Pierwszym z trójki był „Olympic”, zbudowany w stoczni Harland and Wolff w Belfaście i zwodowany 20 października 1910 roku. W chwili wodowania był największym statkiem świata. Zachwycał nie tylko rozmiarami, lecz także przepychem. Na jego pokładzie znajdowały się wykwintne restauracje, luksusowe kabiny, bogato zdobione schody i najnowocześniejsze urządzenia techniczne. Pojemność brutto liniowca wynosiła ponad 45 tysięcy ton rejestrowych, kadłub mierzył około 269 metrów długości, a potężne maszyny mogły rozpędzić jednostkę do przeszło 22 węzłów.
Kolos z bliznami
Już w pierwszym roku służby „Olympic” przekonał się jednak, że na morzu wielkość nie daje nietykalności. We wrześniu 1911 roku zderzył się w pobliżu wyspy Wight z brytyjskim krążownikiem HMS „Hawke”. Okręt wojenny uderzył dziobem w prawą burtę liniowca, rozrywając poszycie i zalewając dwa przedziały wodoszczelne. Nikt nie zginął, lecz „Olympic” musiał wrócić do Belfastu na kosztowną naprawę. Dowodził nim kapitan Edward J. Smith, a jednym z oficerów był Henry T. Wilde. Obaj kilka miesięcy później znaleźli się na „Titanicu” i zginęli w jego katastrofie. Takie zbiegi okoliczności wystarczyły, aby wśród przesądnych marynarzy pojawiły się szepty o pechu ciążącym nad trzema siostrzanymi jednostkami.
„Olympic” wrócił do służby, a po tragedii „Titanica” poddano go gruntownej przebudowie. Otrzymał więcej łodzi ratunkowych, podwyższono część grodzi wodoszczelnych, a fragmenty kadłuba wyposażono w dodatkowe wewnętrzne poszycie. Dzięki temu pasażerowie mieli podróżować nie tylko wygodnie, ale i bezpieczniej.
W czasie I wojny światowej liniowiec przemieniono w transportowiec wojska. Otrzymał efektowny kamuflaż złożony z kontrastowych pasów, które miały utrudniać wrogim okrętom podwodnym ocenę jego kursu i prędkości. 12 maja 1918 roku na Atlantyku niemiecki U-103 próbował zająć pozycję do ataku. „Olympic” dostrzegł przeciwnika, ruszył w jego stronę, staranował wynurzający się okręt i przeciął jego kadłub lewą śrubą. Był jednym z nielicznych liniowców pasażerskich, które zatopiły U-Boota. Wyczyn przyniósł załodze rozgłos, choć pojawiały się głosy, że dowódca niepotrzebnie ryzykował życiem tysięcy przewożonych żołnierzy.
Na szlak transatlantycki „Olympic” powrócił w 1920 roku. Przez kolejne lata przewoził pasażerów bez większych dramatów, aż do nocy 15 maja 1934 roku. W gęstej mgle uderzył w amerykański latarniowiec „Nantucket” i zatopił go; zginęło siedmiu z jedenastu członków jego załogi. Rok później starzejący się liniowiec wycofano ze służby i przeznaczono na złom. Część dekoracji trafiła do hoteli, restauracji i prywatnych rezydencji, gdzie zachowała się do dziś.
Spośród trzech olbrzymów tylko „Olympic” przeżył pełną karierę i doczekał emerytury, choć jego historia była naznaczona kolizjami, wojną i śmiercią.
Niezatapialny tonie
Znacznie tragiczniejszy los spotkał drugiego z braci. Zwodowany w 1911 roku „Titanic” uchodził za cud inżynierii. Kadłub podzielono na 16 głównych przedziałów, oddzielonych grodziami z wodoszczelnymi drzwiami. Konstruktorzy zakładali, że statek utrzyma się na powierzchni po zalaniu czterech przedziałów dziobowych. Prasa i opinia publiczna szybko zamieniły techniczne zapewnienia o wyjątkowym bezpieczeństwie w chwytliwe przekonanie, że „Titanic” jest praktycznie niezatapialny.
10 kwietnia 1912 roku liniowiec wyruszył z Southampton w dziewiczy rejs do Nowego Jorku. Na jego pokładzie znaleźli się milionerzy, emigranci marzący o nowym życiu w Ameryce oraz setki członków załogi. Pierwsza klasa podróżowała wśród marmurów, boazerii i kryształowych żyrandoli, podczas gdy na niższych pokładach całe rodziny wiozły w kufrach swój skromny dobytek. Nikt nie przypuszczał, że statek ma przed sobą zaledwie cztery dni.
Późnym wieczorem 14 kwietnia „Titanic” płynął niemal z pełną prędkością przez obszar, z którego napływały ostrzeżenia o lodzie. O godzinie 23.40 obserwatorzy dostrzegli górę lodową. Manewr rozpoczęto za późno. Lód otarł się o prawą burtę i spowodował serię odkształceń oraz pęknięć poszycia, przez które woda wtargnęła do sześciu przedziałów. Nie powstała jedna długa szczelina, jak przez lata sądzono, lecz rozproszone uszkodzenia. To wystarczyło. Grodzie nie sięgały dostatecznie wysoko, więc gdy dziób zanurzał się coraz głębiej, woda przelewała się z przedziału do przedziału.
Kapitan Edward Smith rozkazał przygotować łodzie ratunkowe, lecz miejsc wystarczało jedynie dla nieco ponad połowy obecnych na pokładzie. Początkowo wielu pasażerów nie wierzyło, że jasno oświetlony kolos naprawdę tonie. Pierwsze szalupy odpływały częściowo puste. Dopiero rosnące przechylenie pokładu i wystrzeliwane w noc rakiety odebrały ludziom złudzenia. Orkiestra grała, próbując powstrzymać panikę, podczas gdy załoga wzywała kobiety i dzieci do łodzi. W pomieszczeniach maszynowni palacze i mechanicy walczyli, aby jak najdłużej utrzymać światło i zasilanie pomp.
O godzinie 2.20 nad ranem 15 kwietnia „Titanic”, przełamany na dwie części, zniknął pod powierzchnią północnego Atlantyku. Woda miała temperaturę bliską zamarzania. Większość ludzi, którzy się w niej znaleźli, umarła w ciągu kilkudziesięciu minut. Z około 2200 pasażerów i członków załogi zginęło ponad 1500.
Katastrofa wstrząsnęła światem i obnażyła słabość przepisów, które nie nadążały za rozmiarami nowych statków. Dochodzenia ujawniły brak dostatecznej liczby szalup, niejasne procedury ewakuacji oraz fatalne skutki lekceważenia ostrzeżeń lodowych. Wprowadzono całodobowe nasłuchiwanie radiowe, zaostrzono wymagania dotyczące łodzi ratunkowych i utworzono Międzynarodowy Patrol Lodowy. Jednocześnie narodziły się legendy o klątwie, złych znakach i przepowiedniach. Historycy wskazują konkretne przyczyny tragedii, lecz aura „Titanica” do dziś działa na wyobraźnię silniej niż dzieje niemal każdego innego statku.
Ostatni z gigantów
Trzeci liniowiec, „Britannic”, powstawał już w cieniu katastrofy brata. Konstruktorzy wprowadzili liczne zmiany: podwyższyli grodzie, wzmocnili ochronę części kadłuba i zaplanowali więcej łodzi ratunkowych. Miał być najbezpieczniejszym z całej trójki, lecz nigdy nie rozpoczął regularnych rejsów pasażerskich. Po wybuchu I wojny światowej został przejęty przez Admiralicję i przekształcony w statek szpitalny. Białe burty, zielony pas i ogromne czerwone krzyże wyraźnie wskazywały jego przeznaczenie.
21 listopada 1916 roku o godzinie 8.12 rano „Britannic” płynął przez cieśninę między greckimi wyspami Kea i Makronisos, gdy potężna eksplozja wstrząsnęła jego kadłubem. Jednostka najprawdopodobniej weszła na minę postawioną przez niemiecki okręt podwodny U-73. Woda zalewała kolejne pomieszczenia szybciej, niż przewidywały obliczenia. Część wodoszczelnych drzwi nie zadziałała prawidłowo, a przez otwarte iluminatory na niższych pokładach wlewało się morze.
Kapitan Charles Bartlett próbował skierować statek ku pobliskiej wyspie Kea i osadzić go na mieliźnie. Jednak ruch naprzód tylko zwiększał napór wody. Zanim zatrzymano śruby, spuszczono dwie łodzie ratunkowe bez zgody dowództwa. Zostały wciągnięte w wir i roztrzaskane przez wciąż obracające się potężne śruby. To właśnie tam zginęła większość ofiar.
„Britannic” poszedł na dno w zaledwie 55 minut, jeszcze szybciej niż „Titanic”. Dzięki sprawniejszej ewakuacji, większej liczbie łodzi i cieplejszej wodzie uratowano jednak ponad tysiąc osób. Zginęło 30 ludzi. Wrak spoczął na głębokości około 120 metrów, położony na prawej burcie, jakby ostatni z gigantów zasnął na dnie Morza Egejskiego.
Trzy siostrzane statki miały być pomnikami nowoczesności. Jeden przetrwał wojny i kolizje, lecz sam stał się sprawcą tragedii. Drugi zginął podczas pierwszego rejsu, a trzeci nie zdążył przewieźć ani jednego pasażera przez Atlantyk. Nie ciążyła nad nimi żadna klątwa. Ich dzieje przypominają jednak, że nawet najbardziej imponujące osiągnięcia techniki pozostają bezbronne wobec splotu błędów, wojny i żywiołu. Człowiek zbudował gigantów, lecz ocean nigdy nie uznał ich potęgi.
Jacek Hilgier

