Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
piątek, 9 stycznia 2026 15:57

Grenlandia na sprzedaż?

W pierwszych tygodniach 2026 roku świat zaczął dyskutować o jednej z najbardziej niezwykłych, a zarazem drażliwych koncepcji w najnowszej historii polityki amerykańskiej – o możliwości przejęcia Grenlandii przez Stany Zjednoczone. Pomysł, który jeszcze kilka lat temu mógłby wydawać się fantazją geopolityczną, dziś stał się przedmiotem poważnej debaty w Waszyngtonie i stolicach Europy.
Grenlandia na sprzedaż?
Nuuk, stolica Grenlandii

Autor: Adobe Stock

Prezydent Donald Trump od dawna wykazywał zainteresowanie Grenlandią, największą wyspą świata, autonomicznym terytorium Królestwa Danii, położonym w strategicznym rejonie Arktyki. Według Trumpa Grenlandia jest nie tylko bogata w minerały i surowce, ale stanowi także kluczowy element w rywalizacji mocarstw o kontrolę nad Północnym Szlakiem Morskim i wpływy w regionie. Amerykański przywódca podczas przemówienia do Kongresu i wypowiedzi dla mediów podkreślał: „potrzebujemy Grenlandii ze względu na bezpieczeństwo narodowe” i Stany Zjednoczone muszą ją mieć w ramach własnych struktur bezpieczeństwa.

Takie podejście wynika z przekonania Białego Domu, że obecność Rosji i Chin w Arktyce rośnie, a USA muszą działać, aby nie zostać w tyle. Trump powtarzał w publicznych wypowiedziach, że USA „współpracują ze wszystkimi, aby spróbować ją pozyskać”, a jeśli to się nie uda, mogą być rozważane inne środki – co wywołało międzynarodowe zaniepokojenie.

W odpowiedzi na rosnące kontrowersje sekretarz stanu Marco Rubio podkreślał, że plany Trumpa wobec Grenlandii „nie są żartem” i wynikają z „realnych interesów narodowych”. Rubio starał się przekonywać, że administracja nie szuka konfliktu z Danią, ale raczej dąży do rozmów i – jeśli to możliwe – pokojowego nabycia wyspy. Podkreślał również, że decyzja o przyszłości Grenlandii powinna leżeć w gestii tamtejszej ludności, która zadeklarowała chęć uniezależnienia się od Danii.
Rubio informował także kongresmenów, że celem jest raczej kupno Grenlandii niż jej inwazja, choć słowa te pojawiły się w cieniu wcześniejszych sugestii o możliwości użycia siły militarnej jako narzędzia presji.

Kontrowersyjne komentarze dotyczące Grenlandii padły także z ust Stephena Millera, wpływowego doradcy Donalda Trumpa. Miller stwierdził, że „nikt nie będzie walczył z USA o przyszłość Grenlandii” i że wyspa powinna stać się częścią Stanów Zjednoczonych, podważając w pewnym stopniu prawo Danii do terytorium. Jego wypowiedzi, w tym niedawne sugestie, że Grenlandia formalnie powinna być częścią USA, spotkały się z ostrą reakcją europejskich liderów oraz dyplomatów.

Dodatkowo, pojawiły się prowokacyjne wpisy osób z kręgu Białego Domu – jak opublikowanie mapy Grenlandii pokrytej amerykańską flagą z podpisem „już niedługo” (ang. soon) – co spotkało się z dyplomatycznym sprzeciwem Danii i komentarzami, że takie zabiegi są nie do przyjęcia w stosunkach między sojusznikami.

Sugestie o możliwości aneksji Grenlandii wywołały gwałtowną i zgodną odpowiedź państw europejskich. Zarówno premier Danii, jak i przywódcy innych krajów NATO, jednoznacznie odrzucili jakiekolwiek próby naruszenia suwerenności terytorium – podkreślając, że Grenlandia „nie jest na sprzedaż” i że ewentualne działania militarne wobec jej terytorium byłyby sprzeczne z zasadami Sojuszu Północnoatlantyckiego.

W Stanach Zjednoczonych temat Grenlandii podzielił polityków obu głównych partii. Część Republikanów, zgodnie z linią Trumpa, opowiada się za większą obecnością USA w Arktyce, uzasadniając to względami bezpieczeństwa. Jednak nawet w GOP pojawiły się głosy dystansujące się od retoryki aneksjonistycznej, uznając ją za ryzykowną i szkodliwą dla relacji z sojusznikami.

Politycy Partii Demokratycznej byli w większości bardziej krytyczni wobec zabiegów administracji. Wielu demokratycznych członków Kongresu i komentatorów wskazywało, że koncepcja „kupna” lub wykorzystania siły militarnej wobec Grenlandii jest niezgodna z prawem międzynarodowym, narusza zasady suwerenności oraz może poważnie zaszkodzić reputacji USA i zdolności USA do współpracy z NATO. Demokraci akcentowali także, że Grenlandczycy jasno opowiadają się przeciwko przynależności do USA, co potwierdzają lokalne sondaże.

Kluczowym elementem tej debaty jest fakt, że większość mieszkańców Grenlandii sprzeciwia się idei przyłączenia do USA. Według badań lokalnych opinii publicznych ponad 80% mieszkańców nie chce, by wyspa stała się częścią Stanów Zjednoczonych, a wielu odbiera amerykańskie wypowiedzi jako formę presji lub nawet groźby.
Pomysł „przejęcia Grenlandii” przez USA to przede wszystkim wyraz rosnących napięć w międzynarodowej polityce bezpieczeństwa, strategicznych ambicji oraz konfrontacji cywilizacyjnych wpływów w Arktyce. Proponowane przez Trumpa i jego administrację podejścia – od zakupu, po niezdefiniowane „opcje militarne” – stanowią poważne wyzwanie dla tradycyjnych zasad współpracy sojuszniczej i szacunku dla suwerenności państw.

Równocześnie reakcje – zarówno europejskie, jak i wewnątrz USA – pokazują, że nawet w obliczu globalnych zagrożeń polityka oparta na sile lub jednostronnych roszczeniach może być postrzegana jako destabilizująca i kontrproduktywna. Ostateczny los Grenlandii, jak podkreślają dyplomaci i komentatorzy, zależy przede wszystkim od samej ludności wyspy oraz od tego, czy Stany Zjednoczone zdecydują się prowadzić dialog zamiast realizować swoje aspiracje.

Debata wokół Grenlandii nie funkcjonuje w próżni. W ostatnich miesiącach administracja Donalda Trumpa wysłała bowiem serię sygnałów świadczących o powrocie do polityki demonstracyjnej siły w regionie obu Ameryk. Szczególne emocje wywołała niedawna amerykańska interwencja u wybrzeży Wenezueli, oficjalnie uzasadniana walką z przemytem narkotyków i „ochroną bezpieczeństwa regionalnego”. Choć Waszyngton podkreślał, że działania miały charakter ograniczony i prewencyjny, w Ameryce Łacińskiej zostały one odebrane jako pokaz siły oraz sygnał gotowości do dalszej eskalacji wobec rządów uznawanych za wrogie interesom USA.

Równolegle pojawiły się ostre wypowiedzi pod adresem Kuby, w których przedstawiciele administracji Trumpa nie wykluczali „zdecydowanych działań”, jeśli Hawana będzie – jak to określono – „destabilizować region lub wspierać antyamerykańskie sojusze”. Retoryka ta przywołała skojarzenia z czasami zimnej wojny i wywołała zaniepokojenie wśród sojuszników USA, zwłaszcza w Europie, którzy obawiają się, że polityka presji zastępuje dyplomację.

Niepokój wzbudziły również sygnały kierowane w stronę Kolumbii, tradycyjnie jednego z najbliższych partnerów USA w regionie. Choć nie padły bezpośrednie groźby militarne, amerykańscy politycy sugerowali możliwość „konsekwencji”, jeśli Bogota nie będzie w pełni współpracować w kwestiach bezpieczeństwa i migracji. W tym kontekście pomysł przejęcia Grenlandii zaczyna być postrzegany nie jako odosobniony incydent, lecz jako element szerszej strategii asertywnej polityki zagranicznej, w której USA coraz częściej testują granice międzynarodowej cierpliwości – zarówno na północy, jak i na południu globu.

Daniel Bociąga
[email protected]
[email protected]

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama