Po raz pierwszy od 18 lat nie pracuję nad żadnym projektem książkowym. Nie piszę ani akademickiej książki o krytyce literackiej dotyczącej Isaaca Bashevisa Singera, ani tomiku wierszy o moich rodzicach, ani powieści kryminalnej o Hanku i Marvinie. Nie mam nad czym pracować.
Więc przeglądam moje stare szafki z dokumentami w poszukiwaniu czegoś, co zainspiruje mnie do pisania. Mam dwie takie szafki z dokumentami. Są ogromne. Każda ma cztery szuflady, a każda szuflada jest głęboka na około dwie stopy. Razem daje to 16 stóp dokumentów.
A ile to jest stron? To około 48 000 kartek papieru.
Zgadza się: 48 000 kartek!
Te dokumenty sięgają najdalej do 1965 roku. Od czasu, gdy byłem w ostatniej klasie liceum, zbierałem wiersze, opowiadania i notatki, które pisałem, a także listy, które otrzymywałem i wysyłałem do przyjaciół. Przeglądanie tych rzeczy to niesamowite przeżycie. Czasami wpatruję się w stronę i zastanawiam się, dlaczego mówiłem takie głupie rzeczy w tak głupi sposób. Czasami zastanawiam się, dlaczego używałem tak pretensjonalnego języka i zbyt skomplikowanych zdań.
Innym razem czytam coś, co zacząłem pisać i nigdy nie skończyłem, i zastanawiam się, dlaczego przestałem. Czy nagle zadzwonił dzwonek do drzwi? Czy moja żona Linda przypomniała mi, że muszę iść na czyjeś wesele?
Przeglądanie tych dokumentów to ciekawe doświadczenie, a to jeszcze nie koniec. Proces jest powolny. W ciągu tygodnia przejrzałem około dwóch stóp teczek, co daje około 6000 stron. Do przejrzenia pozostało mi jeszcze około 42 000 stron. Mam nadzieję, że starczy mi odwagi i siły, żeby przebrnąć przez te wszystkie dokumenty.
Zanim się pożegnamy, pozwolę sobie podzielić się z wami starym fragmentem prozy, który znalazłem w tych archiwach. Da wam to pewne wyobrażenie, choćby niewielkie, o tym, co zawierają te dokumenty.
Ten utwór prozą napisałem na początku lat 80. Nie jestem pewien, dlaczego go napisałem. Często zdarza się, że pomysły po prostu pojawiają się w mojej głowie i wtedy zaczynam pisać. Właściwie, kiedy uczyłem kreatywnego pisania na Uniwersytecie Eastern Illinois, często powtarzałem moim studentom, że gdy tylko pojawi się im jakiś pomysł, powinni rzucić wszystko i go zapisać. Przypuszczam, że poniższy tekst to coś, co po prostu nagle przyszło mi do głowy.
Tytuł: Polskie groby na Cmentarzu św. Wojciecha
Kiedy byłem dzieckiem w latach 50. dwudziestego wieku, w niektóre niedzielne poranki, po mszy, moi rodzice zabierali nas autobusem na Cmentarz św. Wojciecha w Niles, położony na dalekich północno zachodnich przedmieściach Chicago.
Moi rodzice zostawili swoich zmarłych w Polsce i Niemczech. Niektórzy zostali pochowani przed wojną, a inni pozostali tam, gdzie Niemcy ich zastrzelili – w ich domach lub przy drodze. Więc moi rodzice zabierali nas do św. Wojciecha.
To był polski cmentarz – cmentarz, gdzie mogli szukać polskich imion, które kochali: Władysława, Bronisława, Wojciech, Zofia.
Ja i moja siostra spacerowaliśmy z mamą i tatą, poprawiając kwiaty, które przewrócił wiatr.
Old Files
For the first time in 18 years, I don’t have a book project I’m working on. No academic book of literary criticism on Isaac Bashevis Singer, no book of poems about my parents, no mystery novel about Hank and Marvin. I’ve got nothing to work on.
So I’m going through my old file cabinets looking for something to inspire me to write something. I’ve got two of these file cabinets. They are enormous. Each has 4 drawers, and each drawer is about 2 feet deep. All together that’s about 16 feet of files.
And how many pages of stuff is that? That’s about 48,000 sheets of paper.
That’s right: 48,000 sheets!
These files go back to about 1965. Since I was a senior in high school, I’ve saved the poems and short stories and notes I’ve written and the letters I’ve received and sent to friends. Going through this stuff now is a trip and a half. Sometimes, I stare at a page and wonder why I said such stupid things in such a stupid way. Sometimes, I wonder why I used such pretentious language and overly complicated sentences.
Other times, I read something I started writing and never finished, and I wonder why I stopped. Did the doorbell suddenly ring? Did my wife Linda remind me I had to go to someone’s wedding?
It’s been an interesting experience going through these files, and it’s not over yet. The process is slow. In the space of a week, I’ve gone through about 2 feet of files. That’s about 6,000 pages. I’ve got about 42,000 more to go. I hope I’ve got the courage and the strength to get through these pages.
Before I leave you, let me share with you an old prose piece I found in these files. This will give you some idea, a small idea, of what these files are like.
I wrote this prose piece back in the early 80s. I’m not sure why I wrote it. A lot of times, ideas pop into my head, and I just start writing. In fact, when I was teaching creative writing at Eastern Illinois University, I would often tell my creative writing students that when an idea popped into their heads, they should drop everything and write that idea down. I guess the following was something that just suddenly popped into my head.
Title: The Polish Graves in St. Adalbert’s Cemetery
When I was a child back in the 1950s, some Sunday mornings in the summer after church, my parents would take us on a bus all the way to St. Adalbert’s cemetery in Niles, a suburb on the far northwest side of Chicago.
My parents had left their dead in Poland and Germany. Some had been buried before the war, and some were left behind where the Germans shot them in their houses or on the side of a road. So my parents would bring us to St. Adalbert’s.
This was the Polish cemetery, the cemetery where they would search for the Polish names they had loved, Wladyslaw, Bronislawa, Wojciech, Zofia.
My sister and I would walk with our mom and dad straightening the flowers the wind had blown over.
John Guzlowski
amerykański pisarz i poeta polskiego pochodzenia. Publikował w wielu pismach literackich, zarówno w USA, jak i za granicą, m.in. w „Writer’s Almanac”, „Akcent”, „Ontario Review” i „North American Review”. Jego wiersze i eseje opisujące przeżycia jego rodziców – robotników przymusowych w nazistowskich Niemczech oraz uchodźców wojennych, którzy emigrowali do Chicago – ukazały się we wspomnieniowym tomie pt. „Echoes of Tattered Tongues”. W 2017 roku książka ta zdobyła nagrodę poetycką im. Benjamina Franklina oraz nagrodę literacką Erica Hoffera za najbardziej prowokującą do myślenia książkę roku. Jest również autorem serii powieści kryminalnych o Hanku i Marvinie, których akcja toczy się w Chicago oraz powieści wojennej pt. „Retreat— A Love Story”. John Guzlowski jest emerytowanym profesorem Eastern Illinois University.
-
John Guzlowski's writing has been featured in Garrison Keillor’s Writer’s Almanac, Akcent, Ontario Review, North American Review, and other journals here and abroad. His poems and personal essays about his Polish parents’ experiences as slave laborers in Nazi Germany and refugees in Chicago appear in his memoir Echoes of Tattered Tongues. Echoes received the 2017 Benjamin Franklin Poetry Award and the Eric Hoffer Foundation's Montaigne Award for most thought-provoking book of the year. He is also the author of two Hank Purcell mysteries and the war novel Road of Bones. Guzlowski is a Professor Emeritus at Eastern Illinois University.








