Brama zarazy
Wszystko zaczęło się w portach nad Nilem, skąd Bizancjum sprowadzało zboże, by wyżywić miliony mieszkańców Konstantynopola. Statki, obładowane workami pszenicy, odbijały w stronę stolicy, lecz w ciemnych ładowniach czaił się śmiertelny balast. Szczury i pchły, niewidzialni pasażerowie, niosły ze sobą klątwę, której nikt nie potrafił zatrzymać.
Pierwsze niewytłumaczalne zgony odnotowano w Pelusium nad Morzem Śródziemnym. Ludzie umierali tam nagle, a lekarze, bezradni wobec nowej choroby, rozkładali ręce. Na ciałach zarażonych pojawiały się czarne, bolesne guzy, skóra siniała i czerniała, a ich domy wypełniał odór rozkładu. Jedni wierzyli, że to kara za grzechy Egiptu, inni – że pustynne demony wyszły, by upomnieć się o ludzkie dusze.
W Aleksandrii setkami padały szczury, a ich rozkładające się ciała zatruwały powietrze w zaułkach miasta. Ludzie umierali z dnia na dzień – ten, kto jeszcze rano spacerował po ulicach, wieczorem mógł kona
. Nikt jeszcze nie wiedział, że za nową plagą stoi niewidzialna bakteria Yersinia pestis, przenoszona przez pchły. Egipt – spichlerz cesarstwa – stał się bramą, przez którą zaraza wślizgnęła się do całego Bizancjum.
W 542 roku dżuma dotarła do Konstantynopola – najbogatszego miasta ówczesnego świata, błyszczącej perły Bizancjum. Według kronikarzy każdego dnia umierało tam nawet 10 tysięcy osób. Ulice, targi i place zamieniły się w cmentarze. Grabarze nie nadążali z pochówkami, więc ciała wrzucano do masowych dołów, a gdy zabrakło miejsca – piętrzono je w basztach i nadbrzeżnych wieżach. Dym płonących stosów zasnuwał niebo, a fetor rozkładu był tak nieznośny, że przechodnie mdleli na ulicach.
Prokopiusz z Cezarei pisał, że nie istniał dom, którego nie dotknęłaby zaraza. Śmierć przychodziła nagle: jednych znajdowano martwych w łóżkach, innych na progach domów, jeszcze innych przy stołach zastawionych niedokończonymi posiłkami. Strach ogarnął wszystkich – matki porzucały martwe dzieci, a bracia bali się zbliżyć do ciał swoich sióstr.
Zachorował również cesarz Justynian. Gdy leżał w pałacu drżący i siny, dwór przygotowywał się na jego pogrzeb. Cudem przeżył, lecz cesarstwo nigdy nie otrząsnęło się z tego ciosu – rana zadana przez zarazę okazała się zbyt głęboka, by kiedykolwiek móc się zagoić.
Twarze śmierci
Plaga przybierała różne oblicza. Najczęściej zaczynało się od gorączki i dreszczy, a wkrótce na ciele chorego wyrastały bolesne dymienice – czarne, nabrzmiałe guzy pod pachami, w pachwinach i na szyi. Pękały, roznosząc fetor gangreny, który zatruwał powietrze. Innych dopadała odmiana płucna – krwawy kaszel i śmierć w ciągu jednej doby. Byli też tacy, którzy popadali w delirium, widzieli demony i w szaleńczym obłędzie uciekali w mroczne zaułki, by umrzeć samotnie w cieniu murów i bram.
Justynian, który jeszcze niedawno śnił o odbudowie potęgi Rzymu i podboju Italii, musiał zmierzyć się z wizją końca świata. Skarbiec cesarski pustoszał – nie tylko z powodu trwających wojen, lecz również przez konieczność opłacania grabarzy i utrzymywania porządku w pogrążonej w chaosie stolicy. Ceny żywności rosły lawinowo, a głód uderzał równie mocno jak sama zaraza. Armia, dumna siła Bizancjum, rozpadała się – żołnierze dezerterowali, a ci, którzy zostawali na polach bitew, padali szybciej od dżumy niż od wrogich mieczy.
Legenda głosi, że Justynian, wychudzony po chorobie, nocami błąkał się po wnętrzu Hagii Sophii, błagając Boga o ratunek. Miał widzieć Archanioła Michała górującego nad miastem z płonącym mieczem – gotowego wydać ostateczny wyrok nad Konstantynopolem.
Groby w podwórkach
Ulice Konstantynopola rozbrzmiewały błagalnymi procesjami. Ludzie nieśli krzyże i relikwie, śpiewali psalmy, biczowali się publicznie, ufając, że ofiara i cierpienie odwrócą gniew Boga. Wierzono, że zaraza uderza tylko w grzeszników – wielu więc oddawało majątki Kościołowi, szukając w ten sposób ocalenia. Świątynie pękały w szwach od tłumów proszących o cud, lecz i tam dopadała ich śmierć – epidemia nie oszczędzała nawet domów modlitwy, a na posadzkach bazylik zalegały trupy wiernych.
Strach rozprzestrzeniał się szybciej niż sama choroba. Ludzie unikali uścisków, podawania rąk, a nawet spojrzeń. Zakrywali twarze welonami, okrywali się ciężkimi szatami, nosili przy sobie wonne zioła, czosnek i amulety mające chronić przed „oddechem śmierci”. Miasto cichło: warsztaty zamykano, porty pustoszały, targi milkły. Bezpańskie psy i koty błąkały się po opustoszałych ulicach, wyjąc nocami niczym dusze tych, którzy odeszli.
Handel zamarł, gospodarka pogrążyła się w paraliżu, a ludzie umierali nie tylko od zarazy, lecz także z głodu. Śmierć utraciła dawną intymność. Pogrzeby stały się zbiorowe i pośpieszne. Kapłani odmawiali krótką modlitwę nad setkami ciał, często nie znając nawet imion tych, których żegnali. Niektórzy chowali bliskich na własnych podwórkach, przysypując wapnem i przykrywając deskami.
Zaraza, obok realnego cierpienia, rodziła też mroczne opowieści. Po ulicach Konstantynopola miał ponoć krążyć nocami pies o płonących oczach. Każdego, kogo obszczekał, śmierć zabierała już następnego dnia. Inni wierzyli, że do miasta zstępowali aniołowie i spisywali imiona na zwojach –ten, kto znalazł się na liście, w ciągu kilku dni znikał ze świata żywych.
Mówiono również o grabarzach, którzy, zmuszeni do opróżniania domów ze zwłok, zaczęli przy okazji okradać zmarłych. Wieść o tym miała dotrzeć do samego cesarza. Justynian, świadom dramatycznej sytuacji, rozkazał podobno, by pierścienie i kosztowności zdejmowane z martwych palców trafiały nie w ręce rabusiów, lecz do państwowego skarbca – na opłacenie kolejnych pochówków. W czasach zarazy śmierć i chciwość splatały się nierozerwalnie, tworząc groteskowy cień nad całym imperium.
Pyrrusowe zwycięstwo
Umierała także armia Bizancjum. Obóz wojskowy, przepełniony i brudny, stawał się dla zarazy idealnym siedliskiem. Kampanie przerywano, morale rozsypywało się w proch.
Wojna z Ostrogotami we Włoszech, początkowo pełna triumfów, powoli zmieniła się w koszmar. Toczone bitwy przeplatały się z falami epidemii. W Italii mawiano, że śmierć przychodziła tam dwiema drogami – mieczem albo przez czarne guzy wyrastające na ciele. Zdobycie Rzymu okazało się pyrrusowym zwycięstwem: miasto wyludnione i zrujnowane nie przypominało już dawnej stolicy świata.
Na wschodzie Bizancjum zmagało się z Persją Sasanidów, lecz i tam zaraza dziesiątkowała żołnierzy. Oblężenia kończyły się nie rozstrzygającą bitwą, lecz epidemią. W jednym z miast nad Eufratem Persowie mieli porzucić oblężenie, gdy w ciągu kilku dni w ich obozie padły tysiące wojowników. Wojna nie miała zwycięzców – triumfowała jedynie śmierć.
Fale zarazy
Zaraza nie zatrzymała się w Konstantynopolu. Statki z kupcami i uchodźcami roznosiły ją dalej – do Italii, Hiszpanii i Galii, aż po samą Brytanię. W wielu miastach liczba mieszkańców spadła o połowę. W kronikach Galii wspominano o wsiach, w których nikt nie ocalał. Na Sycylii psy błąkały się samotnie po pustych ulicach, wyjąc do księżyca niczym strażnicy królestwa zmarłych.
Epidemia powracała przez dwa kolejne stulecia. Za każdym razem, gdy cesarstwo próbowało się podnieść, nowa fala pustoszyła miasta i wsie. Historycy szacują, że łącznie mogło wówczas umrzeć od 25 do 50 milionów ludzi – niemal połowa całej populacji ówczesnego świata śródziemnomorskiego.
Dżuma zamieniła codzienność zwykłych ludzi w nieustanny koszmar. W Konstantynopolu i na prowincji domy stawały się trumnami. W kilka dni wymierały całe rodziny, a sąsiedzi, sparaliżowani strachem, nie odważali się wejść do środka. Prokopiusz zanotował, że zwłoki leżały w domach całymi dniami, zanim ktoś zebrał się na odwagę, by je usunąć. Ci, którzy się doczekali pochówku, spoczywali w masowych dołach. Inni gnili w zapomnieniu, bez modlitwy i grobu.
Upadek złudzeń
Plaga Justyniana zniszczyła wielką wizję cesarza i złamała kręgosłup starożytnego świata. Bizancjum nigdy już nie odzyskało dawnej potęgi. Zamiast odrodzić się i wchłonąć zachodnie prowincje, zostało wyludnione i osłabione. Puste pola, brak podatników, głód i chaos uczyniły je łatwiejszym celem dla przyszłych najeźdźców.
Kościół wyszedł z tej próby umocniony, dając ludziom pocieszenie tam, gdzie medycyna zawiodła. Apokaliptyczne wizje zaczęły przenikać do teologii i literatury, a zaraza stała się symbolem gniewu Bożego i kruchości życia. Osłabienie Bizancjum i Persji otworzyło zaś drogę islamowi – gdy w VII wieku muzułmańskie armie ruszyły na podbój, napotkały Europę wyczerpaną i bezsilną.
Zaraza zmieniła także ludzką mentalność. Życie skróciło się, przyszłość przestała być pewna. Jedni szukali ratunku w religii, inni popadali w rozpacz, jeszcze inni – w hedonizm. Na ucztach pito i bawiono się hucznie, wiedząc, że kolejny dzień może nie nadejść. „Carpe diem” nabrało wówczas nowego, mrocznego znaczenia.
Plaga ta nie była jedynie historią bakterii, lecz dramatem upadku złudzeń o potędze imperiów. To los tysięcy anonimowych ofiar, których imiona przepadły w ciszy masowych grobów. To pierwsze w dziejach spotkanie ludzkości z globalną zagładą – rana, która nie zagoiła się przez stulecia i której echo powróciło w czasach Czarnej Śmierci.
Monika Pawlak








