Wniesiona w piątek apelacja dotyczy wyroku federalnego Sądu ds. Handlu Międzynarodowego (CIT) w Nowym Jorku. Sąd uznał, że 10-procentowe cła - wprowadzone przez prezydenta Trumpa tuż po unieważnieniu większości poprzednich ceł przez Sąd Najwyższy - zostały wprowadzone niezgodnie z prawem. Opierały się one na zapisach ustawy handlowej z 1974 r., która umożliwia nałożenie tymczasowych ceł globalnych w wysokości do 15 proc. w razie kryzysu „bilansu płatniczego”.
Sprawa obracała się głównie wokół znaczenia tego terminu. Sąd uznał, że deficyt płatniczy w znaczeniu, który mieli na myśli twórcy ustawy, dziś nie ma zastosowania i nie ma on związku z deficytem handlowego, na czym opierała się argumentacja administracji Trumpa.
Przedstawiciel USA ds. handlu Jamieson Greer wyraził w piątek pewność w wywiadzie w telewizji Fox Business, że apelacja się powiedzie, bo jego zdaniem wyrok sądu oznaczałby, iż przepisów nigdy nie można by użyć. Zarzucił też sędziom, że „najwyraźniej uwzięli się, by kontynuować import z Chin”.
Czwartkowy wyrok ma natychmiastowe zastosowanie tylko dla firm oraz stanu Waszyngton, które wniosły pozew. W przypadku ostatecznego sukcesu podobne pozwy mogą złożyć inni importerzy.
Autorzy skargi twierdzili, że Trump, wprowadzając cła w lutym br., starał się obejść ogłoszone trzy dni wcześniej orzeczenie Sądu Najwyższego, który zniósł większość wcześniej nałożonych przez prezydenta ceł, w tym obowiązujące globalnie 10 proc. cła minimalne na większość towarów. Sąd Najwyższy uznał wówczas, że ustawa sankcyjna IEEPA, na którą powoływał się Trump, nie pozwala prezydentowi na jednostronne nakładanie ceł.
Skutek czwartkowego orzeczenia może być ograniczony. Cła przywrócić może sąd apelacyjny, a taryfy i tak wygasają w lipcu. Wtedy też spodziewane jest wprowadzenie nowych ceł, już na bardziej ugruntowanej podstawie prawnej, mającej umocowanie w postępowaniach dotyczących nieuczciwych praktyk handlowych, m.in. ze strony Chin i Unii Europejskiej.
Z Waszyngtonu Oskar Górzyński (PAP)









