Los Angeles Dodgers pokonali w National League Championship Series na Wrigley Field Chicago Cubs 6:1 i w serii do czterech zwycięstw objęli prowadzenie 3:0. Czwarty mecz odbędzie się w środę o godz. 20.01 także na Soldier Field. Jeżeli zakończy się ponownym zwycięstwem Dodgers, oni jako pierwsi awansują do World Series.
Dodgers w tegorocznych play-off są wciąż niepokonani. Po zwycięstwie w pierwszej rundzie nad Arizoną Diamondbacks 3:0, również udowodnili swoją wyższość w trzech pierwszych meczach z Cubs.
We wtorkowym pojedynku zaczęło się tak samo, jak w dwóch poprzednich od prowadzenia Cubs. Kyle Schwarber w pierwszej odsłonie zaskoczył japońskiego miotacza Yu Darvisha i wyrzucił piłeczkę na trybuny. Później było również podobnie jak w Los Angeles, bo kolejne punkty zdobywali już tylko Dodgers.
W drugiej odsłonie Andre Ethier tym razem zastopował miotacza miejscowych Kyle Hendricksa i wyrównał stan meczu. W trzeciej Chris Taylor poszedł w jego ślady i goście objęli prowadzenie, którego nie oddali już do końca, po drodze powiększając przewagę, punktując bezradnych gospodarzy. Duży udział w tym mieli ponownie Taylor, Yasiel Puig i Austin Barnes, który w ósmej odsłonie ustalił wynik meczu na 6:1.
Zespół Joe Maddona w roku ubiegłym w finale konferencji pokonał Dodgers 4:2, tym razem ci ostatni dyktują warunki i są bliżej awansu do World Series, po raz pierwszy od 29 lat. Trudno sobie bowiem wyobrazić, że przegrają cztery mecze z rzędu. W sporcie niespodzianki zdarzają się często, sensacje trochę rzadziej, a cuda prawie nigdy. A właśnie ten ostatni jest potrzebny, by Cubs odwrócili losy meczu i awansowali do finału. Dodgers na to nie pozwolą, ponieważ w tym sezonie są drużyną lepszą, mającą skuteczniejszych miotaczy, uderzającą mocniej i dokładniej, popełniającą mniej błędów. Dlatego wygrali już z Cubs trzy mecze i pewnie wygrają czwarty.
Mogą to zrobić już w środę, kiedy ich miotaczem będzie Alex Wood. W sezonie regularnym wygrywał 16 razy, dużo więcej od Jake Arriety, który będzie próbował bronić honoru aktualnego jeszcze mistrza.
Dariusz Cisowski
Reklama







