Wiadomość brzmiała nieprawdopodobnie, ale nie całkiem absurdalnie. Monument, który dziś wydaje się nierozerwalnie związany z Paryżem, wcale nie miał stać wiecznie. Zbudowano go z okazji wystawy światowej w 1889 roku, a pierwotna koncesja przewidywała możliwość rozebrania konstrukcji po dwudziestu latach. Wielu artystów i pisarzy od początku uważało żelaznego kolosa za potworne oszpecenie miasta. Guy de Maupassant miał jadać w restauracji znajdującej się w wieży, ponieważ – jak żartował – było to jedyne miejsce w Paryżu, z którego jej nie widział.
Ponad trzydzieści lat po wystawie konstrukcja wciąż stała, ale wymagała kosztownej konserwacji i ogromnych ilości farby. Prasa rozpisywała się o wydatkach. Właśnie na taką wiadomość natrafił Victor Lustig – człowiek, który nie był właścicielem wieży, nie pracował dla francuskiego rządu i prawdopodobnie nie miał ani jednego uczciwie zarobionego franka. Miał jednak coś znacznie groźniejszego: niezwykły talent do dostrzegania cudzych pragnień.
Hrabia bez hrabstwa
Victor Lustig urodził się w 1890 roku w Hostinné, niewielkim mieście należącym wówczas do Austro-Węgier, a obecnie położonym w Czechach. Nie pochodził z arystokracji, lecz z czasem zaczął przedstawiać się jako hrabia. Tytuł pasował do nienagannych garniturów, spokojnego głosu i manier człowieka, który wyglądał tak, jakby pieniądze nigdy nie były dla niego problemem.
Posługiwał się wieloma nazwiskami i dokumentami. Miał mówić kilkoma językami, grać na skrzypcach i błyskawicznie oceniać ludzi. Na lewej stronie twarzy nosił bliznę – według rozpowszechnionej wersji pamiątkę po spotkaniu z zazdrosnym mężczyzną, którego ukochaną zainteresował się młody Lustig. Nawet ta skaza dodawała mu charakteru. Nie wyglądał jak pospolity złodziej, lecz jak tajemniczy europejski arystokrata, który być może pojedynkował się o honor pewnej damy.
Oszustwa rozpoczął na luksusowych transatlantykach kursujących między Europą a Ameryką. Statki były dla niego idealnym terenem łowieckim. W jednym miejscu gromadzili się zamożni pasażerowie, a ocean zapewniał kilka dni na zdobycie ich zaufania. Lustig potrafił uchodzić za producenta teatralnego poszukującego inwestorów albo finansistę wtajemniczonego w przedsięwzięcie dostępne jedynie nielicznym. Gdy statek wpływał do portu, on znikał, pozostawiając ofiarę z bezwartościowymi dokumentami i wstydem, który często skuteczniej niż zamknięte drzwi chronił przestępcę przed policją.
Nie wybierał naiwnych, wybierał ambitnych. Rozumiał, że człowiek najłatwiej daje się oszukać wtedy, gdy oszust potwierdza jego własne przekonanie o wyjątkowości. Lustig nie mówił ofierze: „Jesteś głupcem”, lecz przekonywał: „Jesteś jednym z niewielu ludzi dostatecznie przenikliwych, aby skorzystać z tej okazji”.
Tajemnica państwowa
Artykuł o kosztach utrzymania Wieży Eiffla podsunął mu pomysł tak zuchwały, że inny przestępca natychmiast by go odrzucił. Lustig zobaczył jednak gotowy scenariusz. Skoro monument miał być kiedyś rozebrany, skoro niegdyś budził sprzeciw, a teraz pochłaniał znaczne sumy, można było wmówić przedsiębiorcom, że rząd wreszcie postanowił się go pozbyć.
Zamówił podrobione urzędowe druki i dokumenty. Przyjął nazwisko oraz stanowisko wysokiego funkcjonariusza ministerstwa. Według najczęściej przytaczanej wersji towarzyszył mu wspólnik, Dan Collins, występujący w roli sekretarza. Obaj rozumieli, że wielkie oszustwo wymaga nie tylko wiarygodnej historii, lecz również odpowiedniej scenografii. Dlatego nie zaprosili potencjalnych kupców do taniego biura, a wybrali Hôtel de Crillon – miejsce, którego marmury, kryształowe żyrandole i dyskretna obsługa poświadczały powagę interesu skuteczniej niż jakakolwiek pieczęć.
Na spotkanie przybyła grupa handlarzy metalem. Lustig powiedział im, że utrzymanie 300-metrowej konstrukcji stało się dla państwa zbyt kosztowne. Wieża zostanie rozebrana, a około 7 tysięcy ton żelaza trafi na sprzedaż. Całą operację należy jednak przeprowadzić w najgłębszej tajemnicy. Gdyby Paryżanie i prasa dowiedzieli się o planie przed podjęciem ostatecznej decyzji, wybuchłby skandal.
Poufność, która powinna budzić podejrzenia, stała się najważniejszym dowodem wiarygodności. Lustig wyjaśnił nią wszystko: brak publicznego przetargu, pośpiech, nietypowe procedury i zakaz konsultowania sprawy z innymi urzędami. Każda próba sprawdzenia oferty oznaczałaby naruszenie tajemnicy państwowej. Kupcy nie zostali poproszeni, by uwierzyli w coś niemożliwego... lecz dopuszczeni do sekretu, którego inni jeszcze nie znali.
Po konferencji Lustig zaprosił przedsiębiorców do limuzyny i zawiózł ich pod wieżę. Pokazywał stalową konstrukcję tak, jak właściciel ziemski prezentuje kupcowi granice majątku. U stóp monumentu kręcili się robotnicy, turyści i sprzedawcy pamiątek. Wszystko było realne: potężne filary, windy, tysiące nitów i ogrom żelaza, które po rozbiórce mogły przynieść fortunę. Nieprawdziwy był jedynie człowiek stojący obok nich.
Idealna ofiara
Lustig obserwował gości uważniej, niż oni przyglądali się wieży. Nie chodziło mu wyłącznie o to, kto ma pieniądze. Szukał kogoś, kto pilnie potrzebował potwierdzenia własnej wartości. Znalazł André Poissona, przedsiębiorcę działającego w handlu złomem. Nazwisko „Poisson”, oznaczające po francusku rybę, nadało późniejszym relacjom niemal zbyt doskonałą symbolikę: ryba połknęła haczyk.
W rzeczywistości Poisson nie był bezmyślnym głupcem. Był człowiekiem, który chciał awansować do najwyższej ligi paryskiego biznesu i obawiał się, że inni wciąż uważają go za przybysza spoza elity.
Jego żona miała znacznie więcej podejrzeń. Pytała, dlaczego tak wielka transakcja odbywa się w sekrecie i czemu rząd wybrał właśnie jej męża. Poisson wrócił więc do Lustiga po dodatkowe wyjaśnienia. Dla przeciętnego oszusta byłby to sygnał do ucieczki. Dla Lustiga stanowiło to zaproszenie do wykonania najważniejszego ruchu.
Podczas prywatnej rozmowy porzucił na chwilę maskę nieskazitelnego urzędnika. Zasugerował, że państwowa pensja nie wystarcza człowiekowi na odpowiednim stanowisku do utrzymania należnego stylu życia. Nie powiedział wprost, że domaga się łapówki. Pozwolił, aby Poisson sam zrozumiał aluzję.
Był to mistrzowski zabieg psychologiczny. Drobna korupcja uczyniła całą historię bardziej wiarygodną. Poisson znał świat interesów i wiedział, że urzędnicy bywają przekupni. Gdy Lustig odsłonił rzekomą słabość, przestał wyglądać jak postać zbyt doskonała, by mogła być prawdziwa. Co więcej, wręczenie łapówki wiązało kupca z przestępstwem. Od tej chwili Poisson nie mógł już łatwo zgłosić swoich podejrzeń władzom, nie przyznając zarazem, że próbował skorumpować funkcjonariusza państwowego.
Przedsiębiorca zapłacił za prawo do rozbiórki Wieży Eiffla, a dodatkowo przekazał Lustigowi pokaźną łapówkę. W wielu relacjach pojawia się suma około 70 tysięcy franków, choć dokładna wartość transakcji pozostaje niepewna. Oszust zabrał pieniądze i natychmiast wyjechał z Francji.
Cisza ofiary
Lustig schronił się w Austrii i zaczął czytać francuskie gazety. Spodziewał się krzyczących tytułów, policyjnej obławy i własnego portretu na pierwszych stronach. Tymczasem André Poisson milczał.
Wstyd okazał się ostatnim elementem planu. Zawiadomienie policji oznaczałoby publiczne przyznanie, że doświadczony przedsiębiorca kupił zabytek należący do państwa od człowieka poznanego w hotelu i jeszcze wręczył mu łapówkę. Poisson wolał stracić pieniądze, niż stać się pośmiewiskiem Paryża. Dzięki jego ciszy oszustwo niemal rozpłynęło się w powietrzu.
Lustig wyciągnął z tego wniosek zdumiewający nawet jak na zawodowego przestępcę. Skoro sprzedaż Wieży Eiffla udała się raz, można było spróbować ponownie. Wrócił do Paryża, przygotował następny komplet dokumentów i zaprosił kolejną grupę handlarzy. Tym razem jednak wybrana ofiara powiadomiła policję. Lustig zdołał uciec do Stanów Zjednoczonych, zanim zatrzasnęła się pułapka. Dlatego popularne określenie, „sprzedał wieżę dwa razy”, jest nieco bardziej efektowne niż ścisłe: pierwszą transakcję doprowadził do końca, natomiast drugą próbę zdemaskowano. Nie zmienia to faktu, że samo ponowienie tak niebezpiecznego fortelu świadczyło o jego niemal bezgranicznej pewności siebie.
Maszyna do pieniędzy
Wieża Eiffla była największym rekwizytem Lustiga, ale nie jedynym. Jednym z jego popisowych numerów stała się „rumuńska skrzynka” – kunsztownie wykonane urządzenie, które miało kopiować banknoty. Oszust wkładał do środka prawdziwy pieniądz oraz czystą kartkę, poruszał dźwigniami i wyjaśniał, że chemiczny proces trwa sześć godzin. Po odpowiednim czasie maszyna wypuszczała drugi banknot. Oba szły do banku, gdzie kasjer potwierdzał ich autentyczność.
Sekret nie tkwił w chemii. Lustig wcześniej umieszczał w urządzeniu prawdziwe banknoty. Skrzynka produkowała jeszcze jedną lub dwie autentyczne „kopie”, a następnie wyrzucała już tylko puste kartki. Zanim nabywca zrozumiał, że kupił kosztowne pudło z mechanizmem przypominającym teatralną dekorację, sprzedawca znajdował się daleko.
Według słynnej anegdoty jednym z klientów został teksański szeryf. Gdy maszyna przestała działać, rozwścieczony stróż prawa odnalazł Lustiga w Chicago. Oszust nie próbował uciekać. Ze spokojem wyjaśnił, że szeryf musiał nieprawidłowo obsługiwać urządzenie, przeprowadził dla niego ponowne szkolenie i wręczył mu pieniądze jako rekompensatę. Szeryf odjechał uspokojony. Dopiero później odkrył, że otrzymane banknoty były fałszywe. Został więc oszukany po raz drugi przez tego samego człowieka – i to podczas próby wymierzenia mu sprawiedliwości.
Gra z Capone
Najbardziej niebezpieczna przygoda Lustiga miała rozegrać się w Chicago. Oszust zwrócił się do Al Capone z propozycją niezwykle zyskownej inwestycji. Poprosił o 50 tysięcy dolarów – fortunę, której utrata mogła oznaczać dla niego znacznie więcej niż więzienie. Capone przekazał pieniądze, a Lustig nie zainwestował ani centa. Umieścił całą sumę w bezpiecznym depozycie i czekał.
Po około dwóch miesiącach wrócił do gangstera. Oświadczył, że interes się nie udał, po czym oddał pełne 50 tysięcy. Capone, przywykły do zdrajców, złodziei i ludzi próbujących go okraść, miał być pod wrażeniem uczciwości przybysza. Wtedy Lustig westchnął, że porażka doprowadziła go do ruiny. Gangster wręczył mu kilka tysięcy dolarów na przetrwanie.
Właśnie ta suma była od początku celem. Lustig nie ukradł Capone’owi 50 tysięcy. Sprawił, że jeden z najbardziej bezwzględnych ludzi Ameryki dobrowolnie nagrodził go za rzekomą uczciwość.
Koniec gry
Z czasem drobne fortele przestały mu wystarczać. Lustig wszedł w fałszowanie pieniędzy na wielką skalę. Jego siatka przez lata wprowadzała do obiegu podrobione banknoty tak dobrej jakości, że zaczęły niepokoić amerykańskie służby. W maju 1935 roku został aresztowany w Nowym Jorku. Znaleziony przy nim klucz prowadził do skrytki na stacji metra przy Times Square, w której ukryto dziesiątki tysięcy fałszywych dolarów oraz sprzęt związany z ich produkcją.
Nawet zamknięty nie zamierzał podporządkować się cudzym regułom. Dzień przed procesem uciekł z federalnego aresztu znanego jako The Tombs. Miał upozorować chorobę, a następnie wydostać się przez okno po sznurze sporządzonym z prześcieradeł lub innych kawałków materiału. Ludziom na ulicy tłumaczył podobno, że jest czyścicielem okien. Przez 27 dni pozostawał wolny, zanim schwytano go w Pittsburghu.
Tym razem nie zdołał nikogo oczarować. Otrzymał 15 lat więzienia za fałszowanie pieniędzy oraz dodatkowe pięć lat za ucieczkę. Trafił do Alcatraz – miejsca stworzonego dla ludzi, którzy zbyt często wymykali się wymiarowi sprawiedliwości. Zmarł w 1947 roku na zapalenie płuc w federalnym szpitalu więziennym w Springfield w stanie Missouri. Dokumentacja jego życia do końca zachowała osobliwy ton: przy rubryce dotyczącej zawodu pojawiały się określenia związane ze sprzedażą i fałszerstwem. Jakby nawet administracja nie była pewna, czy wpisać oszusta, handlarza, czy człowieka, który uczynił kłamstwo profesją.
Monika Pawlak

