Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
piątek, 10 kwietnia 2026 13:15
Reklama KD Market

Granica jednej atmosfery

Morze Północne. Platforma wiertnicza Byford Dolphin kołysze się na lodowatych falach, 100 metrów nad złożem gazu Frigg. Jest 5 listopada 1983 roku, godzina 4.00 nad ranem. W komorze dekompresyjnej czterech nurków głębinowych kończy swoją zmianę. Za chwilę będą mogli wyjść, zjeść ciepły posiłek i odpocząć. Ktoś popełnia jednak błąd. W następnej sekundzie mężczyźni giną w makabryczny sposób. Ich ciała eksplodują od środka, a jeden zostaje wessany przez otwór o średnicy 60 centymetrów.
Granica jednej atmosfery
Platforma wiertnicza Byford Dolphin

Autor: Wikipedia

Nurkowanie głębinowe na platformach wiertniczych to jedna z najbardziej niebezpiecznych prac na świecie. Ludzi, którzy ją wykonują, nazywa się „nurkami nasycenia”. Aby przeżyć setki metrów pod wodą, gdzie ciśnienie jest kilkadziesiąt razy większe niż na powierzchni, ich ciała muszą się do niego przystosować – „nasycić”.

Proces ten trwa tygodniami. Nurkowie są w tym czasie zamknięci w specjalnych komorach dekompresyjnych. Pracują, jedzą i śpią w tym samym pomieszczeniu, przez cały czas pod wysokim ciśnieniem.

 

Presja i zmęczenie

Na platformie Byford Dolphin system dekompresyjny składał się z dwóch głównych komór połączonych tunelem. Ciśnienie w środku utrzymywano na poziomie dziewięciu atmosfer – takim samym jak na głębokości 90 metrów pod wodą.

5 listopada czterech nurków – dwóch Brytyjczyków, Edwin Coward i Roy Lucas, oraz dwóch Norwegów, Bjorn Bergersen i Truls Hellevik – kończyło swoją zmianę. Byli zmęczeni. W ciągu ostatnich trzech miesięcy pracowali ponad normę. Jedna trzecia ich zmian przekraczała limit ośmiu godzin, a niektóre trwały znacznie dłużej. Taka była rzeczywistość pracy na platformie: ciągła presja, by wydobywać więcej ropy.

Tego dnia Bergersen i Hellevik w lodowatej wodzie Morza Północnego, w ciemności przerywanej tylko światłami lamp, sprawdzali rurociągi, dokręcali zawory i naprawiali uszkodzenia. Gdy skończyli, wrócili do dzwonu nurkowego – metalowej kapsuły, która spuszczała ich z platformy w głębiny oceanu.

Dzwon został powoli podciągnięty z powrotem na platformę i połączony z tunelem prowadzącym do komór dekompresyjnych. Bergersen i Hellevik zostawili swój mokry sprzęt w tunelu i przecisnęli się przez wąski otwór do komory numer 1. Tam czekali na nich Coward i Lucas, odpoczywający po wcześniejszej zmianie.

Teraz wszyscy czterej byli razem. Gotowi rozpocząć powolną dekompresję. Nie mogli po prostu wyjść na powierzchnię. Aby wypuścić nurków z komory, ciśnienie musi być bardzo powoli obniżane. Zbyt szybka dekompresja wywołuje chorobę dekompresyjną, która może sparaliżować lub zabić.

 

Fatalny błąd

Tej nocy przy systemie dekompresyjnym pracowali William Crammond i Martin Saunders. Pierwszy obsługiwał zawór komory, drugi znajdował się przy klapie wejściowej. Przygotowywali się do wypuszczenia nurków i odłączenia dzwonu nurkowego. Była to rutynowa procedura wykonywana wcześniej dziesiątki razy.

O 4.00 nad ranem dostali sygnał, że mogą rozpocząć procedurę. Crammond miał najpierw zamknąć zawór łączący dzwon z tunelem, a dopiero potem Saunders miał otworzyć klapę.

Crammond popełnił jednak błąd. Otworzył zawór, zamiast go zamknąć.

W ułamku sekundy ciśnienie w komorze spadło z dziewięciu atmosfer do jednej. Zmiana była brutalna. Gdy ciśnienie spada tak gwałtownie, gazy rozpuszczone w tkankach rozszerzają się błyskawicznie. Azot we krwi nurków zamienił się w pęcherzyki, które rozerwały naczynia krwionośne, organy wewnętrzne i tkanki.

Truls Hellevik znajdował się najbliżej wyjścia, przy drzwiach między komorą a tunelem. Został wessany przez otwór klapy o średnicy zaledwie 60 centymetrów.

To, co się z nim stało, było niewyobrażalne. W raporcie patologicznym zapisano: „Został rozczłonkowany i rozproszony. Klatka piersiowa i brzuch były otwarte. Wszystkie organy wewnętrzne wypadły lub zostały rozerwane. Kręgosłup był złamany w wielu miejscach. Kończyny oderwane od tułowia”.

Części jego ciała znaleziono rozrzucone po platformie. Tułów wisiał na zewnętrznej ścianie komory, głowa leżała dziesięć metrów dalej. Śmierć była natychmiastowa – szybsza niż reakcja neuronów w mózgu.

Edwin Coward, Roy Lucas i Bjorn Bergersen zginęli w komorze. Ich ciała nie zostały wessane przez otwór, lecz skutki dekompresji były równie makabryczne. Zmarli natychmiast z powodu gwałtownej rozedmy gazowej. Krew w ich naczyniach zamieniła się w pianę, płuca i serca pękły, a mózgi spuchły, rozrywając czaszki.

Williama Crammonda w chwili dekompresji uderzyła fala ciśnienia i fragmenty ciała Hellevika wyrzucone z komory. Zginął na miejscu od urazów głowy.

Martin Saunders przeżył, ale doznał ciężkich obrażeń. Jedyny ocalały nigdy nie chciał mówić o tym, co zobaczył tamtej nocy. Odmówił wywiadów i unikał tematu. Podobno do końca życia nie mógł spać bez zapalonego światła.

Fotografie ze sceny wypadku były tak makabryczne, że do dziś uchodzą za jedne z najbardziej przerażających w historii wypadków przemysłowych.

 

Nawiedzona platforma

Norweska komisja badająca wypadek uznała w 1984 roku, że tragedia była wynikiem błędu ludzkiego. Crammond otworzył niewłaściwy zawór.

Jednocześnie wskazano na poważne problemy systemowe. Zawory nie były odpowiednio oznaczone, a personel pracował w trudnych warunkach, pod presją czasu i po długich zmianach.

Po wypadku wprowadzono rygorystyczne procedury bezpieczeństwa i dodatkowe zabezpieczenia, które uniemożliwiały otwarcie zaworów w niewłaściwej kolejności.

Platforma Byford Dolphin, należąca do norweskiej firmy Dolphin Drilling, działała jeszcze przez kolejne dziesięciolecia. Wśród pracowników krążyły jednak opowieści, że jest nawiedzona. Podobno nocą słychać było kroki w jej korytarzach, a nurków prześladowały koszmary o eksplodujących ciałach. Platformę ostatecznie zamknięto w 2019 roku.

Edwin Coward miał 35 lat i zostawił żonę oraz dwoje dzieci. Roy Lucas miał 38 lat i był zaręczony. Bjorn Bergersen miał 29 lat – jego żona była w ciąży. Truls Hellevik miał 34 lata i właśnie kupił dom. William Crammond miał 32 lata i niedawno się ożenił.

Nie mieli żadnych szans.

Ich tragedia do dziś jest omawiana podczas szkoleń nurków głębinowych na całym świecie – jako przestroga i brutalna lekcja tego, jak cienka jest granica między rutyną a katastrofą.

Joanna Tomaszewska


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama