Lud, który stworzył sieć handlową rozciągającą się na tysiące kilometrów, założył potężną Kartaginę i przez stulecia rywalizował z największymi mocarstwami epoki, niemal całkowicie zniknął z kart historii. Czy jednak Fenicjanie rzeczywiście odeszli w przeszłość? A może stało się coś bardziej zagadkowego: ich kultura przetrwała, lecz z czasem przestano nazywać ją fenicką?
Miasta zamiast imperium
Fenicjanie nie byli imperium w takim znaczeniu jak Egipt, Persja czy Rzym. Nie stworzyli jednego wielkiego państwa ze stolicą, wspólną armią i władcą. Ich świat tworzyły przede wszystkim rywalizujące ze sobą miasta-państwa. Najbardziej znane to Tyr, Sydon, Byblos i Arwad. Każde miało własnych królów, interesy i ambicje. Łączyły je język, wierzenia, rzemiosło oraz niezwykła tradycja morska. Właśnie ta niezależność przez pewien czas była ich siłą.
Kiedy jednak na Bliskim Wschodzie zaczęły powstawać wielkie imperia, stała się słabością. Fenicjanie znaleźli się pomiędzy gigantami. Najpierw podporządkowywali ich sobie Asyryjczycy, potem Babilończycy, a następnie Persowie. Każde kolejne mocarstwo chciało kontrolować bogate porty na wschodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego.
Miasta fenickie posiadały niewielkie terytoria, ale miały ogromne znaczenie gospodarcze i dysponowały flotami, bez których trudno było prowadzić wojnę na morzu. Były więc zbyt cenne, aby pozostawić je samym sobie. Początkowo podległość sprowadzała się najczęściej do płacenia danin i dostarczania okrętów. Z czasem jednak niezależność stopniowo zaczęła zanikać.
Symbolem fenickiej potęgi był Tyr, położony na terenie dzisiejszego Libanu. Antyczne miasto składało się z osady na stałym lądzie oraz twierdzy wzniesionej na skalistej wyspie, oddalonej od brzegu o kilkaset metrów. Jej mury wyrastały wprost z morza, a mieszkańcy mogli otrzymywać zaopatrzenie drogą wodną. Dla potencjalnego najeźdźcy był to koszmar.
W VI wieku p.n.e. Babilończycy pod wodzą Nabuchodonozora II oblegali Tyr przez trzynaście lat. Nie zdołali jednak zdobyć wyspiarskiej twierdzy szturmem. Ostatecznie miasto uznało zwierzchnictwo Babilonu, zachowując część samodzielności. Później Tyr znalazł się pod panowaniem Persów i udostępniał im swoją flotę.
W 332 roku p.n.e. pod jego murami stanął Aleksander Wielki. Nie zamierzał prowadzić wieloletniego oblężenia. Polecił usypać groblę łączącą ląd z wyspą, wykorzystując między innymi kamienie i gruz ze starej części miasta. Po siedmiu miesiącach walk Macedończycy sforsowali mury. Fenicjanie, którzy przez stulecia panowali na morzu, zostali pokonani dzięki drodze poprowadzonej przez wodę. Grobla z czasem zatrzymała nanoszony przez fale piasek, na zawsze łącząc dawną wyspę z lądem.
Kartagina rzuca wyzwanie
Największy cios miał jednak nadejść gdzie indziej. W Afryce Północnej wyrosła Kartagina, założona – według tradycji – przez przybyszów z Tyru w 814 roku p.n.e. Z czasem stała się jednym z najpotężniejszych ośrodków handlowych starożytności. Kontrolowała szlaki morskie, posiadała ogromną flotę oraz wpływy w Afryce, Hiszpanii, na Sardynii i Sycylii.
W III wieku p.n.e. starła się z rosnącym w siłę Rzymem. Rozpoczęły się wojny punickie – ich nazwa pochodzi od łacińskiego określenia Fenicjan. Pierwsza trwała ponad dwadzieścia lat. Druga przyniosła światu Hannibala i jego słynną przeprawę przez Alpy.
Przez pewien czas wydawało się, że Rzym może zostać pokonany. W 216 roku p.n.e. Hannibal odniósł pod Kannami jedno z najbardziej spektakularnych zwycięstw w historii wojskowości. Kartagina nie zdołała jednak wykorzystać sukcesu. Rzym przetrwał, odbudował siły i stopniowo przejął jej posiadłości. W 146 roku p.n.e. Rzymianie zdobyli Kartaginę, zburzyli ją, a znaczną część mieszkańców zabili lub sprzedali w niewolę.
To właśnie wtedy mogło się wydawać, że Fenicjanie naprawdę zniknęli. Ich największa zachodnia metropolia przestała istnieć jako potęga. Nie był to jednak jeszcze koniec ich kultury.
Podstęp historii
Kiedy Rzymianie niszczyli Kartaginę, Fenicjanie od dawna nie stanowili jednego organizmu politycznego. Tyr, Sydon i inne miasta na wschodzie nadal istniały. Ich mieszkańcy funkcjonowali jednak najpierw w świecie hellenistycznym, a później rzymskim. Język fenicki stopniowo ustępował grece, aramejskiemu i łacinie. Dawne bóstwa otrzymywały greckie lub rzymskie imiona, a ludzie identyfikowali się przede wszystkim ze swoim miastem, regionem albo imperium.
Na tym polega podstęp historii. Fenicjanie nie zostali wymazani przez jeden kataklizm. Raczej rozpłynęli się wśród innych społeczności. Pokolenie po pokoleniu przejmowali języki i zwyczaje kolejnych potęg. Ich miasta przetrwały, lecz zmieniła się tożsamość mieszkańców. Historia nie zatrzasnęła za tym ludem drzwi – powoli zdjęła z niego dawną nazwę.
Największe dziedzictwo Fenicjan ocalało właśnie dlatego, że przejęli je inni. Używali pisma złożonego z 22 znaków oznaczających głównie spółgłoski. Było prostsze i praktyczniejsze od skomplikowanych systemów znanych w wielu wcześniejszych kulturach. Grecy przystosowali je do własnego języka i dodali znaki samogłoskowe. Z alfabetu greckiego wywodzi się między innymi alfabet łaciński, z którego my korzystamy do dziś. Inna gałąź, aramejska, dała początek między innymi pismu hebrajskiemu i – poprzez alfabet nabatejski – arabskiemu. Możliwy wpływ tej tradycji na indyjskie pismo brahmi pozostaje przedmiotem naukowego sporu.
Fenicjanie przestali istnieć jako odrębny lud, ale ich głos nadal brzmi w niemal każdym zapisanym przez nas słowie. Za każdym razem, gdy piszemy swoje imię, wysyłamy wiadomość albo otwieramy książkę, korzystamy z dziedzictwa żeglarzy, którzy przed tysiącami lat przemierzali Morze Śródziemne. Nie pozostawili po sobie wielkiego imperium. Pozostawili coś trwalszego – narzędzie, dzięki któremu inni mogli zapisać własną historię.
Jacek Hilgier

