Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reklama KD Market

„Ameryka pokazała, że można uśmiechać się przez łzy”

„Ameryka pokazała, że można uśmiechać się przez łzy”

Polskie rodziny poległych w Iraku i Afganistanie na rajdzie Gold Star 500 w Illinois

Przez dziewięć lat Jolanta Janik skrywała w sobie ból i żal po stracie męża, polskiego żołnierza, który poległ podczas misji w Afganistanie w 2013 roku. Po pobycie w Illinois na zaproszenie organizacji Gold Star Mission mówi, że w ciągu tygodnia otworzyła się bardziej niż przez wszystkie lata żałoby. Blisko 30-osobowa grupa z Polski wzięła udział w rajdzie rowerowym Gold Star 500, który co roku honoruje żołnierzy z Illinois poległych na misjach wojskowych od czasu ataków z 11 września 2001 roku. 

Kilka dni po powrocie do Polski Janik wyznaje, że to właśnie kontakt z matkami i żonami miejscowych żołnierzy poległych w Iraku i Afganistanie pokazał jej, że żałobę po mężu żołnierzu można przeżywać inaczej.

– To one pokazały nam, że powinnyśmy być dumne z tego, że nasi mężowie, ojcowie polegli na polu walki. Że żal do świata po śmierci bliskiego można zastąpić dumą z jego służby. Że zamiast koncentrować się jedynie na cierpieniu i żałobie, można celebrować życie męża i wszystkie dobre chwile z nim spędzone.

To podejście było czymś nowym dla Janik i pozostałych członków 11-osobowej delegacji Stowarzyszenia Rodzin Poległych Żołnierzy „Pamięć i Przyszłość”. Oprócz nich do Stanów przyleciała 8-osobowa grupa uczniów z opiekunami z Zespołu Szkół Ogólnokształcących we Włoszakowicach oraz 8-osobowa polska grupa złożona m. in. z weteranów, którzy wzięli udział w rajdzie.

Jolanta Janik - wdowa po zabitym w Afganistanie żołnierzu

Ranny, ale żyje

41-letnia Janik z Piotrkowa Trybunalskiego pamięta bardzo dobrze sierpniowy dzień sprzed dziewięciu lat, kiedy włączyła telewizor i na pasku zobaczyła wiadomość o żołnierzu, który został ciężko ranny podczas ataku talibów na polską bazę w Ghazni. Poczuła dziwny niepokój. To właśnie w tej bazie stacjonował jej mąż, Sylwester Janik, żołnierz Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie. Zadzwoniła do teściowej, która powiedziała, że ma podobne uczucie. Jednak dopiero gdy późnym popołudniem w drzwiach domu stanęła wojskowa delegacja, w której był między innymi psycholog, sprawdziły się najgorsze przypuszczenia – 34-letni mąż Jolanty został najpoważniej ranny podczas ataku.

– Uczepiłam się jednak myśli, że żyje. To było najważniejsze. Wszystko inne się wypierało  – wspomina Janik. – Z taką nadzieją parę dni później znalazłam się w szpitalu wojskowym w Ramstein w Niemczech. Jednak na miejscu amerykański lekarz szybko rozwiał moje nadzieje.

Spędziła cały dzień przy łóżku męża. Jak relacjonuje wdowa, z protokołu powypadkowego wynikało, że Sylwester Janik został postrzelony w głowę przez zamachowca w przebraniu afgańskiego policjanta podczas ataku talibów na bazę. Od chwili postrzelenia do chwili śmierci 2 września nie odzyskał przytomności.

– To było straszne. W domu został nasz 3-letni syn. Nic nie jest w stanie przygotować człowieka na coś takiego. Żołnierze, którzy jeżdżą na te misje, to z reguły ludzie młodzi, z planami, z marzeniami, mający jeszcze w życiu wiele do zrobienia.

Wojsko drugą żoną

Poznali się, gdy Sylwester Janik dopiero zaczynał swoją służbę. Wojsko było jego pasją. Misja w Afganistanie nie była zresztą pierwszą. Wcześniej, w 2005 i 2008 r. był już w Iraku. Żona żartowała, że wojsko było „drugą żoną” Janika. Tuż po liceum sam wybrał drogę swojej wojskowej kariery – bardzo mu zależało, aby wstąpić do 25 Brygady Kawalerii Powietrznej w Tomaszowie Mazowieckim.

– Zawsze był bardzo aktywny, również fizycznie, lubił zawody, siłowanie się, wyciskanie sztangi. Wśród kolegów miał nawet ksywkę „Bokser”. Wojsko pozwalało mu spożytkować pokłady energii, które w sobie miał – opowiada wdowa.

– W domu z kolei był zupełnie inny – opanowany, rodzinny, opiekuńczy, pomocny, lubił porządek. Był naszym oparciem – wspomina Janik.

Sylwester Janik zmarł 2 września 2013 r. w amerykańskim szpitalu koalicyjnym w Ramstein, w zachodnich Niemczech. Został pochowany 6 września na cmentarzu w Zduńskiej Woli. Decyzją ministra obrony narodowej Sylwester Janik został pośmiertnie awansowany do stopnia starszego chorążego.

Polskie kontra amerykańskie podejście

Rodziny polskich żołnierzy poległych w Iraku czy Afganistanie zrzeszone są w Stowarzyszeniu Rodzin Poległych Żołnierzy „Pamięć i Przyszłość”. Organizacja liczy sobie obecnie, według prezes Lidii Kordasz-Garniewicz, 58 członków i 22 dzieci. To tylko garstka w porównaniu z liczbą amerykańskich rodzin, które straciły bliskich w obu tych wojnach, lecz łączą je przecież te same rozterki i zmagania. Na misjach, w których Polacy walczyli u boku Amerykanów, zawiązało się wiele przyjaźni.

Jednak zdaniem pani Janik, temat żołnierzy poległych na misjach w Iraku czy Afganistanie dla wielu osób w Polsce brzmi dość abstrakcyjnie. W kontekście poległych większość uwagi koncentruje się na ofierze złożonej przez żołnierzy drugiej wojny światowej. O wojnie w Afganistanie czy Iraku mówiło się nawet, że „to nie nasza wojna”, że żołnierze jadą tam w celach czysto zarobkowych i na własne ryzyko, „a tak w ogóle to, po co tam jadą”.

– Tymczasem nasi chłopcy jadą tam, bo poważnie traktują swoją pracę i swój obowiązek – mówi wdowa.

Dla odmiany, w samym Illinois ponad 300 wojskowych poległo na służbie w Iraku lub Afganistanie od czasów ataków terrorystycznych z 11 września 2001 r. Ich rodziny zrzeszone są w organizacji Gold Star Mission (Misja Złotej Gwiazdy), która ma na celu uhonorowanie i wsparcie dla tzw. rodzin Złotej Gwiazdy poprzez zachowanie pamięci o poległych i służbę innym w ich imieniu.

Złota Gwiazda

Począwszy od I wojny światowej rodziny amerykańskich żołnierzy i marynarzy często wywieszały flagi z niebieską gwiazdą dla każdego członka rodziny, który służył w wojsku. Jeśli jeden z nich zginął na polu walki, niebieska gwiazda była zamieniana na złotą. W 1947 r. Kongres Stanów Zjednoczonych upoważnił wojsko do wręczania przypinek ze złotą gwiazdą członkom rodzin poległych w walce i tak jest do dziś.

Dlatego krewnych członków armii amerykańskiej, którzy zginęli na polu walki, nazywa się rodzinami Złotej Gwiazdy (Gold Star Families).

Misja Złotej Gwiazdy została stworzona w 2017 r. przez weteranów, którzy nie chcieli, by nazwiska ich zmarłych kolegów zostały zapomniane. Celem misji jest przyznawanie stypendiów w imieniu poległych żołnierzy z funduszy zebranych podczas długodystansowego, bo liczącego aż 500 mil (około 805 km), i bardzo wymagającego przejazdu rowerowego znanego jako Gold Star 500.

Jazda w słusznej sprawie

Tegoroczny rajd był już szóstym z kolei (w 2020 r. odbył się w formie wirtualnej), lecz pierwszym o charakterze międzynarodowym, właśnie z powodu sporej ekipy z Polski. Rajd był realizowany przy współpracy z Konsulatem Generalnym RP w Chicago, Dowództwem Sił Zbrojnych RP oraz Gwardią Narodową Stanu Illinois, która od 1993 r. prowadzi bliską współpracę z wojskiem polskim.

Tegoroczne wydarzenie miało na celu uhonorowanie 300 wojskowych, którzy polegli w Afganistanie i Iraku od czasu ataków 11 września 2001 r., w tym 34 żołnierzy Gwardii Narodowej Illinois. 15 gwardzistów zginęło w Iraku, a 19 w Afganistanie. Polegli gwardziści byli w wieku od 19 do 59 lat. Pięć z nich to kobiety.

Hasło przewodnie tegorocznego rajdu brzmiało: „Zawsze pamiętaj, nigdy nie zapomnij”.

Ponad 30 rowerzystów w sobotę 24 września zakończyło 5-dniową, 500-milową podróż pod nazwą Gold Star 500. Wśród nich było 16 z Polski – 7 żołnierzy, 6 uczniów i 3 członków rodzin poległych – jak powiedział gen. Richard Neely z Gwardii Narodowej Illinois.

Wyruszyli we wtorek 20 września ze Springfield i w ciągu pięciu dni przejechali przez liczne miejscowości – Springfield, Quincy, Macomb, Galesburg, Rock Falls, Rockford, Woodstock, Fort Sheridan – aż w sobotę dotarli do celu w Great Lakes Naval Station w rejonie Lake Bluff na dalekich północnych przedmieściach Chicago.

Ukończenie 850-kilometrowej trasy nie było problemem dla Krzysztofa Klimczaka, jednego z polskich weteranów, który służył w Iraku i Afganistanie wraz z amerykańskimi kolegami.

– Trasa urozmaicona, ładne widoki, sama przyjemność i jazda w słusznej sprawie. Świetna okazja, by z amerykańskimi kolegami i rodzinami poległych oddać cześć żołnierzom poległym na misjach za granicą – powiedział po zakończeniu rajdu.

– To było fantastyczne doświadczenie gościć naszych partnerów z Polski – powiedział po zakończeniu rajdu dyrektor operacyjny Golden Star Mission Chuck Kitson. – Mogliśmy obserwować i uczyć się od siebie nawzajem, jak honorujemy poległych członków służby wojskowej w obu krajach. Rowerzyści polscy i amerykańscy jechali ramię w ramię, rodziny poległych poznały się nawzajem, a polscy uczniowie mogli dowiedzieć się więcej o wojsku.

Rowerzyści mogą wybrać konkretnego poległego żołnierza, dla którego pokonują trasę i którego nazwisko widniało na rajdowej koszulce. Rowerzystom dopingowali członkowie rodzin Złotej Gwiazdy. Noclegi rowerzyści i rodziny spędzali w obiektach Gwardii Narodowej Illinois. Podczas postojów na trasie uczestnicy rozstawiali tablice z nazwiskami poległych, odczytywali nazwiska poległych żołnierzy – polskich i amerykańskich i odmawiali modlitwę.

Pamięć, która trwa na zawsze

Dochód zebrany podczas rajdu jak co roku będzie przeznaczony na ufundowanie stypendiów w imieniu poległych żołnierzy.  W zeszłym roku organizacja Gold Star Mission przyznała 50 tys. dol. w stypendiach, a od momentu powstania – 214 tys. dol.

Jak powiedział gen. Neely, nie chodzi tylko o pieniądze dla młodych kształcących się ludzi.

– Te 214 tysięcy to 214 indywidualnych, ludzkich historii – zaznaczył.

Poprzez wręczanie młodemu pokoleniu stypendiów imienia poległych żołnierzy, ich pamięć będzie kontynuowana na zawsze, a ich historie będą trwać mimo upływu lat.

To może pomóc znaleźć ukojenie Jolancie Janik i wszystkim innym członkom rodzin, polskich i amerykańskich, których mężowie, ojcowie i synowie ponieśli śmierć w misjach wojskowych.

Współpraca i zdjęcia: Jacek Boczarski

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama