Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
piątek, 30 stycznia 2026 13:35
Reklama KD Market

Tragedia w Iroquois Theatre

W środę 30 grudnia 1903 roku zasypane śniegiem Chicago zmagało się z lodowatymi podmuchami wiatru. Około 2.00 po południu przy West Randolph Street, w samym sercu ówczesnej dzielnicy teatralnej, zaczął gromadzić się tłum ludzi. Przeważały kobiety i dzieci – wiele z nich należało do śmietanki towarzyskiej miasta – niecierpliwie oczekujące na popołudniowe przedstawienie w najnowszym i najbardziej prestiżowym teatrze Chicago, Iroquois Theatre.
Tragedia w Iroquois Theatre
Iroquois Theatre przed pożarem, 1903 r.

Autor: Wikipedia

Zaprojektowany przez młodego architekta Benjamina Marshalla teatr był jedną z najbardziej eleganckich budowli miasta. Luksusowy gmach w renesansowym stylu zachwycał już od wejścia: mahoniowe, przeszklone drzwi, marmurowo-złote filary i bogato zdobione wnętrza miały robić wrażenie nowoczesności i bezpieczeństwa. Jego właściciele zapewniali, że jest „całkowicie ognioodporny”, co potwierdzili miejscy inspektorzy. Jednak William Clendenin, redaktor specjalistycznego magazynu „Fireproof”, przeprowadził własną inspekcję tej imponującej budowli tuż przed jej otwarciem i miał odmienne zdanie na temat jej bezpieczeństwa. W ostrym artykule ostrzegał przed poważnymi zagrożeniami: licznymi drewnianymi i innymi łatwopalnymi elementami wykończeniowymi, wąskimi klatkami schodowymi prowadzącymi na balkon, brakiem przepisów ewakuacyjnych oraz znaków kierujących do wyjść awaryjnych. Jego ostrzeżenia nie powstrzymały jednak właścicieli przed hucznym otwarciem teatru w listopadzie 1903 roku. 

Tamtego feralnego grudniowego dnia Iroquois był wypełniony po brzegi. Otwarto go z opóźnieniem, dlatego właściciele byli szczególnie zdeterminowani, by nadrobić straty. W efekcie sprzedano więcej biletów niż przewidywała pojemność teatru. Zaprojektowano go na 1600 widzów, jednak tamtego mroźnego dnia mogło ich być nawet 150 więcej. 

Ludzie tłoczyli się w przejściach i na balkonach. Wystawiano „Mr. Bluebeard” – barwną komedię muzyczną z udziałem pochodzącego z Chicago, rozpoznawanego w całych Stanach Zjednoczonych weterana wodewilu, komika i aktora musicalowego Eddiego Foya. Spektakl imponował rozmachem i widowiskowością – sceny przenosiły widzów w różne zakątki świata, aktorzy występowali w kostiumach zwierząt, a jedną z największych atrakcji była baletnica zawieszona wysoko nad sceną. 

Foy, występujący w ekstrawaganckim damskim stroju, od pierwszych chwil przedstawienia wywoływał salwy śmiechu. Po krótkiej przerwie, około 3.15, orkiestra zagrała pierwsze takty „In the Pale Moonlight”. Był to sygnał dla aktorów, że rozpoczyna się drugi akt. 

 

Kula ognia

Nad sceną, zawieszone na linach, wisiały tysiące metrów kwadratowych barwnych, malowanych na płótnie dekoracji. Pośród nich biegł pomost, z którego pracownik techniczny William McMullen nadzorował ich ruch, podnosząc i opuszczając je w trakcie spektaklu. W pewnym momencie zauważył, że kawałek płótna musnął rozgrzany reflektor i zajął się ogniem. Chciał stłumić płomyki rękami, ale materiał znajdował się poza jego zasięgiem. William Sallers, odpowiedzialny za bezpieczeństwo pożarowe obiektu, znajdował się przy scenie i nie był w stanie mu w żaden sposób pomóc. Ogień szybko obejmował kolejne metry suchego, pokrytego łatwopalną farbą płótna.

Początkowo ani artyści, ani widzowie nie zdawali sobie sprawy z zagrożenia. Występ trwał w najlepsze. Publiczność, skupiona i zafascynowana tym, co działo się na teatralnych deskach, nie reagowała. Dopiero po kilku minutach ktoś w końcu zauważył niebezpieczeństwo i zwrócił uwagę innych. Eddie Foy, przebrany już do kolejnej sceny, próbował uspokoić zaniepokojoną publiczność. „Wszystko jest pod kontrolą” – powiedział w pewnym momencie, choć w tej samej chwili płonące fragmenty dekoracji zaczęły spadać wprost pod jego nogi. Krzyknął do obsługi, aby opuściła azbestową kurtynę, której zadaniem było spowolnianie rozprzestrzeniania się ognia w takich sytuacjach. Jednak zasłona zaczepiła się o wystającą oprawę oświetleniową i utknęła w połowie drogi w dół. 

Przerażeni artyści rzucili się do najbliższego wyjścia z budynku, znajdującego się za sceną. To przesądziło o losie setek zgromadzonych w środku ludzi, bowiem kiedy tylko otworzyli drzwi, nagły napływ lodowatego powietrza zadziałał jak miech, dostarczając tlenu i w jednej chwili zamieniając punktowy pożar w gwałtowną falę ognia. Ognisty podmuch uniósł się ponad głowami zgromadzonych na parterze widzów, błyskawicznie pokonał piętnastometrową odległość do balkonów, uderzając w nie z ogromnym impetem i w ciągu kilku sekund zabijając część znajdujących się tam widzów. 

Większość z 591 ofiar siedziała właśnie na balkonach. Nie było tam schodów przeciwpożarowych ani drabin, na dół prowadziła tylko wąska klatka schodowa, która szybko stała się pułapką bez wyjścia, zablokowana tłoczącymi się ludźmi. Desperaci próbowali skakać, ale piętnaście metrów, które dzieliły ich od parteru, okazały się zabójcze. 

 

W pułapce

Ognisty podmuch w jednej chwili zapalił wszystko, co było łatwopalne. Widzowie rzucili się do wyjść, lecz wielu z nich nie potrafiło ich znaleźć, bowiem większość drzwi była zasłonięta kotarami. Część wyjść zamknięto żelaznymi bramkami, które miały uniemożliwić osobom z tańszych miejsc przedostanie się na niższe poziomy, gdzie bilety były znacznie droższe. Jak się też okazało, niektóre drzwi okazały się jedynie atrapami, elementami wystroju teatru. 

Architekt Benjamin Marshall chwalił się przed otwarciem Iroquois, że analizował wcześniejsze katastrofy teatralne, by nie powtórzyć cudzych błędów – a mimo to zaprojektował drzwi wyjściowe otwierające się do wewnątrz. Nie przewidział, że napierająca na nie masa ludzi uniemożliwi ich otwarcie i ucieczkę. Nikt nie kierował ewakuacją. Przerażeni ludzie przepychali się przez nieliczne, wąskie przejścia. Nastoletni bileterzy uciekli, nie otwierając zamkniętych wyjść awaryjnych. Świetliki dachowe, które miały się otworzyć, by odprowadzić ciepło i dym, pozostały zamknięte, bo zabito je na głucho deskami. 

W teatrze nie było oświetlenia awaryjnego ani znaków wskazujących wyjścia, bo architekt nie chciał, by „popsuły wygląd wnętrza”. Kilka osób dotarło na górną, przeciwpożarową klatkę schodową, lecz po otwarciu drzwi okazało się, że nie zainstalowano drabin do zejścia na dół. Robotnicy w budynku po drugiej stronie alei, widząc, co się dzieje, zbudowali prowizoryczny most z desek, próbując ich ratować. Dwie pierwsze osoby ruszyły zbyt szybko, poślizgnęły się i spadły kilkanaście metrów w dół, jednak kilku widzom udało się bezpiecznie przedostać na drugą stronę.

W ciągu kilku minut wnętrze teatru wypełniły setki ciał ludzi, którzy nie znaleźli drogi ucieczki. Zginęli, zanim na miejsce dotarła straż pożarna. Sąsiednią restaurację zamieniono w prowizoryczną kostnicę i punkt medyczny. Lekarze przeszukiwali morze zwęglonych szczątków w poszukiwaniu oznak życia. Wkrótce zaczęli napływać krewni i przyjaciele ofiar. Szok i rozpacz szybko ustąpiły oburzeniu. Teatr reklamowano jako „całkowicie ognioodporny”. Jak to możliwe, że setki osób zginęły w kilka minut? Kto ponosił za to odpowiedzialność?

 

Skala zaniedbań

Kilka dni po tragedii gazeta „Chicago Tribune” opublikowała listę naruszeń przepisów, które doprowadziły do katastrofy. Skala zaniedbań była ogromna – od lekceważenia zasad bezpieczeństwa po pobłażliwość władz miasta. Iroquois Theatre miał być symbolem luksusu i nowoczesności Chicago, rywalizującego z Nowym Jorkiem o miano najpiękniejszej amerykańskiej metropolii, dlatego burmistrzowi tak bardzo zależało na jak najszybszym jego otwarciu. W tym pośpiechu zignorowano więc liczne naruszenia przepisów, a teatr przeszedł jedynie pobieżną kontrolę bezpieczeństwa. 

Śledztwo objęło właścicieli teatru, architekta i urzędników miejskich, lecz każdy z nich szybko wskazywał winnych gdzie indziej – nie wyłączając samej publiczności. Właściciele twierdzili, że tragedię spowodowała panika widzów, a architekt utrzymywał, że liczba wyjść byłaby wystarczająca, gdyby ludzie zachowali spokój i poczekali na swoich miejscach na ich otwarcie. Po latach dochodzeń i sporów sądowych nikogo nie pociągnięto do odpowiedzialności karnej. Jedyną wymierną konsekwencją okazały się odszkodowania wypłacone rodzinom zabitych przez firmę budowlaną. 

Katastrofa teatru Iroquois stała się jednak punktem zwrotnym. Wprowadzono nowe przepisy budowlane: poszerzono przejścia i wyjścia, zakazano miejsc stojących i ograniczono liczbę widzów. Nakazano również stosowanie ognioodpornych dekoracji, alarmów przeciwpożarowych oraz wentylacji dachowej. Szkoda tylko, że by zacząć na poważnie myśleć o bezpieczeństwie publicznym, życie musiało stracić sześćset niewinnych osób. 

Maggie Sawicka


 


 


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama