Nie oznacza to, że nagle staliśmy się społeczeństwem o zdecydowanie liberalnych poglądach. Raczej wystawiliśmy rachunek dotychczas rządzącym, wyrażając niezadowolenie z kierunku, w którym zmierza nasz kraj. W amerykańskiej polityce wybory w połowie kadencji prezydenta, czyli midterms, rzadko bywają przyjemnym doświadczeniem dla jego partii. Dotyczy to zarówno Demokratów, jak i Republikanów.
Najbardziej pamiętnym przykładem pozostaje rok 1994 i tak zwana rewolucja republikańska. Dwa lata po zwycięstwie Billa Clintona Republikanie, prowadzeni przez Newta Gingricha i wyposażeni w program Contract with America, odebrali Demokratom 54 mandaty w Izbie Reprezentantów oraz osiem w Senacie. Po raz pierwszy od czterdziestu lat przejęli kontrolę nad obiema izbami Kongresu.
Clinton, który rozpoczynał prezydenturę z ambitnym programem reform, w tym planem wprowadzenia powszechnego systemu ubezpieczeń zdrowotnych, musiał dostosować się do nowej rzeczywistości. Dwa lata później wygrał jednak reelekcję, pokazując, że porażka w połowie kadencji nie musi przekreślać prezydentury, choć może zasadniczo zmienić sposób sprawowania władzy.
Podobne doświadczenia mieli jego następcy. W 2006 roku Republikanie George’a W. Busha stracili obie izby Kongresu, między innymi wskutek narastającego sprzeciwu wobec wojny w Iraku. W 2010 roku Demokraci Baracka Obamy utracili 63 miejsca w Izbie Reprezentantów, gdy skutki kryzysu gospodarczego i sprzeciw wobec reform zmobilizowały konserwatywnych wyborców. W 2018 roku, podczas pierwszej prezydentury Trumpa, Republikanie stracili około czterdziestu mandatów w Izbie. Tegoroczny wynik wpisuje się w tę prawidłowość, choć wyróżnia go skala przesunięcia poparcia, również w tradycyjnie republikańskich stanach.
Co zdecydowało o rozmiarach najnowszego zwycięstwa Demokratów? W przeszłości niezadowolenie z naszych zagranicznych interwencji wojskowych narastało zwykle przez lata. Wojna w Wietnamie stopniowo podważała zaufanie do administracji Lyndona Johnsona. Już w 1966 roku Demokraci stracili 47 miejsc w Izbie Reprezentantów, choć konflikt nie był jedyną przyczyną porażki. Dwa lata później Johnson zrezygnował z ubiegania się o reelekcję.
Wojna w Iraku rozpoczęła się w 2003 roku, lecz jej najpoważniejsze konsekwencje wyborcze dla Republikanów przyszły trzy lata później. Rosnące straty, brak perspektywy zakończenia konfliktu i wątpliwości dotyczące jego uzasadnienia stopniowo zmieniały nasze nastroje. Rozczarowanie dwudziestoletnią interwencją w Afganistanie narastało natomiast przez kolejne administracje, aż do chaotycznego wycofania wojsk w 2021 roku.
Tym razem proces przebiegał znacznie szybciej. Amerykańsko-izraelska wojna z Iranem rozpoczęła się pod koniec lutego 2026 roku. Po zaledwie ośmiu miesiącach stała się poważnym obciążeniem politycznym administracji Trumpa. Większość respondentów w sondażach powyborczych negatywnie oceniała decyzję o rozpoczęciu działań kinetycznych. Dochodziły do tego kontrowersje wokół polityki Izraela, sytuacji w Strefie Gazy i skali naszego zaangażowania na Bliskim Wschodzie.
Kwestie te dzielą jednak również Demokratów. Nie możemy zatem traktować wyniku wyborów jako jednoznacznego odrzucenia całej dotychczasowej polityki zagranicznej. Istotna różnica wobec Wietnamu czy Iraku polega na tym, że gospodarcze skutki obecnego konfliktu odczuliśmy niemal natychmiast. Zakłócenia dostaw ropy z Zatoki Perskiej przełożyły się na ceny paliw, transportu i codziennych zakupów. Odległa wojna szybko stała się problemem naszych domowych budżetów.
I właśnie w naszych portfelach należy szukać najważniejszego wyjaśnienia demokratycznego zwycięstwa. Spory ideowe, imigracja i polityka zagraniczna mają oczywiście znaczenie, ale o naszych wyborczych decyzjach często przesądza bardziej przyziemne pytanie: ile pieniędzy pozostaje po zapłaceniu rachunków?
Donald Trump wrócił do Białego Domu między innymi dzięki obietnicom opanowania inflacji i obniżenia kosztów życia. Wielu z nas nie dostrzega jednak zapowiadanej poprawy. Według Amerykańskiego Automobilklubu (AAA) w dniu wyborów średnia cena galona benzyny wynosiła 4,15 dolara, o ponad dolara więcej niż rok wcześniej. Diesel kosztował 6,29 dolara. Dla większości naszych rodzin samochód nie jest luksusem, lecz koniecznością. Skutki drożejącego paliwa odczuwamy więc zarówno przy dystrybutorze, jak i przy kasie w supermarkecie.
Do tego dochodzą wysokie ceny mieszkań, czynsze, koszty ubezpieczeń zdrowotnych i energii. W sondażach powyborczych niemal dziewięciu na dziesięciu respondentów uznało koszty życia za ważny czynnik wpływający na ich decyzję. Prawie dwie trzecie obarczało Trumpa odpowiedzialnością za wysokie ceny.
To szczególnie wymowny paradoks. W 2024 roku gospodarcze niezadowolenie pomogło Republikanom odzyskać władzę. Teraz ten sam mechanizm obrócił się przeciwko nim. Osłabło ich poparcie wśród Latynosów, młodszych wyborców i części niezależnych. Nie sposób zakładać, że wszyscy oni radykalnie zmienili przekonania polityczne. Wielu zapewne uznało po prostu, że obietnice poprawy warunków życia nie zostały spełnione.
Demokraci mają powody do zadowolenia, ale niekoniecznie do triumfalizmu. Ich sukces nie oznacza przecież, że udzieliliśmy im bezwarunkowego poparcia dla całego programu, zwłaszcza najbardziej kontrowersyjnych postulatów ideowych. Wynik można również odczytywać jako żądanie przywrócenia równowagi między władzami. W sondażach powyborczych około 70 procent respondentów opowiadało się za skuteczniejszą kontrolą prezydenta przez Kongres.
Od stycznia nowa większość będzie mogła prowadzić dochodzenia parlamentarne, kontrolować administrację i blokować część nominacji. Nie oznacza to jednak przejęcia pełni władzy. Trump pozostaje prezydentem do stycznia 2029 roku, dysponując prawem weta i szerokimi kompetencjami wykonawczymi.
Może nas więc czekać okres ostrych konfliktów i sporów budżetowych, ale także ograniczonych kompromisów w sprawach gospodarczych czy bezpieczeństwa. Przykład Clintona pokazuje, że nawet po dotkliwej porażce wyborczej Biały Dom potrafi odnaleźć się w warunkach podzielonej władzy. Nie wiemy jednak, czy obie partie wybiorą współpracę, czy potraktują następne dwa lata jako przedłużenie kampanii przed wyborami prezydenckimi w 2028 roku.
Zanim jednak nowa większość obejmie władzę, czeka nas jeszcze jeden polityczny paradoks. Choć wybraliśmy nowy Kongres, Republikanie zachowają kontrolę nad obiema izbami do 3 stycznia 2027 roku. Przed nami lame-duck session, czyli powyborcza sesja ustępującego Kongresu, rozpoczynająca się 9 listopada.
Do załatwienia pozostają pilne sprawy: finansowanie administracji federalnej, które wygasa 11 grudnia, ustawa dotycząca polityki obronnej oraz przedłużenie programów rolnych i innych przepisów. Część Republikanów rozważa także wykorzystanie ostatnich tygodni większości do przyjęcia pakietu budżetowego, w tym podwyższenia limitu zadłużenia państwa, co ograniczyłoby możliwości negocjacyjne Demokratów w przyszłym roku.
Zwykłe ustawy nadal mogą napotkać w Senacie barierę 60 głosów, ale specjalna procedura budżetowa pozwala w określonych sprawach podejmować decyzje zwykłą większością. Politycy, którzy właśnie przegrali wybory lub odchodzą z Kongresu, mogą być bardziej skłonni do ryzykownych decyzji. Nie wszyscy jednak zechcą uczestniczyć w ostatniej partyjnej ofensywie. Porażka potrafi zarówno mobilizować, jak i osłabiać polityczną dyscyplinę.
We wtorek zdecydowaliśmy, że dotychczasowy układ sił w Waszyngtonie wymaga zmiany. Nie oznacza to jednak, że wszystkie problemy znikną wraz z nową większością. Przede wszystkim wyraziliśmy niezadowolenie z rosnących kosztów życia i sposobu sprawowania władzy. Teraz będziemy oczekiwać, że ci, których wybraliśmy, zajmą się problemami, które przesądziły o wyniku wyborów.
Amerykańska demokracja daje nam prawo rozliczania rządzących przy urnach. Tym razem z tego prawa skorzystaliśmy. Ale zanim nowa większość przejmie odpowiedzialność, ustępujący Kongres będzie miał jeszcze dwa miesiące na decyzje, których skutki możemy odczuwać przez lata.
Wyborcy wystawili politykom rachunek. Teraz pozostaje pytanie, kto i jakim kosztem będzie musiał go zapłacić.


