Kiedy moja mama została uwolniona z obozu pracy przymusowej w Niemczech, miała 23 lata, 5 stóp i 11 cali wzrostu i ważyła 100 funtów (45 kg). Tak, to prawda – 100 funtów. Średnio amerykańskie kobiety w jej wieku i z takim wzrostem ważą 170 funtów (77 kg).
Ale waga mojej matki była niczym w porównaniu z wagą mojego ojca.
Po spędzeniu 4 lat w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie, mój tata ważył 75 funtów (34 kg).
Kiedy mama po raz pierwszy zobaczyła go stojącego przed nią przy bramie obozu pracy, powiedziała, że wyglądał jak dwa sznurowadła związane ze sobą.
Moi rodzice razem ważyli mniej niż ja teraz i mniej niż moja mama i tata pod koniec życia. W wieku 70 lat mój tata ważył 220 funtów (99 kg), a mama 240 funtów (109 kg).
Dlaczego tak dużo ważyli?
Jedną z rzeczy, których nauczyło ich życie w obozach koncentracyjnych i obozach pracy, było jedzenie – kiedy tylko mogli i ile tylko mogli.
Kiedy byłem dzieckiem i mieszkałem z rodzicami, mama zawsze dbała o to, żeby w domu było mnóstwo jedzenia, nawet pod jej nieobecność. W tygodniu pracowała na zmianie od 4 po południu do północy i bała się, że tata, siostra Danusha i ja nie będziemy mieli co jeść na obiad. Dlatego w każdą niedzielę po południu przygotowywała jedzenie na cały tydzień. Gotowała zupę, ziemniaki i smażyła kotlety z kurczaka, schabu i kiełbasę.
Ale to jedzenie czasami po prostu nie wystarczało mojemu tacie. W dni robocze często wstawał wcześnie rano i robił sobie śniadanie. Kroił polską kiełbasę i wrzucał ją na patelnię z pół tuzinem jajek. Smażył wszystko na żeliwnej patelni, którą przywieźliśmy z obozu dla osób przesiedlonych w Niemczech, i zjadał tę mieszaninę jajek i kiełbasy z 3 lub 4 kromkami polskiego chleba żytniego!
Czasami moja siostra Danusha próbowała mu powiedzieć, że je za dużo i powinien ograniczyć jedzenie.
Śmiał się i jadł dalej.
Kiedy wygłaszam w szkołach prelekcje o moich rodzicach i ich doświadczeniach wojennych, jednym z często zadawanych mi pytań jest to, czego te doświadczenia nauczyły moich rodziców. Wojna nauczyła ich wielu różnych rzeczy, ale odpowiedź, którą udzielam, a która najbardziej zaskakuje pytających, brzmi: życie w obozach nauczyło moich rodziców prostej rzeczy: trzeba jeść – kiedy się da i co się da.
Napisałem kilka wierszy o moich rodzicach i ich sposobie odżywiania. Niektóre z nich znajdują się w mojej książce o nich: „Tattered Tongues”. Pozwólcie więc, że zakończę wierszem o tym, co jadł mój ojciec, żeby przeżyć w Buchenwaldzie, stosując dietę około 600 kalorii dziennie.
Co jadł mój ojciec
Jadł to, czego nie mógł jeść,
to, czego jego matka uczyła go nie jeść:
brązową trawę, drobne wióry drewna, ziemię
pod jego szarymi, ciemnymi paznokciami.
Jadł liście z drzew. Jadł korę.
Jadł muchy, które dręczyły
muły pracujące w polu.
Jadł to, co zabiłoby człowieka
w normalnym toku życia:
skórzane guziki, czapki z materiału, wszystko
na tyle małe, żeby zmieściło mu się w ustach.
Jadł korzenie. Jadł gazety.
W swoim powolnym, niezdarnym głodzie,
robił to samo, co ptaki – dziobał
owies, kukurydzę lub jakiekolwiek nasiona
w suchych odchodach pozostawionych przez krowy.
A kiedy nie było nic do jedzenia,
szukał na ziemi kamyków,
a one rozrzedzały mu ślinę,
a on ją połykał.
I inni mężczyźni robili to samo.
Remember to Eat
When my mother was liberated from the German slave labor camp at the end of the war, she was 23 years old, 5’11” tall, and weighed 100 pounds. That’s right. 100 pounds. The average weight for American women of her age and height is about 170 pounds.
But my mother’s weight was nothing compared to my father’s weight.
After spending 4 years in Buchenwald concentration camp, my dad weighed 75 pounds.
When my mom first saw him standing in front of her at the gate of her slave camp, she said he looked like two shoelaces tied together.
Together, my parents weighed less than I do now and less than either my mom or my dad weighed at the end of their lives. In their 70s, my dad clocked in at 220 pounds and my mom at 240.
Why did they weigh so much?
One of the things that their lives in the concentration and slave labor camps taught them was to eat when they could and as much as they could.
When I was a kid living with my parents, my mother always made sure that there was plenty of food in the house even when she wasn’t there. She worked a 4 o’clock to midnight shift during the week, and she was afraid that my dad, my sister Danusha, and I wouldn’t have any food for dinner. So every Sunday afternoon, she would prepare food for the entire week. She would work up a pot of soup, boil potatoes, and fry up chicken, Polish sausage, and pork loin cutlets.
But that food sometimes just wasn’t enough for my dad. On work days, he would often wake up early in the morning and make breakfast for himself. He would slice up a Polish sausage and throw it into a pan with a half dozen eggs. He would fry it all up in the cast iron fry pan we brought from the Displaced Persons camp in Germany and eat the mess of eggs and sausage with 3 or 4 slices of Polish rye bread!
Sometimes, my sister Danusha would try to tell him he was eating too much and he needed to cut back.
He would laugh and keep eating.
When I give talks in schools about my parents and their experiences in the war, one of the questions I often get is what did my parents’ experiences teach them. The war taught them a lot of different things, but the answer I give that most surprises the people asking it is this: their lives in the camps taught my parents the simple fact that you need to eat when you can and what you can.
I’re written a number of poems about my mom and dad and their eating. Some of them are in my book about my parents, Tattered Tongues book. So let me end this with a poem about what my father ate to stay alive in Buchenwald on a diet of about 600 calories a day.
What My Father Ate
He ate what he couldn’t eat,
what his mother taught him not to:
brown grass, small chips of wood, the dirt
beneath his gray dark fingernails.
He ate the leaves off trees. He ate bark.
He ate the flies that tormented
the mules working in the fields.
He ate what would kill a man
in the normal course of his life:
leather buttons, cloth caps, anything
small enough to get into his mouth.
He ate roots. He ate newspapers.
In his slow clumsy hunger
he did what the birds did, picked
for oats or corn or any kind of seed
in the dry shit left by the cows.
And when there was nothing to eat
he’d search the ground for pebbles
and they would loosen his saliva
and he would swallow that.
And the other men did the same.
John Guzlowski
amerykański pisarz i poeta polskiego pochodzenia. Publikował w wielu pismach literackich, zarówno w USA, jak i za granicą, m.in. w „Writer’s Almanac”, „Akcent”, „Ontario Review” i „North American Review”. Jego wiersze i eseje opisujące przeżycia jego rodziców – robotników przymusowych w nazistowskich Niemczech oraz uchodźców wojennych, którzy emigrowali do Chicago – ukazały się we wspomnieniowym tomie pt. „Echoes of Tattered Tongues”. W 2017 roku książka ta zdobyła nagrodę poetycką im. Benjamina Franklina oraz nagrodę literacką Erica Hoffera za najbardziej prowokującą do myślenia książkę roku. Jest również autorem serii powieści kryminalnych o Hanku i Marvinie, których akcja toczy się w Chicago oraz powieści wojennej pt. „Retreat— A Love Story”. John Guzlowski jest emerytowanym profesorem Eastern Illinois University.
-
John Guzlowski's writing has been featured in Garrison Keillor’s Writer’s Almanac, Akcent, Ontario Review, North American Review, and other journals here and abroad. His poems and personal essays about his Polish parents’ experiences as slave laborers in Nazi Germany and refugees in Chicago appear in his memoir Echoes of Tattered Tongues. Echoes received the 2017 Benjamin Franklin Poetry Award and the Eric Hoffer Foundation's Montaigne Award for most thought-provoking book of the year. He is also the author of two Hank Purcell mysteries and the war novel Road of Bones. Guzlowski is a Professor Emeritus at Eastern Illinois University.








