Zadebiutował długim metrażem zbudowanym z wielu historii pt. „Atak paniki”, potem wziął się za epizody z biografii Tadeusza Kościuszki i przygoda ta zaowocowała głośnym, nagrodzonym Złotymi Lwami w Gdyni „Kosem”, teraz w Netflixie można oglądać wyreżyserowaną przez niego serialową wersję „Lalki”. Cała Polska spiera się o to, czy wolno odchodzić tak daleko od powieściowego oryginału i ile „Lalka” Pawła Maślony ma wspólnego z Bolesławem Prusem i klasyką. Tymczasem...
Jest coś pociągającego w tym, żeby spróbować przejrzeć się w czasach zamierzchłych i spróbować zobaczyć je w inny sposób — mówił w Studiu PAP Paweł Maślona. - W „Kosie” chciałem spojrzeć inaczej na pańszczyznę i spróbować zdemitologizować nasze wyobrażenie o tym, jak wyglądały stosunki szlachecko-chłopskie. Robię filmy, żebyśmy mogli przejrzeć się w nich tu i teraz. Chcę, by opowiadały coś o świecie, w którym jesteśmy — podkreślił.
Reżyser wspominał, że przy pracach nad serialem nie był od początku. - Dołączyłem do prac scenariuszowych, kiedy fundamenty zostały postawione przez Pawła Demirskiego i Jagodę Dutkiewicz. Zastałem określoną propozycję świata, w jakim będziemy się poruszać. To było wspaniałe, bo stwarzało większą szansę na fantazję, na — jak to kiedyś ładnie krytyk Piotr Czerkawski powiedział — atrakcyjne zmyślenie. A dla mnie atrakcyjne zmyślenie jest narzędziem, żeby dotknąć prawdy. Najbardziej uwielbiam w kinie to, że przez kłamstwo, przez zmyślenie możemy się zbliżyć do prawdy. W tym przypadku oznacza to zbliżenie się do czegoś, co tam jest, choć może Bolesław Prus literalnie o tym nie napisał. Spróbować dotknąć Izabeli Łęckiej z innej strony, zobaczyć ją jako podmiotową bohaterkę tej opowieści.
Stąd wzięła się decyzja twórców, by inaczej ustawić akcenty w interpretacji powieści. - Chcieliśmy stworzyć z Łęckiej i Wokulskiego równorzędnych bohaterów, aby byli dla siebie zwierciadłami — zwrócił uwagę. - Skonfrontować ich z prawdą o sobie, aby zaczęli prawdziwy proces dojrzewania do samoświadomości — dodał.
Paweł Maślona zgodził się ze spostrzeżeniem, że w jego serialu Łęcka i Wokulski stracili niewinność. - Postanowiliśmy pokazać ciemną stronę Wokulskiego. Może nie poszliśmy za najbardziej współczesnym odczytaniem tej postaci jako stalkera, ale dotknęliśmy tego tematu. Zapytaliśmy, na ile jego zachowania są moralne. Zatem go ubrudziliśmy. A Łęcką pokazujemy jako rozwydrzoną, zepsutą, rozkapryszoną kobietę, ale koniec końców je bronimy. Pokazujemy, że oboje są ofiarami swoich czasów i systemu społecznego, w którym się wychowują — stwierdził.
Twórca serialu uznał, że wraz ze swymi współpracownikami „grzebali trochę w ich cieniu, ale pozwolili im wyjść do światła”. - Bardzo bliska jest mi filozofia Josepha Campbella, z jego interpretacją drogi bohatera. A najbardziej fascynuje mnie w opowieściach moment doprowadzenia człowieka do upadku, kiedy spotyka się z własnym cieniem, z tym, co wyparte, ze swoimi słabościami. A potem próba podniesienia go i wyjścia z nim do światła. Tę drogę wszyscy przechodzimy w życiu, niektórzy z nas z tych prób nie wychodzą zwycięsko, ale moim zadaniem jako artysty jest dzielić się opowieściami, które dają nadzieję, pozwalają bohaterom powstać i narodzić się na nowo — zadeklarował.
Reżyser odniósł się do ogólnopolskiej dyskusji o serialu. - Przyznaję, że najbardziej drażnią mnie opinie, które próbują nasz serial zlekceważyć. Rozumiem, że on się może nie podobać, nie trafiać we wszystkie gusta. Nie przejmuję się za bardzo argumentami, że za mało Prusa, że przeklinają. Trochę się tego spodziewałem. Gorzej, gdy ktoś nie dostrzega w tym serialu albo nie chce dostrzec dojrzałej i spełnionej propozycji, bardzo świadomej i przygotowanej przez twórców, którzy wiedzą, co robią — podsumował. A które cieszą? - Te, które interpretują naszą pracę dokładnie tak, jak chcieliśmy, trafiają do serc widzów. Spotykam wiele osób, które widziały naszą „Lalkę” już kilka razy — powiedział.
Filmowej „Lalki” jeszcze nie widział. - Ale na pewno się wybiorę — obiecał Paweł Maślona.
Jacek Wakar (PAP)

