Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
piątek, 2 października 2026 13:04

Prorok w zakonnym habicie

Ojciec Andrzej Czesław Klimuszko był przede wszystkim franciszkaninem i kapłanem. Sam wielokrotnie to podkreślał, niezwykłe zdolności traktując jako dar, który zobowiązuje do niesienia pomocy. Nie zabiegał o sławę jasnowidza, choć właśnie dzięki wizjom, trafnym diagnozom i znajomości ziół stał się legendą jeszcze za życia. Jedni widzieli w nim człowieka obdarzonego nadprzyrodzoną mocą, inni znakomitego obserwatora ludzkiej natury. Największe emocje budziła jednak przypisywana mu umiejętność zaglądania w przyszłość.
Prorok w zakonnym habicie

Autor: ChatGPT/AI

Jego postać z czasem obrosła opowieściami, których prawdziwość trudno dziś rozstrzygnąć. Część relacji pochodzi z własnych wspomnień zakonnika, inne spisali jego współbracia i ludzie szukający u niego pomocy. Wiele słynnych przepowiedni opublikowano dopiero po latach, niekiedy w różnych wersjach. W biografii Klimuszki fakty nierozerwalnie splatają się więc ze świadectwami, legendą i wiarą tych, którzy byli przekonani, że franciszkanin potrafił „przenikać wzrokiem ducha”.

 

Pierwsze znaki

Czesław Klimuszko przyszedł na świat 23 sierpnia 1905 roku we wsi Nierośno, położonej nieopodal Dąbrowy Białostockiej, na terenie ówczesnej diecezji wileńskiej. Jego rodzice, Wincenty i Zofia z domu Maciulewska, byli niezamożnymi rolnikami. Chłopiec wychowywał się z dwoma braćmi i trzema siostrami, z których dwie wcześnie zmarły. Ubóstwo nie było w domu Klimuszków pustym słowem – rodzina nieraz cierpiała głód.

Według jego wspomnień pierwsze niezwykłe doświadczenie wydarzyło się, gdy miał jedenaście lat i uczył się w szkole prowadzonej przez salezjanów w Różanymstoku. Podczas spaceru po lesie zauważył duże brodawki na dłoniach koleżanki Zuzi. Zerwał jaskółcze ziele i natarł je sokiem rośliny. Po kilku dniach zmiany miały zniknąć. Zaskoczyło go nie tyle samo wyleczenie dziewczynki – glistnik rzeczywiście był tradycyjnie stosowany na kurzajki – ile pewność, z jaką sięgnął właśnie po tę roślinę, choć nikt wcześniej nie uczył go zielarstwa.

„Ciągnęło mnie do chmur, lasów i samotności” – pisał po latach. Twierdził, że podczas obserwowania przyrody wyczuwał, iż jedne rośliny są przyjazne, a inne odpychające. Kiedy natrafił na podręcznik zielarski, miał odkryć, że gatunki budzące w nim dobre odczucia należały przeważnie do leczniczych, natomiast te wywołujące niepokój bywały trujące. Z czasem intuicję uzupełnił rozległą wiedzą, tworząc mieszanki ziołowe, z których później zasłynął w całym kraju.

Niezwykłe przeżycia nie odwróciły jego uwagi od powołania. W 1925 roku rozpoczął nowicjat u franciszkanów we Lwowie i przyjął zakonne imię Andrzej, choć przez całe życie powszechnie kojarzono go także z imieniem chrzcielnym. Według często powtarzanej opowieści, nie mając pieniędzy na podróż, znaczną część drogi do Lwowa przebył pieszo. Tam też miała pojawić się jego pierwsza wyraźna wizja: zobaczył śmierć znajomej mieszkającej setki kilometrów dalej. Po kilku dniach otrzymał wiadomość, która – jak utrzymywał – potwierdziła jego przeczucie.

W 1934 roku przyjął święcenia kapłańskie. Posługiwał później między innymi w Gnieźnie, Wilnie, Łagiewnikach koło Łodzi i Warszawie. Podczas pobytu w Łagiewnikach miał we śnie zobaczyć nadciągającą wojnę: rozstrzeliwanych polskich żołnierzy, więźniów obozów oraz zakrwawionego oficera, za którym rozciągał się obraz Europy niszczonej przez hitlerowskie wojska. Gdy 1 września 1939 roku Niemcy zaatakowały Polskę, sen zaczął przypominać przerażającą zapowiedź rzeczywistości.

 

Wielki wstrząs

Po wybuchu wojny Klimuszko opuścił Warszawę. W 1940 roku znalazł się w Wierzbicy koło Radomia, gdzie przeżył wydarzenie, które uznał później za przełom. Niemieccy żołnierze spędzili na rynek miejscowych mężczyzn, bili ich i poniżali. Franciszkanin również został zaatakowany. Kiedy odmówił biegania po placu dla rozrywki oprawców, pobito go i pokaleczono.

We wspomnieniach pisał, że widok maltretowanych ludzi oraz człowieka z trupią główką na czapce wywołał w nim potężny psychiczny wstrząs. Miał on „obudzić nadświadomość” i uruchomić nieznany wcześniej mechanizm. Od tej chwili Klimuszko zaczął rzekomo widzieć za niektórymi osobami obrazy przypominające film ze scenami z ich życia. Odczuwał, że dokonał się w nim „przewrót twórczy” – coś nie tyle nienormalnego, ile, jak sam to określał, „ponadnaturalnego”.

Wkrótce zauważył, że podobne obrazy wywołują fotografie. Kiedy patrzył na czyjąś podobiznę, miał widzieć życiorys tej osoby, jej stan zdrowia, miejsce pobytu, a czasem okoliczności śmierci. Utrzymywał również, że potrafi oddziaływać na ludzi myślą, co tłumaczył telepatią. Nie twierdził jednak, że zdolność działa na każde żądanie. Wizje przychodziły nagle, bywały fragmentaryczne i nie zawsze dawały się jednoznacznie odczytać.

Podczas wojny wykorzystywał ten dar przede wszystkim do poszukiwania zaginionych. Na podstawie fotografii próbował wskazywać, czy dana osoba żyje, gdzie może przebywać albo gdzie znajduje się jej ciało. Po zakończeniu okupacji podobnych próśb napływały tysiące. Europa była pełna rodzin rozdzielonych przez deportacje, obozy i wojenną wędrówkę, a wiadomość o zakonniku potrafiącym odnajdywać ludzi rozchodziła się błyskawicznie.

Po wojnie Klimuszko trafił do Prabut. Do klasztoru zaczęły przyjeżdżać tłumy, a worki listów przynosiły kolejne prośby o pomoc. Jedni szukali krewnych, inni ratunku w chorobie. Franciszkanin oglądał zdjęcia, rozmawiał z ludźmi i zalecał mieszanki ziół. Nie wszystkie jego diagnozy i wskazania mogły być trafne, choć w opowieściach zwolenników zapamiętano przede wszystkim przypadki zakończone powodzeniem.

On sam odżegnywał się od roli cudotwórcy. „Nie jestem ani uzdrawiaczem, ani cudotwórcą, ani nieomylnym” – powtarzał. Przyznawał, że określenie „jasnowidz” wprawia go w zakłopotanie. Za swoje zadanie uważał przekazywanie wiedzy i doświadczenia oraz ukazywanie bogactwa, jakie dla ludzkiego zdrowia oferuje przyroda. Ci, którzy go znali, podkreślali jego skromność, cierpliwość i gotowość do przyjmowania każdego potrzebującego.

 

Dar pod lupą

Klimuszko sam próbował zrozumieć naturę swoich zdolności. Przyjmował zaproszenia na spotkania poświęcone parapsychologii, uczestniczył w eksperymentach i pozwalał sprawdzać swoje możliwości. Nie były to jednak badania spełniające dzisiejsze rygorystyczne standardy naukowe, dlatego ich wyniki nie stanowią rozstrzygającego dowodu na istnienie jasnowidzenia.

Najsłynniejszy przypadek dotyczył prymasa Polski Augusta Hlonda. Klimuszko twierdził, że kilka miesięcy przed jego śmiercią zapowiedział, iż kardynał umrze niespodziewanie 24 października z powodu choroby płuc, a wkrótce potem zginie inny, niższy rangą dostojnik kościelny. Hlond rzeczywiście zmarł 22 października 1948 roku – nie 24 października – po nagłej chorobie, zdiagnozowanej jako zapalenie płuc. Sześć dni później biskup Stanisław Łukomski, wracający z pogrzebu prymasa, poniósł śmierć w wypadku samochodowym. Przekaz okazał się więc uderzająco bliski wydarzeniom, lecz nie całkowicie zgodny w kwestii daty. Co więcej, znamy go przede wszystkim z późniejszej relacji samego Klimuszki.

Rosnąca popularność zakonnika zwróciła uwagę komunistycznych władz. W grudniu 1948 roku, ostrzeżony o grożącym mu aresztowaniu, opuścił Prabuty w przebraniu kobiety. Ukrywał się pod zmienionym nazwiskiem w kilku klasztorach, między innymi w Lubomierzu, Wyszogrodzie i Nieszawie. Ostatecznie związał się z Elblągiem, choć na stałe zamieszkał w tamtejszym klasztorze dopiero w 1961 roku. Pozostał w nim do końca życia.

Przez następne lata rozwijał wiedzę zielarską i przyjmował potrzebujących. Publikował książki poświęcone leczniczym właściwościom roślin, między innymi „Wróćmy do ziół leczniczych” oraz „Moje widzenie świata”. Jego działalność budziła podziw, ale też krytykę. Zarzucano mu szarlatanerię, wykorzystywanie łatwowierności chorych i przypisywanie sobie niemożliwych zdolności. Klimuszko odpowiadał, że nigdy nie uważał się za nieomylnego, a zioła nie powinny zastępować koniecznego leczenia.

Mimo pogarszającego się zdrowia nadal pomagał ludziom. Cierpiał na chorobę płuc, do której przyczyniły się nałogowe palenie papierosów i przemęczenie. Pod koniec życia powiedział przyjaciołom, że jeśli w ciągu wielu lat zdołał wlać choć jedną iskierkę radości w skołatane ludzkie serca, nie żył nadaremnie. Zmarł w Elblągu 25 sierpnia 1980 roku, dwa dni po swoich 75. urodzinach. Według zakonnych przekazów jego ostatnie słowa brzmiały: „Ja nie umieram, spełniłem tylko wolę Bożą”.

 

Wizje przyszłości

Klimuszko niechętnie mówił publicznie o przyszłości. Obawiał się, że jego niejasne obrazy zostaną opacznie zrozumiane lub dostosowane po latach do rzeczywistych wydarzeń. Ta ostrożność jest ważna, ponieważ wiele przypisywanych mu proroctw znamy wyłącznie ze wspomnień świadków, często spisanych już po ich rzekomym spełnieniu.

Jedna z najsłynniejszych relacji dotyczy Jana Pawła I. Według ojca Lucjusza Chodukiewicza, gdy w sierpniu 1978 roku wybrano Albina Lucianiego, Klimuszko nie podzielał radości współbraci. Miał powiedzieć: „Po co go wybrali? On będzie krótko żył i nic nie zrobi”. Papież zmarł po 33 dniach pontyfikatu. Kiedy wiadomość dotarła do zakonników przebywających w Splicie, Klimuszko podobno złapał się za głowę i wyszeptał: „Boję się Klimuszki”.

Przed następnym konklawe miał zasugerować, że jeśli papieżem nie zostanie Włoch, wybór padnie na Karola Wojtyłę. Po elekcji Polaka przypisywano mu słowa, że będzie to jeden z największych papieży, który rozsławi imię ojczyzny i zapoczątkuje nową epokę Kościoła. Trudno jednak ustalić dokładne brzmienie oraz moment wypowiedzenia tych zdań. Podobna ostrożność jest konieczna przy opowieści, jakoby w 1980 roku zapowiedział, że Solidarność „powstanie dwukrotnie”, co później wiązano z jej delegalizacją i odrodzeniem w 1989 roku.

Najbardziej dramatyczne wizje dotyczyły wojen i kataklizmów. Klimuszko opisywał żołnierzy przeprawiających się przez morze w niewielkich jednostkach, zniszczone włoskie miasta oraz płaczące dzieci. Widział część Półwyspu Apenińskiego pod wodą, choć nie potrafił rozstrzygnąć, czy przyczyną będzie wojna, trzęsienie ziemi, czy wybuch wulkanu.

Przypisuje mu się również przepowiednię „nowego potopu”. Rakiety miały spaść do Atlantyku i wywołać olbrzymią falę, która ruszyłaby ku Europie, wtargnęła przez Gibraltar, zalała część Hiszpanii, Sahary oraz Włoch i pochłonęła Rzym. Obrazy te nigdy się nie spełniły. Nie należy więc przedstawiać ich jako zapowiedzi wydarzeń, które z pewnością nastąpią, lecz jako zapis apokaliptycznych wizji człowieka żyjącego w epoce zimnej wojny i powszechnego lęku przed konfliktem nuklearnym.

Zupełnie inny ton miały słowa dotyczące Polski. Klimuszko przewidywał dla niej okres burzliwy, ale nie zagładę. Miał widzieć kraj wznoszący się ku światłu, bez ciężkich chmur wiszących nad przyszłością. Zapowiadał, że Polska zyska ogromne znaczenie, stanie się bezpiecznym schronieniem, a ludzie z zagranicy będą przyjeżdżali nad Wisłę, aby tutaj żyć.

Czy rzeczywiście widział przyszłość? Nauka nie potwierdziła istnienia jego paranormalnych zdolności, a źródła nie pozwalają zweryfikować wielu najbardziej niezwykłych opowieści. Nie sposób jednak zaprzeczyć, że pozostawił po sobie coś więcej niż zbiór sensacyjnych proroctw. Dla tysięcy ludzi był zakonnikiem, który ich wysłuchał, podtrzymał na duchu i dał nadzieję wtedy, gdy zawodziły wszystkie inne sposoby. Być może właśnie w tym – bardziej niż w przepowiedniach o papieżach, wojnach i zatopionych miastach – kryła się prawdziwa tajemnica Klimuszki.

Marcin Nowak


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama