Jego polonez z filmu Andrzeja Wajdy „Pan Tadeusz” od ponad kilkunastu lat rozbrzmiewa na niemal wszystkich polskich studniówkach. To jemu Francis Ford Coppola zlecił muzykę do „Draculi”, a Roman Polański do „Pianisty”. Kompozytor odmówił jednak Peterowi Jacksonowi napisania muzyki do trylogii „Władca pierścieni”. Uznał, że czas wyznaczony przez produkcję na przygotowanie ścieżki dźwiękowej jest zbyt krótki, a on sam – zbyt leniwy, by pracować pod presją czasu.
Lwowskie dzieciństwo
Jego ojciec, Jan Franciszek, był cenionym we Lwowie ginekologiem, który w 1929 roku ożenił się z młodszą o 15 lat Neonillą Batikówną, absolwentką Seminarium Nauczycielskiego i absolwentką szkółki aktorskiej Wandy Siemaszkowej. Trzy lata później przyszedł na świat ich jedyny syn, Wojciech. Małżeństwo rodziców kompozytora nie było jednak udane. Ojciec miał skłonność do romansów, a matka często wyjeżdżała w trasę ze spektaklami. Neonilla wywarła ogromny wpływ na syna. Jej marzeniem było, by został artystą. Od dziecka Wojciech brał więc lekcje gry na fortepianie.
Rodzina Kilarów mieszkała w samym centrum Lwowa, gdzie mieściły się dwa popularne kina: „Grażyna” i „Roxy”. Mały Wojtek godzinami w nich przesiadywał, wielokrotnie oglądając disneyowską „Królewnę Śnieżkę i siedmiu krasnoludków” czy „Dzisiejsze czasy” Charliego Chaplina. To wtedy narodziła się w nim pasja do filmu.
W rodzinnym mieście kompozytor przeżył dwie okupacje – radziecką i niemiecką. Gdy w 1944 Armia Czerwona podchodziła pod Lwów, Jan Franciszek zdecydował, że cała rodzina wyjedzie do Krosna. Potem mieszkali krótko w Rzeszowie. Ostatecznie osiedlili się w Zabrzu.
Początki komponowania
Po wojnie rodzice kompozytora podjęli decyzję o separacji. 11-letni Wojtek został z matką, która przeprowadziła się do Katowic. Już wtedy związana była z młodszym o dwa lata Antonim Edmundem Graziadim, kompozytorem piosenek, twórcą oprawy muzycznej spektakli teatralnych a także dyrektorem administracyjnym teatru Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie. Wkrótce Graziadi dołączył do ukochanej i jej syna. Ślub wzięli w 1951 roku, po tragicznej samobójczej śmierci ojca kompozytora, Jana Franciszka Kilara.
Ojczym stał się dla Wojciech pierwszym autorytetem muzycznym. Tworzenie muzyki znacznie bardziej przypadło chłopcu do serca niż ślęczenie nad fortepianem. Poza tym okazało się, że ma do tego dryg. Debiutował jako 15-latek w konkursie Młodych Talentów, podczas którego zagrał własną kompozycję zatytułowaną „Dwie miniatury dziecięce”. Zajął drugie miejsce. Był już wtedy uczniem Państwowego Liceum Muzycznego w Krakowie. Szkołę średnią ukończył w jednak w Katowicach i tam też w 1950 roku rozpoczął studia w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej. Szkołę tę ukończył z wyróżnieniem pięć lat później.
W tym samym roku, na Konkursie Utworów Symfonicznych V Festiwalu Młodzieży w Warszawie, otrzymał ponownie drugą nagrodę za „Małą uwerturę”. Jeszcze w trakcie studiów, dzięki uzyskaniu stypendium rządu francuskiego, kształcił się w Paryżu pod kierunkiem Nadii Boulanger.
Leń
Jak sam często podkreślał, został kompozytorem, bo był z natury leniwy. Zamiast godzinami ćwiczyć na fortepianie, wolał po prostu żyć. W jednym z wywiadów powiedział z rozbrajającą szczerością: „Grać trzeba ciągle, minimum te cztery godziny dziennie, a życie jest tak wspaniałe, jest tyle cudownych rzeczy do zrobienia, jak chodzenie po parku, rozmowa z żoną, zabawa, czytanie książek. Jestem domatorem, a tu trzeba się ubrać wieczorem w białą koszulę i iść na ten koncert. Ja wieczorem leżę na kanapie, oglądam telewizję, czytam książkę, rozmawiam z żoną, palę papierosy, nudzę się...”.
Już w latach 60., na początku swojej drogi kompozytorskiej, Kilar uchodził za czołowego przedstawiciela polskiej szkoły awangardowej, współtworząc wraz z Krzysztofem Pendereckim i Henrykiem Góreckim kierunek nazwany sonoryzmem, tożsamy z „polską szkołą kompozytorską”.
Choć w jego twórczości nie brakuje muzyki klasycznej czy religijnej, nazwisko Kilar kojarzone jest głównie z muzyką filmową. Pierwszy film, do którego napisał muzykę, opowiadał o górach. Był to krótki metraż Natalii Brzozowskiej zatytułowany „Narciarze” z 1958 roku. „Świat filmu mnie zafascynował. My, muzycy, żyjemy w izolacji, a tu się spotkałem z przemysłem” – wspominał po latach kompozytor.
W drodze do Hollywood
Tworzył dla największych polskich reżyserów: Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Zanussiego, Kazimierza Kutza, Tadeusza Konwickiego, Krzysztofa Kieślowskiego, Romana Polańskiego. Ma też na koncie muzykę do „Rejsu” Marka Piwowskiego czy „Samych swoich” Sylwestra Chęcińskiego. Stworzył znaną z czołówki każdego odcinka „Przygód Pana Michała” słynną balladę „W stepie szerokim (Pieśń o małym rycerzu)”, śpiewaną przez Leszka Herdegena.
Nic dziwnego, że szybko upomniał się o niego Hollywood. Na początku lat 90. do Kilara zgłosił się Francis Ford Coppola i zlecił mu napisanie muzyki do „Drakuli”. Ten wielki film z Garym Oldmanem, Anothonym Hopkinsem, Keanu Reevesem i Winoną Ryder odniósł ogromny sukces na całym świecie. Ścieżka dźwiękowa do „Draculi” była nie tylko niezwykle piękna, ale też mroczna, posępna, dramatyczna i miała w sobie ducha polskości. Pierwszoplanową rolę odgrywały smyczki, instrumenty dęte, kotły i przeszywające uszy chóry. Kilar otrzymał za swoją pracę Nagrodę Amerykańskiego Stowarzyszenia Kompozytorów, Autorów i Producentów „ASCAP Award 1992”.
W wywiadach artysta cieszył się, ale i dziwił, że tak wielki reżyser, którego od czasu „Ojca chrzestnego” był wielkim fanem, dał mu całkowitą swobodę twórczą i nie wtrącał się w nagrania. No i dał mu czas, którego nie dostał od Petera Jacksona. Kiedy Kilarowi zaproponowano stworzenie muzyki do trylogii „Władca pierścieni”, kompozytor, widząc ogrom pracy, jaki wiąże się z taką produkcją, zaproponował, że stworzy oprawę tylko do pierwszego filmu. Niestety, to było absolutnie nie do przyjęcia dla producentów.
Grywany był w kraju i za granicą. Kilar był pierwszym polskim kompozytorem, którego utwór, jazzujący „Riff 62”, wykonała Filharmonia Nowojorska. On sam pytany o swój najważniejszy utwór, wskazywał jednak na „Krzesanego”. Pracę nad tym muzycznym poematem skończył 14 lipca 1974 roku, w rocznicę zburzenia Bastylii. „Mówię zawsze, że to było moje zburzenie awangardowej Bastylii. Niektórzy uważają, że to granica w naszej muzyce między nowoczesnością a postnowoczesnością. W tym sensie to dla mnie utwór ważny, na pewno najbardziej znany” – mówił w jednym z wywiadów.
Ukochana Basieńka
W świecie, w którym artyści często żyją na pokaz, Wojciech Kilar pozostawał eleganckim wyjątkiem. Stronił od skandali, nie zabiegał o uwagę mediów, a jego życie prywatne było dostępne tylko dla najbliższych. W centrum tej intymnej przestrzeni znajdowała się jego żona, pianistka Barbara Pomianowska, z którą spędził ponad czterdzieści lat. Poznali się w szkole. Była to miłość od pierwszego wejrzenia. „Pędząc na swoje zajęcia, zobaczył na schodach dawną profesorkę, Władysławę Markiewiczównę. Schodziła na parter w towarzystwie młodej dziewczyny, z którą prowadziła ożywiony dialog. Była ona wysoka, ciemnowłosa i niewiarygodnie zgrabna. Regularne rysy twarzy, łagodne spojrzenie, klasa. Nazywała się Barbara Pomianowska i miała osiemnaście lat” – tak opisuje ten moment Maria Wilczek-Krupa w książce „Kilar – geniusz o dwóch twarzach”.
To właśnie Basieńka, jak wspominali przyjaciele artysty, była jego ostoją, przewodnikiem i duchowym kompasem. Kilar sam mówił: „Trzy najważniejsze rzeczy w moim życiu to: żona, góry i koty”. Ich związek przetrwał jego chorobę alkoholową i częste wyjazdy do Ameryki.
Po śmierci ukochanej żony w listopadzie 2007 roku świat Wojciecha Kilara wyraźnie się skurczył. W ostatnich latach życia kompozytor sam zmagał się z nowotworem mózgu. Diagnoza przyszła późno, a on nie uczynił z choroby tematu do publicznych zwierzeń. Zmarł 29 grudnia 2013 roku w Katowicach. Miał 81 lat. Odszedł cicho, tak jak żył. Bez zbędnych gestów i dramaturgii. Pozostawił po sobie muzykę, a przecież zawsze powtarzał: „Muzyka jest ważniejsza niż ja”.
Małgorzata Matuszewska








