-
- Akurat w ten sposób o tym nie myślałam. Dla mnie jest to ukoronowanie mojej trzydziestoletniej pracy naukowo-badawczej i zabiegowej w obszarze mikrochirurgii i ostatniego dwudziestolecia związanego z przygotowaniami do przeszczepu twarzy ludzkiej. Nie było żadnego elementu planowania w takim, a nie innym terminie zabiegu. Mógł się zdarzyć praktycznie każdego dnia. Uzależniony był od pojawienia się odpowiedniego dawcy twarzy dla oczekującej na zabieg pacjentki. Nastąpiło to na początku grudnia, a wynik ogłosiliśmy dwa tygodnie później, dokładnie tydzień przed Bożym Narodzeniem. Jeżeli był to prezent, to przede wszystkim dla pacjentki, którą – jak wierzę – przywróciliśmy do normalnego życia; po drugie, dla całego znakomitego zespołu, który wykonywał zabieg. Dla mnie oznaczało to tyle, że musiałam odwołać swój wylot do rodzinnego Poznania i spędzenie świątecznego czasu z rodziną. Jest oczywiste, że muszę teraz być blisko mojej pacjentki. Moi najbliżsi i przyjaciele są już przyzwyczajeni do takiej hierarchii priorytetów.
- Jaki ten sukces ma dla Pani znaczenie? Wyszukiwarki komputerowe reagują na Pani nazwisko milionowymi odnośnikami. O wywiad ubiegają się wszystkie liczące się agencje światowe. Stała się Pani osobą publiczną. Czy to coś zmienia w Pani życiu?
– Ta operacja mnie nie zmieniła. Jestem taka, jaka zawsze byłam. Robię to, co przedtem. Przyjmuję pacjentów, operuję, spotykam się z moimi młodszymi kolegami-naukowcami, prowadzę badania doświadczalne, piszę podania o granty. Przybyło oczywiście nowych obowiązków wynikających z operacji, która tak absorbuje uwagę opinii publicznej, ale żadne oderwanie od rzeczywistości czy „gwiazdorstwo” mi nie grozi.
- W mediach amerykańskich i światowych trudno doczytać się, że jest Pani Polką. Nawet Larry King, goszcząc Panią w swym „wizytówkowym” programie sieci CNN zapomniał zapytać, jaka była Pani droga do Cleveland Clinic. Nie zrobimy tego błędu. Proszę opowiedzieć o swojej rodzinie, dzieciństwie i młodości, studiach, początkach kariery medycznej...
- – W 2008 roku ukazała się moja książka „Transplanting a Face. Notes on Life in Medicine”. Wydawca przekonał mnie, że powinnam o sobie opowiedzieć, więc to zrobiłam. Pisząc o moim życiu w medycynie, piszę także o wątkach biograficznych. W jaki sposób znalazłam się w Cleveland Clinic łatwo można ustalić także w internecie. Jeżeli ktoś chce się dowiedzieć, to się dowie. Co z tym dalej zrobi zależy od niego... Jestem rodowitą poznanianką. Tam się wychowywałam, chodziłam do podstawówki, liceum, studiowałem i pracowałam w Akademii Medycznej im. Karola Marcinkowskiego. Z uczelnią jestem związana do dziś. Co roku przyjeżdżam na wykłady. Pochodzę z rodziny inteligenckiej. Nie żyjący już ojciec Bronisław Kusza był ekonomistą zarządzania w budownictwie, mama Zofia jest emerytowaną księgową. Młodszy brat, Krzysztof, jest profesorem medycyny Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika oraz krajowym konsultantem ds. anestezjologii i intensywnej terapii. W Poznaniu poznałam mego męża Włodzimierza Siemionowa, specjalistę w dziedzinie inżynierii biomedycznej. Tam też urodził się nasz syn Krzysztof, lekarz ortopeda, absolwent tej samej uczelni co ja. Studia medyczne pasjonowały mnie. Byłam dobrą studentką. Przez sześć lat wybierano mnie starostą naszego roku. Wielokrotnie wyjeżdżałam na wakacyjne praktyki zagraniczne organizowane przez Zrzeszenie Studentów Polskich, m.in. do Hiszpanii i poprzez kontakty prywatne do Belgii. Międzynarodowy ruch studentów medycyny był wtedy bardzo prężny i dobrze zorganizowany. Wiele ówczesnych znajomości z kolegami z innych krajów przerodziło się potem w przyjaźnie zawodowe i naukowe. Po dyplomie w 1974 roku otrzymałam propozycję pozostania na uczelni, w Klinice Rehabilitacji, a potem Chirurgii Ręki. - Jak to w przypadku znanych postaci, już funkcjonuje barwna wersja o tym, jak młodej polskiej lekarce na stażu w Helsinkach, przywożą na dyżurze drwala, który obciął sobie rękę, a ona mu ją przyszywa. To miało ponoć zdecydować o Pani dalszej drodze medycznej. Prawda czy legenda? - Prawda. Na jeden z pierwszych staży, już jako asystentka, trafiłam w 1978 roku do Helsinek do tamtejszego znanego ośrodka chirurgii ręki kierowanego przez prof. Kauko Solonena, a moim opiekunem był dr. Simo Vilkki. Byli znani w Europie z prowadzenie zabiegów replantacyjnych, czyli przyszywania pacjentom ich własnych kończyn utraconych wyniku różnych wypadków. Któregoś dnia podczas dyżuru dr. Vilkki zadzwonił do mnie i powiedział, że przywieziono właśnie drwala, który odrąbał sobie rękę i jeżeli chcę mu asystować w jej przyszywaniu, mam się myć do operacji. Było to fascynujące doświadczenie. Anestezjologowie przygotowywali do zabiegu pacjenta w jednej sali operacyjnej, a w sali obok my przygotowywaliśmy odciętą rękę. Była brudna od wiórów, miała w sobie drzazgi. Oczyściliśmy wszystkie jej struktury: skórę, mięśnie, kości, naczynia i nerwy. Potem przenieśliśmy rękę do drugiej sali i we dwójkę z doktorem Vilkki, przez 15 godzin przyszywaliśmy ją pacjentowi zszywając tętnice, żyły i nerwy pod powiększeniem mikroskopu operacyjnego. Moment, w którym po zszyciu naczyń, skóra ręki, która przed chwilą była sina i zimna, zaróżowiła się, co oznaczało powrót krążenia, był rodzajem cudu. Doświadczeniem, które wywarło na mnie ogromne wrażenie. Z takimi przypadkami chirurdzy w Polsce nie mieli wówczas do czynienia, a już na pewno nie dwudziestoparoletni asystenci. Widząc jakich cudów może dokonać mikrochirurgia i ile satysfakcji daje chirurgowi uczestnictwo w tym cudzie, postanowiłam, że zrobię wszystko, aby wyspecjalizować się jak najlepiej w tym zawodzie . Ten mroźny, zimowy dzień sprzed trzydziestu lat zdeterminował moją chirurgiczną biografię. - Dalszymi jej etapami były staże amerykańskie, ale doktorat i habilitację przeprowadziła Pani na swej macierzystej uczelni w Poznaniu, a profesurę nadał prezydent RP. Czy da się wymierzyć ile w Pani jest polskiej, a ile amerykańskiej uczonej? – Jest poza dyskusją, że otrzymałam w Polsce bardzo dobre ogólne wykształcenie medyczne oraz zdobyłam podstawy chirurgii. Jednak wykształcenie w mikrochirurgii rekonstrukcyjnej uzyskałam już za granicą. W Finlandii, zapoznałam się z technikami replantacji ręki i palców. Doświadczenia tam zdobyte był podstawą przeprowadzenia badań do doktoratu, który obroniłam w czerwcu 1985 roku. Natomiast w Louisville, w stanie Kentucky , gdzie po raz pierwszy pojechałam w 1985 roku, zdobyłam doświadczenie w zakresie chirurgii rekonstrukcyjnej. Był to już wtedy najważniejszy ośrodek chirurgii ręki i mikrochirurgii transplantacyjnej w USA. Wykonałam tam tak ogromną ilość zabiegów i tak różnorodnych, że w Polsce nawet nie mogłabym o tym marzyć. O takich możliwościach decydował poziom medyczny ośrodka, ale także fakt wielkości kraju, w jakim się znajdował. Stany Zjednoczone miały wtedy 250 mln mieszkańców, a Polska – 35 mln. W podobnej skali więcej przypadków operacyjnych. Po dwóch latach wróciłam do Polski, by w 1989 roku znów powrócić do Louisville. Podczas tego pobytu zrobiłam wszystkie badania i doświadczenia, które były podstawą pracy habilitacyjnej (z problemów mikrokrążenia kluczowych w mikrochirurgii), którą uzyskałam w kwietniu 1992 roku. Obie prace broniłam w Poznaniu. Profesurę otrzymałam z rak prezydenta RP w lutym br. w Pałacu Namiestnikowskim. Można powiedzieć: jestem polska uczoną... Chcę być jednak dobrze zrozumiana i zaraz dodaję, że gdyby nie moje wyjazdy i praca za granicą oraz możliwości porównywania tego, co się dzieje w świecie medycyny, nigdy w Polsce nie osiągnęłabym takich wyników. Przy całym moim patriotyzmie, nie mogę nie dostrzegać, że trudności w nadążaniu polskiej medycyny (i nauki generalnie) za światem nie biorą się wyłącznie z braku środków i niższego poziomu bazy naukowo-badawczej. Obezwładniający jest często stopień polskiego zadufania i przekonanie o omnipotencji, że wiemy wszystko i potrafimy najlepiej. Co najwyżej „coś” nam przeszkadza w sukcesach. Praca za granica nauczyła mnie wielkiej pokory i skromności naukowej, co pewnie nie byłoby możliwe, gdybym cały czas pracowała w Polsce. - Dlaczego zainteresowała się Pani transplantacją twarzy? - Zaczynałam od replantologii, czyli przyszywania kończyn własnych po amputacjach. Oprócz wielu zabiegów rekonstrukcyjnych u pacjentów wykonywałam ogromne ilości badań doświadczalnych. W przypadku replantacji kończyny u tego samego osobnika, można się było koncentrować na doskonaleniu oraz wprowadzaniu nowych metod chirurgicznych. W transplantologii natomiast przeszczepów dokonuje się miedzy osobnikami różniącymi się genetycznie. Oprócz chirurgii wchodzi w grę cała złożona materia immunologiczna. Polega ona na takim sterowaniu układem odpornościowym, aby organizm przeszczepu nie odrzucił . Wymaga to podawania leków immunosupresyjnych, które zapobiegają odrzuceniu przeszczepu.. Jest to bardzo skomplikowana dziedzina. Z jednej strony trzeba bowiem ograniczać obronność organizmu, żeby transplant został zaakceptowany, a z drugiej – nie dopuścić do negatywnych efektów w obrębie innych narządów wskutek tej obniżonej odporności... - ... i sytuacji: operacja się udała, pacjent zmarł. Tak jak, choćby w przypadku pierwszego przeszczepu ludzkiego serca dokonanego w Kapsztadzie (równo 41 lat przed Pani przeszczepem twarzy) przez prof. Christiana Barnarda 3 grudnia 1967 roku. Serce podjęło pracę, pacjent Louis Washkansky (notabene z Polski rodem) czuł się świetnie, a potem przyszło zapalenie płuc o gwałtownym przebiegu, z którym ani organizm, ani lekarze nie zdołali sobie poradzić. – Właśnie o to chodzi, o zapobieganie takim sytuacjom. Przez wiele lat chirurdzy z wielką nadzieją patrzyli w stronę immunologów i biologów molekularnych oczekując od nich opracowania nowych środków obrony przeszczepów przed odrzucaniem przez własny organizm. W ciągu ostatnich 20 lat dokonał się naprawdę duży postęp w tej materii, ale nadal szukamy leków, które ułatwiłyby tolerancję przeszczepów. Wracając do moich doświadczalnych badań... Przeszczepiając kończyny między genetycznie różnymi zwierzętami (szczurami) musiałam nie tylko operować, ale tworzyć (wraz moimi współpracownikami) nowe protokoły immunosupresji, czyli sterowania procesem akceptacji przeszczepionego narządu. Pomyślne wyniki tych doświadczeń zachęciły mnie do skoncentrowania się na modelu doświadczalnym twarzy. - Szczura? – Tak. Mysz i szczur są standardowymi modelami doświadczalnymi w transplantologii. Uznałam, że ten model transplantacji twarzy i ocena zjawisk immunologicznych towarzyszących przeszczepowi będzie można kiedyś wykorzystać w przeszczepach twarzy ludzkich. Wybrałam tę drogę i skoncentrowałam się na badaniu nowych protokołów tolerancji, czyli akceptacji przeszczepów. – Już w Cleveland Clinic?
Twarz odzyskana, czyli sukces dokonany polską ręką
Autorką historycznego amerykańskiego sukcesu medycznego, pierwszego w USA udanego przeszczepu twarzy, jest Polka, absolwentka poznańskiej Akademii Medycznej. Z prof. dr. med. Marią Siemionow, światowej sławy chirurgiem-transplantologiem z Cleveland Clinic rozmawia Waldemar Piasecki...
- 12/09/2010 03:47 PM
Autorką historycznego amerykańskiego sukcesu medycznego, pierwszego w USA udanego przeszczepu twarzy, jest Polka, absolwentka poznańskiej Akademii Medycznej. Z prof. dr. med. Marią Siemionow, światowej sławy chirurgiem-transplantologiem z Cleveland Clinic rozmawia Waldemar Piasecki.
Reklama







