gdy nazajutrz odkrywały, że dzieliły łóżko z jednym z najpotężniejszych ludzi epoki.
Kandydatki poddawano bezlitosnej ocenie. Madame decydowała o fryzurze, ubraniu, wadze, sposobie poruszania się, a czasami także o operacjach plastycznych. Potrafiła wytknąć odstający brzuch, zbyt mały biust, niewłaściwy nos czy niedoskonałe zęby z chłodem rzeczoznawcy oglądającego towar. W jej systemie ciało było inwestycją, którą należało ulepszać. Późniejsze zeznania odsłoniły mniej wytworną stronę tych metamorfoz: kobiety musiały spłacać koszty zabiegów wykonywanych przez wskazanego chirurga, a dług wiązał je z firmą.
Claude nie prowadziła zwykłego domu publicznego. Dostarczała całą oprawę: kreację, maniery, dyskrecję i złudzenie romantycznego spotkania. Jej dziewczęta podróżowały Concorde’em, jadły w lokalach, gdzie kelnerzy znali nazwiska gości i nocowały w apartamentach, których doba kosztowała więcej niż miesięczna pensja przeciętnego Francuza. Miały być ozdobą kolacji, towarzyszkami podróży i powiernicami. Seks był sednem układu, lecz cała sztuka polegała na tym, by starannie ukryć jego handlowy charakter.
Madame pobierała co najmniej jedną czwartą zarobków swoich „podwładnych”. Skala tego interesu wyszła na jaw dopiero przed sądem. W ciągu zaledwie trzech miesięcy 1972 roku jej przedsiębiorstwo zorganizowało 515 popołudniowych spotkań, 255 płatnych nocy i 60 weekendowych wyjazdów. To nie była już kobieta z notesem telefonicznym, kojarząca samotnych panów z ładnymi dziewczętami. Była to sprawnie zarządzana korporacja seksu, działająca w świecie, w którym poufność miała cenę, a rachunków najchętniej nie wystawiano.
Opowieści o „przyjaciołach” Claude tylko wzmacniały aurę wyjątkowości. Kennedy miał podczas pobytu w Paryżu poprosić o kobietę podobną do Jacqueline, ale „bardziej seksowną”. Marc Chagall podobno szkicował nagie dziewczęta i zostawiał im rysunki, które po latach okazywały się małymi fortunami. Gianni Agnelli, szef Fiata i jeden z najsłynniejszych playboyów ówczesnej Europy, miał po szczególnie hucznej nocy zabrać całe towarzystwo na mszę. Szach Iranu ponoć obsypywał kobiety klejnotami. Krążyła nawet historia, że podczas paryskich negocjacji w sprawie wojny w Wietnamie CIA korzystała z usług Claudettes.
Historie te są intrygujące, lecz nie tworzą bezspornej kroniki. Stanowią część legendy, którą Claude pielęgnowała równie starannie jak wygląd swoich dziewcząt. Nie musiała dowodzić, że do niej dzwonił prezydent. Wystarczało, że inni w to wierzyli.
Sekrety państwa
Najcenniejszym kapitałem Madame Claude nie były pieniądze ani piękne kobiety, lecz informacje. Wiedziała, jakie upodobania ma poszczególny minister, czego wstydzi się przemysłowiec, z kim spotyka się dyplomata i jak zachowuje się ambasador, kiedy zamykają się drzwi hotelowego apartamentu. W epoce zimnej wojny podobna wiedza mogła znaczyć więcej niż plik banknotów. Kompromitujący sekret otwierał drzwi, uciszał przeciwnika i czynił wpływowego człowieka zaskakująco posłusznym.
Wokół Claude narosły więc opowieści o ochronie ze strony francuskich służb i najwyższych kręgów państwa. Przez lata zdawała się nietykalna. Jej działalność była tajemnicą poliszynela: wiedziało o niej pół Paryża, lecz nikt rozsądny nie omawiał jej zbyt głośno. Późniejsze publikacje sugerowały, że sieć mogła dostarczać służbom informacji albo pomagać w zdobywaniu przychylności ważnych cudzoziemców. Także tutaj dokumenty mieszają się ze wspomnieniami, przechwałkami i domysłami. Claude chętnie podsycała podejrzenie, że stoi za nią państwo. Taka pogłoska była najlepszą polisą ubezpieczeniową.
Doskonale znała mechanikę władzy. Największą satysfakcję miała jej sprawiać chwila, w której człowiek przywykły do wydawania rozkazów nagle sam musiał prosić. Przy jej telefonie prezydent, książę czy miliarder przestawał być pomnikiem. Stawał się mężczyzną z zachcianką, której spełnienie zależało od drobnej kobiety o chłodnym głosie. Claude nie zasiadała w rządzie i nie kierowała koncernem, ale przez kilka minut to ona ustalała warunki.
Taka władza trwa jednak tylko dopóty, dopóki jest użyteczna dla właściwych ludzi. W latach 70. atmosfera wokół Madame zaczęła gęstnieć. Francuskie państwo, które przez długi czas tolerowało jej działalność, w końcu zainteresowało się jej pieniędzmi. Nie trzeba było rozstrzygać, ilu prezydentów znała ani co wiedziała o ministrach. Podobnie jak w przypadku Al Capone’a, wystarczył fiskus.
Claude pobierała pokaźną część dochodów swoich kobiet, lecz odpowiednich sum nie było w jej deklaracjach podatkowych. Broniła się z bezczelną elegancją: skoro status wykonywanego przez nią zajęcia pozostawał niejasny, sądziła, że nie musi zgłaszać dochodów. Urząd skarbowy miał odmienne zdanie. W 1976 roku skazano ją za przestępstwa podatkowe i nakazano zapłatę milionów franków. Rok później uciekła do Stanów Zjednoczonych.
Tam biografia królowej luksusowej prostytucji wykonała groteskowy zwrot. Kobieta, która wysyłała towarzyszki książętom, potentatom i politykom, próbowała w Kalifornii zostać piekarką. Założyła przedsiębiorstwo piekarnicze, jakby po latach postanowiła sprawdzić drugą połowę własnej maksymy o jedzeniu i seksie. Imperium bagietek nie dorównało jednak imperium alków. Biznes upadł.
Cena legendy
Madame Claude przebywała za oceanem, lecz jej legenda miała się znakomicie. W 1977 roku Just Jaeckin, reżyser słynnej „Emmanuelle”, nakręcił film zatytułowany „Madame Claude”. Fernande Grudet przestawała być jedynie sutenerką ściganą przez fiskusa. Stawała się figurą popkultury i symbolem wyrafinowanego, amoralnego Paryża, w którym za ciężkimi drzwiami wszystko podobno można było kupić – pod warunkiem posiadania właściwego nazwiska i numeru telefonu.
W końcu wróciła do Francji. Nie potrafiła jednak całkowicie rozstać się z fachem, który przyniósł jej prawdziwy sukces. Pod koniec 1985 roku trafiła do aresztu w związku z roszczeniami fiskusa sięgającymi około 17 milionów franków. Później ponownie zaczęła organizować intymne spotkania, choć dawne imperium już nie istniało, a czasy bezkarności minęły.
W 1992 roku, mając 69 lat, stanęła przed sądem oskarżona o tzw. sutenerstwo kwalifikowane. Przyznała, że pracowało dla niej kilka, może kilkanaście kobiet. Za wieczór albo dzień wspólnej podróży płacono około 10 tysięcy franków; jedna czwarta trafiała do Madame. Próbowała przedstawić tę działalność jako skromne, niemal staroświeckie przedsięwzięcie. „Rzemiosło, panie sędzio!” – miała zawołać, jakby nie zarządzała prostytucją, lecz pracownią kapeluszy.
Na sali sądowej luksusowa fasada zaczęła jednak pękać. Odczytano m.in. zeznania kobiety, którą Claude ostro skarciła za odmowę spełnienia zachcianek klienta będącego narkomanem. Spod szykownych sukni, drogich hoteli, klejnotów i anegdot o prezydentach wyłoniła się zwyczajna brutalność biznesu opartego na cudzych ciałach. Prokurator nazwał Claude handlarzem „świeżym mięsem”. Sąd wymierzył jej 36 miesięcy więzienia, z czego 30 w zawieszeniu, oraz milion franków grzywny.
Ona sama uważała ten wyrok za niesprawiedliwy. Twierdziła, że nikogo nie skrzywdziła, a państwu świadczyła wręcz swoistą „usługę publiczną”. W jej wersji Claudettes nie były ofiarami, lecz kobietami, którym otworzyła drogę do pieniędzy, podróży i świata dostępnego zwykle tylko elitom. Zeznania niektórych podopiecznych pokazywały jednak cenę tego awansu: długi, presję, upokorzenia i obowiązek posłuszeństwa wobec klientów, nawet gdy ich żądania budziły lęk lub odrazę.
Pod koniec życia Claude nie przypominała już władczyni sekretnego imperium. Kobieta, przez której ręce przechodziły ogromne pieniądze i która miała znać właścicieli pałaców, jachtów oraz prywatnych samolotów, sama nie była bogata. Udzielała płatnych wywiadów i żyła nieporównywalnie skromniej. Według relacji przywoływanych przez „Le Monde” pomoc domową opłacało jej miasto. W wieku 73 lat pozowała jeszcze fotografowi w czarnym koronkowym body, szpilkach i czerwonej szmince. Wyglądało to jak ostatnia próba ocalenia Madame Claude – postaci stworzonej pół wieku wcześniej przez biedną dziewczynę z Angers.
Fernande Grudet zmarła w grudniu 2015 roku w szpitalu w Nicei. Miała 92 lata. Na pogrzeb kobiety, która twierdziła, że znała najpotężniejszych ludzi świata, przyszło zaledwie sześć osób. Czterema z nich byli jej dawni fryzjerzy.
Do dziś nie wiadomo, ile z tajemnic Madame Claude było prawdą, ile starannie podtrzymywaną plotką, a ile zmyśleniem kobiety, która uczyniła z własnego życia najbardziej efektowną ze swoich kreacji. Możliwe, że największym jej osiągnięciem nie było wcale imperium seksu. Była nim legenda tak zręcznie skonstruowana, że nawet po śmierci jej bohaterki wciąż nie sposób ustalić, gdzie kończyła się Fernande Grudet, a zaczynała Madame Claude.
Monika Pawlak

