Sporo podróżuję ostatnio po Polsce. Taka jest moja aktualna misja. Jestem tam, gdzie mnie potrzebują, głosząc słowo Boże, udzielając sakramentów świętych. Jest to bardzo typowa praca księdza. Bardzo to lubię i dla takiej misji zostałem księdzem. Spotkania z ludźmi są dla mnie jak zawsze bardzo ubogacające, często zostawiają wiele pytań, z którymi sam muszę się zmierzyć. Bywają trudne i wymagające. Taki też jest świat, w którym żyjemy. Nauczyłem się jednak nie uciekać przed tym, co trudne. Wszystko jest jakimś wyzwaniem, które pomaga dojrzewać i stawać się bardziej sobą, w pełni człowiekiem. Jest oczywiście wokół dużo hałasu i chaosu. Coraz bardziej mam tę świadomość, jak bardzo świat był, jest i będzie polem walki. Z jednej strony wojny, napięcia międzynarodowe, walka o wpływy i posiadanie, a także kłótnie i spory pomiędzy ludźmi, nie tylko w polityce. Z drugiej strony jednak doświadczam także tego, co nazywa się walką duchową, która dzieje się zupełnie otwarcie lub pod różnymi maskami.
Nie chcę wchodzić w szczegóły, bo każdy chyba doskonale potrafi to zauważyć, a może sam tego doświadcza. Jednak pośród takich sytuacji, jest także wiele dobra, mniej krzykliwego wprawdzie, ale często bardzo konkretnego.
Piszę ten felieton w dniu, w którym w kalendarzu Kościoła wspominamy świętego Brata Alberta Chmielowskiego. Zanim stał się Bratem Albertem był Adamem Chmielowskim, artystą malarzem, a także powstańcem, który na polu bitwy stracił nogę. Żył zatem w trudnych czasach i można powiedzieć, że po ludzku doświadczał wielu niepowodzeń. Jak piszą biografowie: „Próba odnalezienia siebie zaprowadziła go do nowicjatu jezuitów, jednak tam również nie znalazł swojego miejsca. Dopiero spotkanie z biedą na ulicach Krakowa uświadomiło mu jego prawdziwe powołanie – służbę najuboższym. ‘Cóż im dam, jeśli nie siebie?’, pisał, szukając sposobu na pełne poświęcenie się potrzebującym”. To poszukiwanie i pytania, które stawiało mu życie doprowadziło go do depresji. Nie poddał się jednak. „Kiedy zapytano go, czy odnalazł szczęście, odpowiedział z uśmiechem: ‘Mam schroniska i stowarzyszenia mych braci w Krakowie, Tarnowie, we Lwowie, w Zakopanem. Rozdałem w tym roku 20 tysięcy bochenków chleba, 12 tysięcy porcji kaszy, daję nocami dach nad głową setkom tych, którzy go nie mają. Niech ci, bracie, to służy za odpowiedź!’” Tak, odpowiedź była jasna: znalazł siebie, będąc w bliskiej relacji z Bogiem. Ta zaś otwarła go na człowieka.
W każdym człowieku widział Chrystusa, zwłaszcza ubiczowanego, umęczonego i cierpiącego. Nie dzielił ludzi na lepszych i gorszych. Każdy miał prawo do tego, by ułamać sobie kawałek z chleba, którym starał się być brat Albert i jego towarzysze. Wybrał życie w skrajnym ubóstwie, gdyż dla niego „człowiek był największym skarbem”. Jego ostateczna przemiana nastąpiła w wieku 42 lat. To wtedy Adam stał się bratem Albertem. Był w ciągłym ruchu i zaangażowaniu, w pracy, w zakładanych przez siebie przytuliskach. Pomimo trudów życia nie skupiał się zbytnio na swoim cierpieniu. Zachorował w końcu na raka. Miał 71 lat, gdy wybijały ostatnie godziny jego życia. Czuwającym przy jego łóżku nakazał śpiewać „Uwielbiaj duszo moja Pana”, radosną pieśń wdzięczności. „Bogu za wszystko trzeba dziękować – za cierpnie i wojnę także” – mówił. I jeszcze taki epizod. Umierając poprosił jedną z obecnych sióstr, żeby skręciła mu papierosa! Zaskoczona siostra, podobnie jak inni, spełniła jego ostatnią wolę. Brat Albert, rozbawiony spodziewaną reakcją, wypalił ostatniego papierosa z ogromną przyjemnością. Następnego dnia rano poprosił tylko o szklankę wody. Zmarł w samo południe, gdy na „Anioł Pański” rozległo się bicie dzwonów we wszystkich okolicznych kościołach. Był to dzień 25 grudnia 1916 roku – Boże Narodzenie.
Święty, który wciąż uczy czegoś, co nazywa się empatia, czyli zdolność do wczuwania się w emocje i stany psychiczne innych osób. To umiejętność patrzenia na świat z perspektywy drugiego człowieka, zrozumienia jego punktu widzenia oraz okazywania mu wsparcia bez oceniania. Bardzo potrzeba tej zdolności także dzisiaj. Nie jest ona czymś oczywistym. Kilka dni temu przeczytałem, że u jezuitów w Bydgoszczy powstała Wspólnota Rodzin Empatycznych! Bardzo mi się to spodobało! Rodziny te, nie tylko praktykują empatię, ale także uczą innych tej sztuki. Oby więcej takich inicjatyw!
Myślę o współczesnych „braciach Albertach”. Oni wciąż są i działają pomimo chaosu. Niektórzy czekają na swoje przebudzenie. Może to już ten czas? Niezależnie od tego, gdzie żyjesz, w jakiejkolwiek części świata, wszędzie są ludzie, którzy potrzebują do życia empatycznego człowieka, aby w końcu sami się takimi stali.


