Nando Parrado miał niespełna 21 lat. Był wysoki, szczupły i trochę nieśmiały, o przeciętnym wyglądzie, z okularami w grubej oprawie i charakterystycznym, lekko koślawym chodem – pamiątką po wypadku z dzieciństwa, gdy spadł z balkonu i złamał obie nogi. Poza tym nie różnił się od swoich rówieśników. Interesowały go dziewczyny, sport, zabawa. Żył chwilą, bez szczególnej skłonności do refleksji nad przyszłością.
Wyjazd do Chile, na który czekał od miesięcy, miał być po prostu dobrą przygodą. Leciał z kolegami, by rozegrać towarzyski mecz rugby. Sport ten zaczął uprawiać jeszcze w college’u Stella Maris – elitarnej szkole dla chłopców, znanej z surowej dyscypliny i wysokiego poziomu sportowego. Po jej ukończeniu dołączył do prywatnej drużyny rugby – Klub Starych Chrześcijan, gdzie grał jako napastnik drugiej linii.
Klub ten należał do najlepszych drużyn w Urugwaju. Miał na koncie sukcesy międzynarodowe i cieszył się dużym prestiżem. Teraz drużyna jechała do Santiago, by zmierzyć się z czołowym zespołem chilijskim. Nikt nie przypuszczał, że ten lot nie skończy się meczem i że zamiast sportowej rywalizacji czeka ich walka o życie – w świecie lodu, wiatru i nagich skał.
Zwykły lot
13 października 1972 roku w Montevideo na pokład Fairchilda F-227, wyczarterowanego od urugwajskich sił powietrznych, wsiadło 45 osób. Cztery z nich stanowiły załogę. Pozostali to zawodnicy drużyny rugby, ich przyjaciele, kibice i bliscy. Nando towarzyszyła matka i siostra, Susana.
Lot do Santiago miał trwać około trzech i pół godziny. Zła pogoda w Andach zmusiła jednak pilotów do międzylądowania w Mendozie, w Argentynie. Po kilku godzinach postoju stało się jasne, że tego dnia samolot raczej nie poleci dalej. Pasażerowie byli coraz bardziej zirytowani.
Zniecierpliwieni zbierali się na lotnisku, zwiedzili już miasto i chcieli jak najszybciej znaleźć się w Chile. Informacja, że piloci wciąż nie podjęli decyzji o wylocie, wywołała ogólną złość. Gdy załoga pojawiła się w hali, rozległy się gwizdy. Ktoś krzyknął: „Wynajęliśmy was, żeby dolecieć do Chile!”. Inni żartowali z pechowego piątku trzynastego i z latania nad Andami.
Piloci mieli jednak powody do obaw. Prognozy zapowiadały silne turbulencje. Popołudnie było najniebezpieczniejszą porą na przelot nad Andami – ciepłe prądy znad argentyńskich przedgórzy mieszały się z lodowatym powietrzem z gór, powodując niestabilność atmosfery. Dodatkowo obce wojskowe samoloty mogły przebywać w argentyńskiej przestrzeni powietrznej tylko przez 24 godziny, a ten czas właśnie się kończył.
Fairchild musiał odlecieć. Decyzja była prosta tylko z pozoru: albo ryzykowny lot do Santiago, albo powrót do Montevideo.
Labirynt lodu i skał
Samolot wystartował i skierował się w stronę przełęczy Planchón – wąskiego korytarza w Andach, gdzie szczyty były na tyle niskie, że Fairchild, osiągający maksymalny pułap 7500 metrów, mógł przelecieć.
Nando siedział przy oknie. Obok niego Panchito, jego najlepszy przyjaciel. Po drugiej stronie przejścia, w tym samym rzędzie, siedziały matka i siostra. Za oknami przesuwało się pogórze andyjskie. Gdy samolot zbliżał się do przełęczy, pasażerowie widzieli pod sobą dziki, nieskończony labirynt lodu i skał.
Nando zamienił się miejscem z Panchito, który również chciał podziwiać widoki. Dla chłopaków z nizinnego Urugwaju góry były egzotyką znaną głównie z książek i zdjęć.
Na pokładzie panowała wakacyjna atmosfera. Ludzie chodzili po kabinie, żartowali, śmiali się. Piłka do rugby odbijała się od siedzeń. Steward bezskutecznie próbował przywrócić porządek. Gdy pojawiły się turbulencje, niektórzy wiwatowali.
Nagle maszyna gwałtownie opadła o ponad sto metrów. Przez prześwity w chmurach widać było skały i śnieg. Skrzydło dzieliły od zboczy zaledwie metry. Silniki wyły, kadłub drżał. Piloci próbowali poderwać maszynę. Wtedy rozległ się metaliczny zgrzyt. Fairchild uderzył spodem o grań.
Skrzydła zaczęły się odrywać. Jedno z nich rozcięło kadłub, który pękł tuż nad głową Nando. Zobaczył nad sobą niebo, a pomiędzy siedzeniami – kłębiące się chmury. Mroźne powietrze uderzyło go w twarz. Siła wyrwała go z fotela i rzuciła w przegrodę oddzielającą kabinę pasażerską od kokpitu.
Pozbawiony ogona kadłub wciąż leciał, po czym zsunął się po ośnieżonym zboczu z prędkością około 300 km/h i gwałtownie wyhamował na zwałach śniegu. Fotele wyrwały się z mocowań, a pasażerowie polecieli do przodu razem z nimi.
Gdy zapadła cisza, z wnętrza wraku zaczęli wydostawać się ocaleni. Jedni nie odnieśli poważnych obrażeń, inni zginęli na miejscu lub byli ciężko ranni. Kilku osób nie dało się uwolnić z pogiętej konstrukcji – wśród nich był pilot, który przez wiele godzin jęczał w agonii, prosząc o broń i powtarzając: „Minęliśmy Curicó…”.
Nando ocknął się po trzech dniach w bólu i zimnie. Głowa mu pulsowała, nie wiedział, gdzie jest ani co się stało. Leżał na podłodze strzaskanego kadłuba, z poważnie uszkodzoną czaszką, wystawiony na lodowaty wiatr. Gdy odzyskał świadomość, dotarło do niego, że samolot się rozbił i że utknęli w górach. Wkrótce dowiedział się, że jego matka nie żyje, podobnie jak dwaj najlepsi przyjaciele. Ciężko ranna siostra zmarła niedługo później.
Zdani na siebie
Noce były bezlitosne. Mróz ściskał ciała ocalałych jak imadło. Temperatura spadała gwałtownie, a wiatr wciskał się do wnętrza kadłuba przez każdą szczelinę. Mieli na sobie letnie ubrania, zupełnie nieprzystosowane do górskich warunków. Spali stłoczeni, przyciskając się do siebie, by zachować choć odrobinę ciepła. Palili banknoty, by ogrzać dłonie, obserwując, jak pieniądze – w normalnym świecie symbol bezpieczeństwa – zamieniają się w chwilowy płomień i popiół. Wtedy po raz pierwszy naprawdę zrozumieli, że są zdani wyłącznie na siebie. Wysoko w górach, na lodowcu, otoczeni przez granie, które nie zdradzały żadnego kierunku ucieczki.
Któryś z pierwszych dni przyniósł złudzenie ratunku. Nad wrakiem przeleciał samolot. Kilka osób było przekonanych, że zakołysał skrzydłami. Krzyczeli, machali, wybiegali na śnieg, nie zważając na ból ani zimno. Przez chwilę panowało przekonanie, że zostali zauważeni. Potem nastała cisza. Godziny mijały, a niebo pozostawało puste.
Z radia tranzystorowego, uruchomionego po wielu próbach, popłynęły w końcu słowa, które brzmiały jak wyrok. Poszukiwania odwołano. „Nikt nie przeżył” – komunikat był krótki, beznamiętny, wypowiedziany spokojnym głosem spikera. Dla rozbitków oznaczał jedno: nikt po nich nie przyjdzie.
Z mijającym czasem liczba ocalałych malała. Ranni umierali, inni słabli z dnia na dzień. Głód stał się obsesją, a myśli – natrętne i coraz ciemniejsze. Zapasy wyczerpały się szybko, racje były symboliczne i nie wystarczały nawet na podtrzymanie sił. W końcu zapadła decyzja, której nikt nie chciał nazywać po imieniu. Ciała zmarłych, zakonserwowane przez mróz, stały się jedynym źródłem pożywienia. Nie było w tym barbarzyństwa – był rachunek biologii i świadomość, że alternatywą jest powolna śmierć. Każdy kęs był walką z obrzydzeniem i wstydem. Każdy dzień – kolejnym krokiem ku granicy, za którą czekała śmierć.
Lawina
Którejś nocy przyszła lawina, nagła i bez ostrzeżenia. Najpierw rozległ się niski, narastający dźwięk, potem uderzenie. Śnieg wdarł się do kadłuba, zasypując śpiących. W ciemności i ciszy ludzie dusili się, przyciśnięci masami śniegu, licząc oddechy i próbując zachować resztki powietrza. Pomoc przyszła dopiero po wielu godzinach, gdy ci, którzy przeżyli, zdołali odkopać wejście.
Zginęło osiem osób, w tym nieformalny lider grupy. Gdy wydostali się na zewnątrz, było ich dziewiętnastu. Wrak stał się ciasną, wilgotną pułapką. Lawina odebrała im nie tylko ludzi, ale też resztki poczucia bezpieczeństwa. Góry przypomniały, że są silniejsze niż ludzka determinacja i że każda kolejna noc może być ostatnią.
Po lawinie zrozumieli, że czekanie oznacza śmierć. Nie było już miejsca na nadzieję z zewnątrz. Trzeba było iść. Najpierw w dół lodowca, by sprawdzić teren, potem – ku zachodnim szczytom. Odkrycie ogona samolotu przyniosło chwilową ulgę: znaleźli tam ubrania, baterie i resztki jedzenia. Przez moment uwierzyli, że uda się uruchomić radio pokładowe i wezwać pomoc. Jednak kolejne próby zakończyły się niepowodzeniem. Czas uciekał. Zapasy topniały.
Wtedy w Parrado wstąpił nowy duch. Stał się kimś innym – nie chłopakiem dryfującym z prądem, lecz przywódcą, który musiał poprowadzić innych. Wyruszył z Canessą i Vizintínem. Nie wiedzieli, że są znacznie wyżej, niż wskazywał uszkodzony wysokościomierz. Że wspinają się na niemal pięciotysięcznik. Szli bez sprzętu, w butach do rugby, z prowizorycznymi rakietami śnieżnymi i minimalnymi zapasami.
Morze gór
Gdy Parrado stanął na grani, zobaczył nie zielone doliny Chile, lecz morze gór ciągnących się po horyzont. Nadzieja na moment umarła. Potem wróciła – w innej postaci. Jeśli mieli zginąć, to idąc dalej, a nie wracając. Vizintín zawrócił, oddając kolegom swoje racje. Nando z Canessą ruszyli w dół doliny.
Dni zamieniły się w marsz w bólu i narastającym wyczerpaniu. Schodzili w dół doliny, trzymając się biegu rzeki wypływającej z lodowca. Szli coraz wolniej. Mięśnie odmawiały posłuszeństwa, skurcze chwytały nogi, a każdy postój groził tym, że już więcej nie wstaną. Spali na gołej ziemi, bez osłony, topiąc śnieg w puszkach i oszczędzając każdy kęs jedzenia. Nando narzucał tempo, jakby bał się, że zatrzymanie oznacza koniec. Canessa zostawał nieco w tyle, słabszy, coraz bardziej wyczerpany, ale szedł dalej.
Ósmego dnia marszu krajobraz zaczął się zmieniać. Najpierw pojawiły się drzewa – pojedyncze i niskie. Potem ślady obecności człowieka: zardzewiała puszka, nacięcia toporem na pniu, podkowa leżąca przy brzegu rzeki. Nie były to już halucynacje. To były znaki, które nie pozostawiały wątpliwości.
Po południu dostrzegli człowieka na koniu po drugiej stronie rwącej rzeki. Był daleko, niemal nieruchomy, jakby wtopiony w krajobraz. Krzyczeli, machali rękami, próbowali zwrócić na siebie uwagę, ale huk wody zagłuszał ich głosy. Przez dłuższą chwilę nie było żadnej reakcji. W końcu jeździec uniósł głowę, spojrzał w ich stronę i krzyknął coś, czego nie zrozumieli. Dotarło do nich tylko jedno słowo: „mañana”.
Nie oznaczało ono obietnicy natychmiastowego ratunku. Oznaczało tyle, że zostali zauważeni – że ktoś ich widzi, rozumie, że są ludźmi, a nie złudzeniem czy cieniem w górach. „Mañana” znaczyło: wrócę jutro. A skoro jutro miało nadejść, znaczyło też, że oni muszą do jutra przetrwać.
Dla Nando i Canessy to jedno słowo wystarczyło. Nie dlatego, że gwarantowało pomoc, lecz dlatego, że kończyło ich samotność. Po raz pierwszy od wielu dni ktoś spoza ich świata lodu i głodu wiedział, że istnieją.
Ciężar wspomnień
Noc spędzili niedaleko rzeki, niemal nie śpiąc. Rano zobaczyli trzech mężczyzn po drugiej stronie nurtu. Jeden z nich rzucił im chleb. Nando napisał krótką wiadomość na kartce, owinął ją wokół kamienia i przerzucił przez wodę. Napisał, kim są, skąd przyszli i że wysoko w górach czekają inni ranni. Prosił o pomoc, bo nie mieli już sił ani jedzenia.
Kilka godzin później siedzieli przy ognisku w chacie pasterzy. Jedli powoli, ostrożnie, nadal z przyzwyczajenia oszczędzając każdy kęs. Canessa trząsł się z wyczerpania i gorączki. Nando wciąż patrzył w stronę gór, jakby sprawdzał, czy naprawdę zostały za nimi.
„Mañana” okazało się słowem, które zamknęło ich wędrówkę – i otworzyło drogę powrotu pozostałych.
Helikoptery dotarły do nich 22 grudnia. Ocalono szesnaście osób. Świat zareagował entuzjazmem. Mówiono o cudzie, o bohaterach. Parrado patrzył na to z dystansu. Wiedział, że w górach nie było chwały – był strach, rozpacz i codzienna bliskość śmierci. Opisał to później w książce „Cud w Andach”, bez patosu, z ciężarem wspomnień.
Powrót do życia okazał się inną walką. Z mediami, z pytaniami, z nocnymi koszmarami. Andy zostały za nimi, ale nie odeszły. Stały się częścią ich historii – lodowatym świadkiem tego, jak daleko potrafi posunąć się człowiek, gdy jedyną alternatywą jest śmierć.
Monika Pawlak

