Skoordynowany z Izraelem amerykański atak na Iran doprowadził pozbawił życia ajatollaha Alego Chameneia i doprowadził do śmierci setek osób. W atakach odwetowych zginęli też (i giną nadal) amerykańscy żołnierze, a tysiące turystów z bogatszych krajów świata usiłuje opuścić zapalny region. Świat obawia się wojny i zakłóceń na rynku paliwowym.
Myśląc o napiętych (eufemizm) stosunkach między Ameryką a Iranem niewiele osób sięga pamięcią poza wybuch rewolucji islamskiej w 1979 roku oraz kryzys z zakładnikami w ambasadzie USA w Teheranie, odwołując się, jeśli nie z własnych wspomnień, to do nagrodzonej Oscarem produkcji „Argo”. Historycy podkreślają jednak, że kluczem do zrozumienia, w którym miejscu obecnie się znajdujemy w relacjach USA–Iran są wydarzenia sięgające czasów administracji prezydenta Dwighta Eisenhowera. David Barrett, profesor nauk politycznych na Uniwersytecie Villanova, twierdzi, że to zamach stanu z 1953 roku, który obalił premiera Iranu Mohammada Mosaddegha, ukształtował sposób, w jaki Biały Dom zachowuje się wobec Iranu i jak Irańczycy będą przez pokolenia postrzegali Stany Zjednoczone.
Eisenhower wraz ze swoim sekretarzem stanu Johnem Fosterem Dullesem i dyrektorem CIA Allenem Dullesem, a w porozumieniu z Brytyjczykami, doszedł do wniosku, że rząd Iranu zmierza w kierunku marksistowsko-komunistycznym i powinien zostać obalony w drodze tajnej operacji. W swojej ocenie nie był pozbawiony pewnej racji – zimna wojna wbrew swej nazwie przechodziła wówczas jedną z gorętszych faz, a Mosaddegh zabrał się za nacjonalizację przemysłu naftowego Iranu. Brytyjczycy kontrolowali większościowy udział w spółce joint venture Anglo-Iranian Oil Company (obecnie BP) od czasu odkrycia ropy naftowej na początku XX wieku i nie mogło im się to podobać. Dlatego CIA, współpracując z brytyjskim wywiadem, zaaranżowała zamach stanu, w którym władzę objął Mohammad Reza Pahlavi – człowiek, który nosił tytuł szacha Iranu. I to pomimo tego, że Mosaddegh posiadał demokratyczny mandat. Rząd USA udawał, że zamach stanu był wyłącznie dziełem narodu irańskiego oraz niektórych irańskich przywódców wojskowych i politycznych. CIA formalnie przyznała się do swojej roli w tym wydarzeniu dopiero w 2013 roku, ale i tak od lat była to wiedza powszechna. Rewolucja irańska, która doszła do skutku w 1979 roku, była w dużej mierze odpowiedzią na to wydarzenie.
Co ciekawe, program jądrowy Iranu zapoczątkowały… Stany Zjednoczone i to jeszcze w 1957 roku. Nuklearne ambicje szacha zyskały poparcie USA i innych zachodnich sojuszników. Oba kraje podpisały porozumienie nuklearne o cywilnym wykorzystaniu energii jądrowej w ramach programu „Atom dla pokoju” ówczesnego prezydenta USA Dwighta D. Eisenhowera. Dekadę później Stany Zjednoczone dostarczyły Iranowi reaktor jądrowy i uran do jego zasilania.
Szach Mohammad Reza Pahlavi nie tolerował jednak opozycji i dysponował policją, Savak, która brutalnie zwalczała wszelkie przejawy sprzeciwu. Inni nienawidzili szacha z powodu naruszania wolności słowa. Niezadowolenie, koncentrowało się w meczetach i wśród islamskich przywódców religijnych. Pahlavi wiedział, że swoją pozycję, swoją władzę zawdzięcza głównie Amerykanom, a w drugiej kolejności Brytyjczykom.
Iran był dla Ameryki ważny w kontekście zimnej wojny. Era Richarda Nixona i sekretarza stanu Henry’ego Kissingera to okres rozkwitu silnych relacji między Iranem (a właściwie jego szachem) a rządem USA. Potem Gerald Ford i Jimmy Carter kontynuowali te bliskie relacje. Ale to skończyło się wraz z rewolucją islamską.
Mimo zerwania stosunków dyplomatycznych i wrogiej retoryki Iran nadal wpływał na historię USA. Kryzys związany z przetrzymywanymi 52 zakładnikami z ambasady USA w Teheranie to jeden z czynników, który doprowadził do wyborczej porażki Jimmy’ego Cartera, któremu nie udało się rozwiązać kryzysu do dnia wyborów w 1980 roku i przegrał z Ronaldem Reaganem.
W latach 80. po inwazji na Iran przez Irak rządzony przez Saddama Husajna, (który pragnął przeciwstawić się ideologii Chomeiniego), USA stanęły po stronie Bagdadu, pogłębiając napięcia między oboma państwami. Wojna trwała do 1988 roku i pochłonęła tysiące ofiar po obu stronach. Irak użył również broni chemicznej przeciwko Iranowi.
Prezydent Ronald Reagan oficjalnie uznał w 1984 r. Iran za „państwo sponsorujące terroryzm” po serii ataków w Libanie, do których wciągnięto Stany Zjednoczone po inwazji Izraela na ten kraj. W jednym z ataków na bazę wojskową w Bejrucie zginęło 241 amerykańskich żołnierzy. Stany Zjednoczone oskarżyły Hezbollah, libański ruch szyicki wspierany przez Iran. Później jednak Reagan współpracował z Iranem za kulisami, aby uwolnić amerykańskich zakładników przetrzymywanych przez Hezbollah. To kolejny paradoks: Stany Zjednoczone wprowadziły embargo na broń w latach 80., ale administracja Reagana potajemnie je złamała, wywołując kolejny międzynarodowy skandal. Afera Iran-Contras nie tylko jeszcze bardziej pogorszyła stosunki amerykańsko-irańskie, ale wstrząsnęła także ówczesną administracją.
W latach 1995–1996 Stany Zjednoczone nałożyły kolejne sankcje. Rozporządzenia wykonawcze prezydenta Billa Clintona zakazały amerykańskim firmom współpracy z Iranem, a Kongres uchwalił ustawę karzącą podmioty zagraniczne inwestujące w irański sektor energetyczny lub sprzedające irańską broń zaawansowaną. Stany Zjednoczone powołały się na rozwój programu nuklearnego i wsparcie takich grup jak Hezbollah, Hamas i Palestyński Islamski Dżihad.
Po atakach na USA z 11 września 2001 prezydent George W. Bush w orędziu o stanie państwa stwierdził, że Iran jest częścią „Osi Zła”, obok Iraku i Korei Północnej. W tym czasie Iran prowadził jednak zakulisowe rozmowy z USA, aby atakować wspólnych wrogów – talibów w Afganistanie i Al-Kaidę. Współpraca uległa pogorszeniu, gdy międzynarodowi obserwatorzy zauważyli obecność wysoko wzbogaconego uranu w Iranie, co doprowadziło do nałożenia kolejnych sankcji.
W latach 2013–2015 prezydent USA Barack Obama rozpoczął rozmowy na wysokim szczeblu z Iranem. W 2015 roku Teheran zgodził się na porozumienie nuklearne, formalnie znane jako Wspólny Kompleksowy Plan Działań (JCPOA), które miało ograniczyć irańską działalność nuklearną w zamian za złagodzenie sankcji. Chiny, Rosja, Francja, Niemcy, Wielka Brytania i Unia Europejska również były stronami porozumienia.
Jednak podczas pierwszej kadencji Donalda Trumpa, Stany Zjednoczone jednostronnie wycofały się z umowy w 2018 roku i nałożyły sankcje na Iran. Iran również odwołał swoje zobowiązania i rozpoczął produkcję wzbogaconego uranu przekraczającą limity nałożone w umowie. Kolejne wydarzenia już pamiętamy: zamordowanie przywódcy Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej generała Kasema Sulejmaniego, na które Iran odpowiedział atakami na amerykańskie obiekty w Iraku. Rok temu w marcu Trump wysłał list do Najwyższego Przywódcy Iranu, ajatollaha Alego Chameneia, proponując nowe negocjacje w sprawie porozumienia nuklearnego. Chamenei jednak odrzucił tę ofertę, twierdząc, że Stany Zjednoczone nie dążą do negocjacji z Iranem, lecz stawiają mu żądania. Mimo to rozmowy rozpoczęły się nieoficjalnie w Omanie i we Włoszech. Trump twierdził, że jego zespół był „bardzo blisko” porozumienia po kilku rundach rozmów i ostrzegał Izrael przed atakami. Teheran również wyraził optymizm, ale nalegał na prawo do wzbogacania uranu – punkt sporny w rozmowach. Izrael rozpoczął ataki w całym Iranie dzień przed szóstą rundą rozmów irańsko-amerykańskich. Wreszcie w 2025 r. USA zbombardowały trzy kluczowe obiekty nuklearne w Iranie, powołując się na względy bezpieczeństwa i obronę Izraela.
Jak widać napięta i burzliwa historia stosunków amerykańsko-irańskich obejmuje wiele dekad i kryzysów. Jak na razie antyamerykański rząd teokratyczny przetrwał pierwsze uderzenie, a do tego nie widać nikogo, kto mógłby władzę od ajatollahów przejąć. To gmatwa sytuację, tym bardziej, że Iran posiada jedne z największych na świecie rezerw ropy naftowej i blokuje strategiczną cieśninę Ormuz uniemożliwiając transport węglowodorów także krajom arabskim. Przypominam o tych faktach, ponieważ w pewnym sensie walczymy z potworem, który sami stworzyliśmy.
Tomasz Deptuła

Dziennikarz, publicysta, ekspert ds. komunikacji społecznej. Przez ponad 25 lat korespondent polskich mediów w Nowym Jorku i redaktor “Nowego Dziennika”.








