Sprawy polityki zagranicznej nigdy nie zajmowały wiele miejsca w prezydenckich orędziach o stanie państwa, gdy gospodarze Białego Domu spełniali konstytucyjny obowiązek wobec Kongresu. Nie inaczej było w mijającym tygodniu. Większość rekordowego co do długości przemówienia poświęcona była kwestiom polityki wewnętrznej, politycznym polemikom oraz wręczaniu odznaczeń.
Choć uwagę wyborców zaprzątają przede wszystkim problemy dnia codziennego, przyglądają się także temu, w jaki sposób doktryna „America First” przekłada się na działania administracji na arenie międzynarodowej. Zgodnie z badaniami przeprowadzonymi przez Associated Press-NORC Center for Public Affairs Research, przeprowadzonymi na początku lutego, 61 procent dorosłych Amerykanów nie pochwala sposobu, w jaki Trump radzi sobie z polityką zagraniczną, podczas gdy 56 proc. twierdzi, że Trump „posunął się za daleko”, wykorzystując siły zbrojne do interwencji w innych krajach.
Trump w orędziu pochwalił się pozytywnym rozwiązaniem aż siedmiu międzynarodowych konfliktów, w tym wprowadzeniem kruchego zawieszenia broni w Gazie. Przypomniał o schwytaniu autokratycznego prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro i sprowadzeniu go do USA. Jak zadeklarował, Stany Zjednoczone właśnie otrzymały od „naszego nowego przyjaciela i partnera”, Wenezueli, ponad 80 milionów baryłek ropy, co przyczynia się do obniżek cen paliwa na stacjach benzynowych.
Siły amerykańskie, na rozkaz Trumpa, przeprowadziły też dziesiątki ataków wojskowych na domniemane statki z narkotykami na Karaibach, przejęły objęte sankcjami tankowce i zaostrzyły naciski na Kubę jako element – wg słów prezydenta – „Doktryny Donroe”. „Przywracamy również bezpieczeństwo i amerykańską dominację na półkuli zachodniej, działając w celu zabezpieczenia naszych interesów narodowych i obrony naszego kraju przed przemocą, narkotykami, terroryzmem i zagraniczną ingerencją” – powiedział Trump.
Wspomniał też o koncentracji sił, aby przeprowadzić nową akcję wojskową przeciwko Teheranowi. Trump wyjaśniał Amerykanom, dlaczego rozważa działania zbrojne zaledwie osiem miesięcy po zniszczeniu trzech kluczowych irańskich obiektów nuklearnych i postawieniu „łobuza Bliskiego Wschodu” pod ścianą. „Zniszczyliśmy [obiekty], a oni chcą zacząć wszystko od nowa. I w tym momencie znów realizują swoje złowrogie ambicje” – powiedział Trump. „Negocjujemy z nimi. Chcą zawrzeć umowę, ale nie usłyszeliśmy od deklaracji: ‘Nigdy nie będziemy mieli broni nuklearnej’”.
Europejczycy, a Polacy w szczególności, zwracali jednak uwagę nie tyle na to, o czym mówił prezydent, ale raczej o czym nie mówił. Trump mówił o naciskach na innych członków NATO, aby zwiększyli wydatki na obronę oraz przypomniał, że to inni członkowie sojuszu przejęli na siebie finansowanie pomocy dla Ukrainy.
W swoim 108-minutowym przemówieniu niewiele jednak wspomniał o toczącej się w Europie wojnie. Zadeklarował, że chce powstrzymać „zabijanie i rzeź między Rosją a Ukrainą, gdzie każdego miesiąca ginie 25 000 żołnierzy”, i że pracuje nad zakończeniem wojny. Powtórzył po raz kolejny niemożliwą do weryfikacji tezę, że do konfliktu w ogóle by nie doszło, gdyby to on był w 2022 roku prezydentem.
Można było oczekiwać, że toczącej się za polską granicą wojnie Trump poświęci więcej czasu, tym bardziej, że orędzie wygłaszane było niemal dokładnie w 4. rocznicę niesprowokowanej rosyjskiej agresji. Wojna w Ukrainie trwa więc dłużej niż Wielka Wojna Ojczyźniana ZSRR z hitlerowskimi Niemcami, czy amerykańsko-japońska wojna na Pacyfiku podczas ostatniego globalnego konfliktu. Tymczasem daremne było szukanie w transkrypcie przemówienia wskazania agresora i jego potępienia. To samo zresztą zdarzyło się w ONZ, gdzie USA wstrzymały się od głosowania nad rocznicową rezolucją, apelującą o jak najszybsze zakończenie walk.
Dla Białego Domu wojna w Ukrainie jest kolejnym (wg wyliczanki Trumpa dziewiątym) konfliktem, który chce zakończyć. Dla Polski kwestia rozwiązania problemu jest fundamentalną kwestią bezpieczeństwa narodowego. Ta rozbieżność podejścia i akceptowalnych rozwiązań konfliktu staje się coraz bardziej widoczna, w miarę jak rozjeżdżają się deklarowane strategiczne cele Starego Kontynentu i Nowego Świata. Kraje wschodniej flanki NATO nie mają złudzeń, że zakończenie wojny w Ukrainie po myśli Kremla oznaczać będzie, iż Rosja upomni się o kolejne terytoria i wpływy. Czerwcowe ultimatum Waszyngtonu dla zakończenia wojny (Biały Dom naciska na zawarcie porozumienia pokojowego przed wyborami do Kongresu) może zmusić Kijów do nieakceptowalnych ustępstw. Biały Dom zainteresowany jest bowiem normalizacją stosunków z Moskwą i powrotu do „business as usual” z bogatym w surowce adwersarzem.
Te obawy wyrażane są dziś głośno nie tylko w Warszawie i Wilnie, ale także w Berlinie, Paryżu, Londynie i Brukseli. Faktyczne pominięcie w prezydenckim przemówieniu kwestii najpoważniejszego konfliktu w Europie od zakończenia II wojny światowej może oznaczać, że Stary Kontynent może zostać skazany tylko na siebie. Otwartym pytaniem pozostaje: czy stać go na solidarność i na wypełnienie luki po największym z partnerów, będącym do tej pory głównym gwarantem bezpieczeństwa.
Tomasz Deptuła

Dziennikarz, publicysta, ekspert ds. komunikacji społecznej. Przez ponad 25 lat korespondent polskich mediów w Nowym Jorku i redaktor “Nowego Dziennika”.








