Całe swoje życie poświęciła sztuce. Początkowo malarstwu, potem animacji, aż wreszcie X muzie. Mówi się, że Kobiela nie robi filmów, lecz komponuje światy – warstwa po warstwie. W czasach kina projektowanego pod algorytmy i trzysekundową uwagę widza sprawiła, że animacja wróciła na czerwone dywany światowego kina.
Dziołszka z Bytomia
Jest rodowitą Ślązaczką, urodzoną w październiku 1978 roku w Bytomiu. Jej dziadkowie ze strony matki byli repatriantami z Kresów Wschodnich. Od dwóch pokoleń wszyscy w rodzinie byli lekarzami, ale ona od dziecka przejawiała zainteresowanie sztuką. Kiedy rodzice wyjechali do pracy do Austrii, Dorota zamieszkała z babcią od strony mamy w mieszkaniu przy ulicy Oświęcimskiej. Tam Kobiela zaznała prawdziwie beztroskiego dzieciństwa. I wolności w wyrażaniu siebie, z której nigdy nie zrezygnowała.
„Babcia była dla mnie cudowna, ale też miałam swój świat, swoje zabawy. Oczywiście było tam niesamowite podwórko, bo śląskie podwórka otoczone czerwoną cegłą są niesamowite. Myśmy siedzieli na tym podwórku z innymi dziećmi. (…) To mieszkanie miało wysoki sufit, było tam dużo przestrzeni. (…) Pamiętam też piece kaflowe, chodziłam z babcią po węgiel do piwnicy. Bo to oczywiście były takie czasy, że kobiety zajmowały się wszystkim w domu, a dziadek po pracy musiał odpocząć, położyć nogi na krześle, włączyć telewizor” – wspominała w wywiadzie dla portalu Ślązag.pl.
Beztroska skończyła się, kiedy rodzice wrócili do Polski i Dorota ponownie zamieszkała razem z nimi. Ojciec cały czas pracował, a matka była zajęta nowo narodzoną córką, która zabierała jej całą uwagę. Piętnastoletnia wówczas przyszła reżyserka postanowiła więc wyprowadzić się do… Warszawy. W stolicy znalazła bowiem Liceum Plastyczne, które miało kierunek wystawiennictwo i projektowanie graficzne, jakich w katowickich liceach plastycznych nie było. W tajemnicy przed rodzicami pojechała do Warszawy na egzaminy, które zdała, i została przyjęta. Matka była przeciwna przeprowadzce, ale ojciec stanął za córką. Był dumny, że walczy o ważne dla siebie sprawy.
Z malarstwa do filmu
Warszawa była też dla Kobieli szkołą samodzielności i dojrzewania. Jeszcze w liceum chodziła na zajęcia do kina studyjnego, gdzie cała jej klasa oglądała i dyskutowała o filmach światowych reżyserów, jak Bergman czy Tarkowski. Lubiła to. Bliska była jej też fotografia. Z czasem uświadomiła sobie, że najbliżej jest jej do opowiadania historii niż do czystej ekspresji artystycznej w postaci sztuki, malarstwa czy rzeźby. Kiedy jednak stanęła przed wyborem kierunku studiów – poszła na grafikę do warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. „Bo ja zawsze tak z rozsądku wszystko robię. Wiedziałam, że się dostanę na wysokiej pozycji, że to najlepszy kierunek i że tam się najszybciej rozwinę. Wybrałam więc praktycznie. Pomyślałam, że nie będę zdawać na reżyserię, bo przecież tam mało kto się dostaje” – wyznała po latach.
Na szczęście sporo jej kolegów poszło na animację i tak zaczął się romans Filmówki z ASP. „Oni często mnie zapraszali, ja do nich jeździłam, oglądałam krótkie filmy, potem zaczęłam pracować przy ich filmach. I tak poszło...” – wyznała dziennikarzowi śląskiego portalu.
Jako twórczyni filmowa debiutowała jeszcze będąc studentką ASP. To wtedy powstały m.in. „Różowy”, „100 lat ASP”, „Przedbiegi” czy „List”. Potem poszła do Warszawskiej Szkoły Filmowej, gdzie zrealizowała kolejne tytuły, w tym te łączące animację z grą aktorską, m.in. „Kochaj mnie” i „Serce na dłoni”. Po studiach rozpoczęła współpracę z firmą producencką BreakThru Films, gdzie powstał m.in. projekt „Mały listonosz”, za który dostała nagrodę Orzeł Hollywoodzki w kategorii Najlepszy film animowany. Był rok 2016. Rok później jej nazwisko usłyszał cały filmowy świat.
Od Vincenta do Hugh
Od 16. roku życia Dorota marzyła o krótkim, siedmiominutowym filmie o swoim ukochanym malarzu, Vincencie van Goghu. Choć robiła inne rzeczy, ten pomysł ciągle był z tyłu jej głowy. W rozmowie z serwisem Wroclaw.pl wspominała: „Po latach wróciłam do niego, bo przed trzydziestką poczułam się zagubiona. Byłam związana z malarstwem, potem zajmowałam się pracami przy filmie, ale chciałam zastanowić się nad tym, co naprawdę chcę robić. Tu pomogła lektura van Gogha, który był w tym samym wieku, kiedy dokonał najważniejszego wyboru w życiu. Czytając jego listy, podkreślałam rzeczy, które wydawały mi się ważne, i doszłam do wniosku, że zamiast kłócić się ze sobą i szukać, połączę obydwie moje życiowe pasje – zamiłowanie do malarstwa i miłość do filmu”.
Choć miał to być tylko skromny film, reżyserka uznała, że przydałoby się jej wsparcie kogoś bardziej doświadczonego. Już wtedy znała brytyjskiego producenta Hugh Welchmana, którego animacja „Piotruś i wilk” zachwyciła Amerykańską Akademię Filmową. Poznali się w 2011 roku przy pracy nad animacją lalkową z muzyką Chopina „The Magic Piano”, przy którym Dorota pracowała jako współreżyserka i animatorka. I tak po kilku latach zaprosiła Anglika do współpracy. Wspólnymi siłami stworzyli pełnometrażową animację „Twój Vincent”, która zdobyła 40 nagród i kilkadziesiąt nominacji, w tym do Oscara i Złotego Globu.
Rok po premierze „Twojego Vincenta” Hugh opowiadał: „Najpierw zakochałem się w Dorocie, dopiero potem w Vincencie van Goghu. W jej projekt zaangażowałem się na serio już po tym, jak się zaręczyliśmy”.
Wspólna praca to najlepszy test dla wielu par. W tym okresie Dorota i Hugh przeprowadzali się dokładnie 21 razy! Jednak te trudności tylko ich scaliły. „W sumie z każdym dniem traciłem ochotę na ewentualny rozwód. Ta wspólna praca była wspaniałym doświadczeniem. To nas zbliżyło. Wszyscy znamy przypadki, kiedy pary nad czymś razem pracują, a potem rozstają się. My jednak z każdym dniem zbliżaliśmy się do siebie” – opowiadał Brytyjczyk w Dzień Dobry TVN.
Malowani „Chłopi”
Dorota Kobiela wpadła na pomysł nakręcenia „Chłopów” spontanicznie. Malowała obrazy i słuchała jednocześnie audiobooka z powieścią Reymonta. Odkryła wtedy po latach, że ta opowieść wciąż ją fascynuje i potrafi być aktualna. By mieć pewność, że stworzenie ekranizacji jest dobrym pomysłem, poradziła się ukochanego. „Zakupiłam anglojęzyczną wersję »Chłopów« i pokazałam ją mojemu mężowi, Hugh, który jest producentem i założycielem naszego studia BreakThru Films, w którym powstał »Twój Vincent«. I on także się zachwycił. Co jest dla mnie znakiem, że jest to opowieść uniwersalna” – mówiła dziennikarzom na etapie produkcji filmu.
Adaptacja powieści Władysława Reymonta, podobnie zresztą jak „Twojego Vincenta”, najpierw została nakręcona klasycznie, aby później poszczególne klatki zamienić na obrazy. Te stworzono techniką malarstwa okresu Młodej Polski. Film miał swoją premierę jesienią 2023 roku i okazał się przebojem kinowym. W Polsce obejrzało go niemal 2 miliony widzów. Tytuł został zgłoszony jako polski kandydat do Oscara. Miał też swojego dużego amerykańskiego dystrybutora: Sony Pictures Classics.
Kiedy „Chłopi” zaczęli zdobywać międzynarodowe uznanie i pojawiły się oscarowe spekulacje, wokół produkcji pojawiła się – jak mówiła sama Kobiela – „kampania hejtu”. Artyści pracujący przy malowaniu kadrów filmowych zaczęli skarżyć się na niskie wynagrodzenia oraz „niedocenienie mozołu pracy”. Pojawiały się głosy o skandalicznych warunkach pracy i zarzutach, że malarze byli wykorzystywani, szczególnie w kontekście ogromnego nakładu pracy potrzebnego do stworzenia animacji. Kierownictwo produkcji odpierało zarzuty, dementując doniesienia o rażąco niskich stawkach i podając własne wyliczenia, wskazując, że oskarżenia pochodzą od jednej osoby. Zdaniem reżyserki brak nominacji do Oscarów 2024 był ceną, jaką wraz z mężem zapłacili za wszelkie kontrowersje.
Nie poddają się jednak. Obecnie Welchmanowie mieszkają w Gdyni. Tam też spokojnie pracują nad kolejnymi projektami. Tym razem według rosyjskiego przysłowia „ciszej jedziesz, dalej zajedziesz”.
Małgorzata Matuszewska









