Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reklama KD Market

Nazistowski kat bez skruchy

Erich von dem Bach-Zelewski to jedna z najbardziej mrocznych i złożonych postaci w hierarchii SS i człowiek, którego nazwisko stało się synonimem bezwzględności, brutalnego tłumienia powstań oraz niezwykłej zdolności do powojennej manipulacji własnym życiorysem. Jako wysoki funkcjonariusz aparatu bezpieczeństwa III Rzeszy odegrał kluczową rolę w realizacji polityki eksterminacyjnej na Wschodzie, a dla Polaków zapisał się przede wszystkim jako kat powstania warszawskiego.
Nazistowski kat bez skruchy
W Mińsku, 1943

Autor: Wikipedia

Urodził się w 1899 roku w Lęborku jako Erich Julius Eberhard von Zelewski. Pochodził z rodziny o korzeniach kaszubskich, co w późniejszych latach stało się dla niego źródłem kompleksów i determinacji, by udowodnić swoją „czystość rasową” i oddanie ideologii narodowosocjalistycznej. W 1940 roku oficjalnie zmienił nazwisko na von dem Bach-Zelewski, a później po prostu von dem Bach, starając się zatrzeć słowiańsko brzmiące powiązania.

 

Organizator masowych zbrodni

Jego kariera wojskowa zaczęła się wcześnie – jako ochotnik walczył w I wojnie światowej, zdobywając Krzyż Żelazny. Po demobilizacji nie potrafił odnaleźć się w cywilu. Działał w Grenzschutzu i Freikorpsach, zwalczając polskie powstania narodowe na Śląsku i w Wielkopolsce. Do NSDAP i SS wstąpił na początku lat trzydziestych, szybko pnąc się po szczeblach kariery dzięki bezwzględności i talentom organizacyjnym. Cieszył się zaufaniem Heinricha Himmlera, który widział w nim idealnego wykonawcę zadań specjalnych.

Po ataku III Rzeszy na ZSRR w 1941 roku von dem Bach został mianowany wyższym dowódcą SS i policji w sektorze „Rosja-Środek”. To właśnie tam objawił się jego prawdziwy charakter jako organizatora masowych zbrodni. Podległe mu jednostki, w tym niesławne Einsatzgruppen, przeprowadzały systematyczne egzekucje ludności żydowskiej oraz domniemanych partyzantów.

Von dem Bach nie był jedynie biurokratą podpisującym wyroki – często osobiście wizytował miejsca egzekucji. Co ciekawe, historycy odnotowują, że ta brutalność odbiła się na jego zdrowiu psychicznym. W 1942 roku trafił do szpitala z objawami załamania nerwowego i halucynacji związanych z masowymi rozstrzeliwaniami. Mimo to po rekonwalescencji powrócił do służby jeszcze bardziej zdeterminowany. 

W 1943 roku objął stanowisko dowódcy ds. zwalczania partyzantki (Chef der Bandenkampfverbände), co w praktyce oznaczało wolną rękę w stosowaniu taktyki spalonej ziemi i pacyfikacji całych regionów Białorusi i Ukrainy.

Najbardziej ponurą kartę swojej biografii von dem Bach zapisał w sierpniu 1944 roku. Po wybuchu powstania warszawskiego Hitler i Himmler wyznaczyli go na dowódcę sił mających stłumić polski zryw. Bach przybył do Warszawy w momencie, gdy oddziały Dirlewangera i Kamińskiego dokonywały rzezi mieszkańców Woli.

Jako sprawny taktyk i cyniczny polityk Bach zmodyfikował nieco pierwotny rozkaz Hitlera dotyczący całkowitej eksterminacji ludności. Zrozumiał, że masowe mordy spowalniają tempo operacji wojskowych i demoralizują jego własne oddziały. Nakazał wstrzymanie rzezi cywilów na masową skalę, nie z litości, lecz z pragmatyzmu – chciał zmusić powstańców do kapitulacji poprzez odcięcie ich od zaplecza. Jednocześnie to on ponosi pełną odpowiedzialność za systematyczne niszczenie miasta i śmierć blisko 200 tysięcy cywilów.

 

Świadek oskarżenia

Po zakończeniu wojny von dem Bach-Zelewski wykazał się niebywałym instynktem przetrwania. Aresztowany przez Amerykanów, natychmiast zaproponował współpracę. Podczas procesów norymberskich wystąpił w roli świadka oskarżenia, obciążając swoich dawnych przełożonych, w tym Hermanna Göringa. Zeznania Zelewskiego wzbudziły niemałą sensację i nerwowość kolegów z partii nazistowskiej i SS. Doprowadziły do szału szczególnie Göringa, który rzucał obelgami w stronę świadka, co opisywały niemieckie i zagraniczne gazety. Bach w czasie procesu umiejętnie wybielał własną osobę, kreując się na żołnierza wykonującego rozkazy, który rzekomo starał się łagodzić okrucieństwa.

Dzięki tej współpracy uniknął ekstradycji do Polski, gdzie bez wątpienia czekałaby go szubienica. Amerykanie pozwolili jedynie na przesłuchanie go przez polskiego prokuratora Jerzego Sawickiego. 

W 1949 roku zbrodniarz Erich von dem Bach-Zelewski został zwolniony z aresztu. Ostatecznie, w 1951 roku, Izba Denazyfikacyjna skazała go na dziesięć lat pozbawienia wolności oraz pobyt w obozie pracy – ale nie za niezliczone zbrodnie wojenne, lecz za udział w mordach na politycznych przeciwnikach nazistów w latach trzydziestych. Co więcej, zaliczono mu pięć lat spędzonych wcześniej w więzieniach. Pozostałej części kary jednak nie odbył, ponieważ… po prostu nie zgłosił się do zakładu karnego. Jak sam cynicznie stwierdził: „Niech po mnie przyjdą, nie myślę sam się zgłaszać”.

 

Sprawiedliwość po czasie

Przez kolejne lata były SS-man żył w RFN względnie spokojnie, pracując jako stróż nocny. W latach 1951-1958 mieszkał bez większych przeszkód, większość tego czasu spędzając we wsi Eckersmühlen, położonej niespełna czterdzieści kilometrów od Norymbergi. Sprawiedliwość upomniała się o niego dopiero w latach sześćdziesiątych – i to paradoksalnie nie za zbrodnie popełnione na Wschodzie czy podczas tłumienia powstania warszawskiego.

W 1961 roku von dem Bach został aresztowany i skazany na cztery i pół roku więzienia za udział w tzw. nocy długich noży z 1934 roku. Rok później usłyszał wyrok dożywotniego więzienia za zamordowanie sześciu niemieckich komunistów na początku lat trzydziestych. Zmarł w 1972 roku w szpitalu więziennym w Monachium. Do końca życia nie wyraził skruchy za śmierć setek tysięcy ludzi w Polsce i ZSRR.

Pozostaje postacią emblematyczną dla systemu narodowosocjalistycznego – człowiekiem inteligentnym, sprawnym organizacyjnie i obdarzonym znacznymi zdolnościami, które w całości oddał na służbę zbrodniczej ideologii, a po jej upadku wykorzystał do cynicznej walki o własne ocalenie.

Andrzej Malak


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama