Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
czwartek, 1 października 2026 18:07
Pomiędzy. Komentarz amerykański Tomasza Deptuły

Od Adamsa do Trumpa, czyli wojna z czwartą władzą

Donald Trump nie lubi mediów, chyba że akurat mówią o Donaldzie Trumpie – i mówią dobrze. To dość osobliwa relacja, bo trudno wskazać współczesnego amerykańskiego polityka, który równie sprawnie wykorzystywałby telewizję, internet i media społecznościowe do budowania własnej pozycji.
Od Adamsa do Trumpa, czyli wojna z czwartą władzą

Autor: PAP/EPA/YURI GRIPAS / POOL

Trump od dziesięcioleci doskonale rozumie mechanizmy działania mediów. Potrafi narzucić temat dnia i znaleźć się w centrum uwagi niemal na zawołanie. Problem pojawia się wtedy, gdy kamera nadal jest włączona, ale przekaz przestaje odpowiadać oczekiwaniom głównego bohatera.

Krytycy nazywają to „parciem na szkło”, lecz sprawa jest poważniejsza niż prezydenckie poczucie własnej wartości. Polityk ma pełne prawo złościć się na artykuł, wskazywać błędy czy zarzucać redakcji stronniczość. Media nie są przecież nieomylne ani wolne od politycznych sympatii. Granica przebiega jednak tam, gdzie niezadowolenie z publikacji zaczyna przekładać się na używanie instrumentów państwa przeciw nieprzychylnym redakcjom. I od razu warto zaznaczyć: wojna z prasą nie ma partyjnych barw.

Najnowszy spór dotyczy CNN, MS NOW i Politico – redakcji regularnie oskarżanych przez Trumpa o liberalne skrzywienie. 18 września prezydent ogłosił, że ich dziennikarze nie będą wpuszczani do Białego Domu, zarzucając im publikowanie „fake news” i jednostronnie negatywnych materiałów.

Sędzia federalny Timothy Kelly nakazał jednak 24 września przywrócić akredytacje, uznając, że sposób ich odebrania najprawdopodobniej naruszył konstytucyjne gwarancje należytej procedury. Sceptycznie odniósł się także do przedstawionego później argumentu o zagrożeniu dla bezpieczeństwa narodowego.

Sprawa nie jest zakończona. Sądowy nakaz obowiązuje tymczasowo, a redakcje zabiegają o utrzymanie dostępu do czasu rozstrzygnięcia procesu. Mimo przywrócenia przepustek CNN pominięto także przy ustalaniu grupy reporterów lecących z prezydentem na pokładzie Air Force One.

Określenie mediów mianem „czwartej władzy” jest polityczną metaforą, a nie terminem amerykańskiego prawa konstytucyjnego. Konstytucja wyraźnie ustanawia trzy gałęzie państwa: Kongres, władzę wykonawczą z prezydentem na czele oraz sądownictwo federalne. To one tworzą system wzajemnej kontroli i równowagi, którego intelektualnych źródeł szuka się m.in. u Monteskiusza.

Media nie są więc czwartą konstytucyjną gałęzią państwa. Ich pozycję wyznacza jednak Karta Praw, a przede wszystkim Pierwsza Poprawka chroniąca wolność słowa i prasy.

Nie oznacza to, że dziennikarze mają automatyczne prawo dostępu do każdej informacji i każdego miejsca. Podlegają prawu tak jak inni i mogą odpowiadać choćby za zniesławienie. Problem konstytucyjny zaczyna się wówczas, gdy dostęp do władzy różnicowany jest nie ze względów bezpieczeństwa czy organizacji pracy, lecz ze względu na poglądy redakcji albo treść jej publikacji.

I właśnie wokół tej granicy toczy się obecny spór.

Już w 2025 r. administracja ograniczyła Associated Press dostęp do części wydarzeń prezydenckich po tym, jak agencja odmówiła zastąpienia nazwy „Zatoka Meksykańska” promowanym przez Biały Dom określeniem „Zatoka Amerykańska”. Biały Dom przejął też od Stowarzyszenia Korespondentów Białego Domu kontrolę nad doborem niewielkiej grupy reporterów towarzyszących prezydentowi podczas wydarzeń, na których nie mieści się cały korpus prasowy.

Do tego doszły ograniczenia pracy dziennikarzy w Pentagonie. Część największych redakcji, w tym Reuters i Fox News, zrezygnowała z przepustek, nie akceptując nowych zasad dotyczących pozyskiwania informacji.

Trump wykorzystuje również sądy. We wrześniu sędzia w Iowa oddalił jego pozew przeciwko „Des Moines Register” i ankieterce J. Ann Selzer dotyczący nietrafionego sondażu przed wyborami w 2024 r. Sąd uznał, że publikowanie i omawianie takich badań należy do szczególnie chronionej debaty politycznej.

Nie wszystkie starcia kończą się jednak porażką prezydenta. W 2025 r. Paramount zgodził się zapłacić 16 mln dolarów, aby zakończyć spór dotyczący sposobu zmontowania przez CBS programu „60 Minutes” z wywiadem z Kamalą Harris. Koncern nie przyznał się do winy, ale krytycy ugody ostrzegali, że podobne rozstrzygnięcia mogą zachęcać polityków do wykorzystywania kosztownych procesów jako narzędzia nacisku.

Trump nie jest pierwszym prezydentem USA marzącym o bardziej przychylnej prasie. Historia zna przykłady znacznie bardziej drastyczne.

Już John Adams podpisał w 1798 r. Sedition Act, pozwalający karać za publikowanie „fałszywych, skandalicznych i złośliwych” tekstów wymierzonych w rząd i prezydenta. Ścigano redaktorów związanych z politycznymi przeciwnikami federalistów, a polityczna reakcja na te przepisy stała się jednym z czynników ich porażki w wyborach 1800 r.

Podczas I wojny światowej administracja Woodrowa Wilsona poszła dalej. Espionage Act z 1917 r. i Sedition Act z 1918 r. wykorzystywano do ograniczania działalności przeciwników wojny, a federalna poczta odmawiała kolportowania części czasopism. Okoliczności były nieporównywalne z dzisiejszym sporem, ale argument brzmiał znajomo: krytyczną publikację można było przedstawić jako zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa.

Najbardziej znanym przykładem pozostaje Richard Nixon. Jego administracja prowadziła listy politycznych przeciwników, aareporter CBS Daniel Schorr znalazł się pod lupą FBI oraz na liście osób przeznaczonych do administracyjnego „nękania”.

Ironia historii polega na tym, że właśnie dziennikarze odegrali później kluczową rolę w ujawnieniu afery Watergate. Nixon nie ustąpił dlatego, że „przegrał z mediami”, lecz dlatego, że śledztwa ujawniły nadużycia władzy, a groźba impeachmentu stała się realna. Konflikt z prasą był jednak częścią szerszego kryzysu zaufania do jego administracji.

Wojna z mediami nie jest domeną jednej partii. Administracja Baracka Obamy w 2009 r. weszła w otwarty konflikt z Fox News, przedstawiając stację jako część republikańskiej machiny politycznej. Próba wykluczenia jej przedstawiciela z jednego z grupowych wywiadów upadła, gdy inne sieci telewizyjne odmówiły udziału bez Fox News.

Znacznie poważniejsza była sprawa z 2013 r., gdy Departament Sprawiedliwości potajemnie uzyskał dane dotyczące ponad 20 linii telefonicznych Associated Press w ramach śledztwa w sprawie przecieku informacji niejawnych. AP uznała to za bezprecedensową ingerencję w proces zbierania informacji.

Osobiste animozje prezydentów wobec reporterów są jeszcze starsze. W 2000 r. George W. Bush, nieświadomy włączonego mikrofonu, określił dziennikarza „New York Timesa” Adama Clymera wyjątkowo dosadnym mianem. Dick Cheney odpowiedział, że zgadza się z nim „w stu procentach”.

W 2022 r. Joe Biden został nagrany, gdy nazwał reportera Fox News Petera Doocy’ego „stupid son of a b…”. Niedługo później zadzwonił do niego i zapewnił, że nie było w tym nic osobistego.

Najbardziej malowniczy przykład pozostawił Ronald Reagan. Podczas próby mikrofonu w 1984 r. zażartował, że właśnie podpisał ustawę delegalizującą Związek Radziecki i że „bombardowanie zacznie się za pięć minut”. Nagranie trafiło do mediów, co Moskwa skwapliwie wykorzystała propagandowo.

Historia prezydenckich mikrofonów uczy więc prostej zasady: zawsze należy zakładać, że są włączone.

Nie trzeba idealizować amerykańskich mediów, aby dostrzec zasadniczy problem. CNN, Fox News, MS NOW, „New York Times” czy „Wall Street Journal” różnią się linią redakcyjną i sposobem przedstawiania wydarzeń. Dziennikarze popełniają błędy, a niektóre redakcje bywają wyraźnie stronnicze. Pierwsza Poprawka nie została jednak napisana po to, aby chronić wyłącznie media bezbłędne i obiektywne.

Chroni również prawo do publikowania tego, co władzy się nie podoba.

Po wrześniowym zakazie zadziałał jeszcze jeden mechanizm. ABC, CBS, NBC i Fox News – stacje trudno podejrzewać o wspólną linię polityczną – odmówiły udziału swoich ekip w telewizyjnej grupie reporterskiej po usunięciu z niej CNN. Broniły nie konkurenta jako takiego, lecz zasady. Każda wiedziała, że następnym razem sama może znaleźć się po niewłaściwej stronie prezydenckiej oceny.

Historia pokazuje, że wojny z mediami rzadko dają rządzącym to, czego oczekują. Adamsowi Sedition Act nie uratował prezydentury. Nixon próbował dyskredytować prasę, a Watergate stało się symbolem dziennikarstwa patrzącego władzy na ręce. Obama wycofał się z próby izolowania Fox News. Trump po raz kolejny przekonuje się natomiast, że odebranie reporterowi przepustki jest łatwiejsze niż obrona takiej decyzji przed sądem.

Nie bez powodu media nazywa się czwartą władzą. Konstytucja nie ustanowiła jej obok Kongresu, prezydenta i sądów. Wyznaczyła jednak granicę, której formalne władze nie powinny przekraczać, chroniąc w Pierwszej Poprawce wolność słowa i prasy.

Czwarta władza nie jest częścią państwa. I właśnie dlatego może patrzeć pozostałym trzem na ręce.

Tomasz Deptuła
[email protected]

 

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama