W ubiegłą niedzielę brałem udział w uroczystości Pierwszej Komunii Świętej mojej młodszej siostrzenicy. Takie uroczystości zawsze mnie bardzo wzruszają. Te dzieci są naprawdę piękne w swoich szczerych pragnieniach, aby przyjąć do serca Pana Jezusa. Widać, jak bardzo to przeżywają! Są dumne, gdy patrzą na nich lub są przy nich rodzice, rodzeństwo, chrzestni i dziadkowie. Wiedzą, że to jest ich dzień. Wyraża to tekst piosenki, który śpiewają z wielkim zaangażowaniem: „Uroczysty dzień komunii. Jest największą mą radością, Jezus żywy w moim sercu, dziś objawił miłość swą”. Wierzę, że tak jest. Dzieci są szczere. Nie przeszkadzał im nawet deszcz i chłodna jak na maj pogoda w Krakowie. Tego dnia Stare Miasto zabieliło się znów dziećmi pierwszokomunijnymi. Pomyślałem sobie, jakie to wszystko piękne i jak dobry może być świat, kiedy żyje się i patrzy nań oczami dziecka.
Coś się jednak później dzieje. Brak wsparcia i zachęty ze strony rodziców powodują, że kontakt dziecka z wiarą i Kościołem staje się coraz słabszy. Często także zupełnie wygasa. Bardzo bolą mnie spowiedzi przed bierzmowaniem, kiedy słyszę: „To moja druga spowiedź”. Na moje pytanie: „Kiedy była ostatnia”, słyszę: „przed Pierwszą Komunią…”. Dawno, nawet bardzo! Nie winię tu jednak dziecka. Bardzo często to wina dorosłych. I czuję się źle, kiedy mam świadomość, że przygotowuję do sakramentu bierzmowania dorastające dzieci, które robią to tylko „dla papierka”, albo dlatego, że wszyscy idą. Papież Leon XIV kilka dni temu, w czasie spotkania z młodzieżą jednej z włoskich diecezji, powiedział, że moment bierzmowania bywa dla biskupów słodko-gorzki, ponieważ wielu młodych ludzi po przyjęciu sakramentu „znika z radarów” swoich wspólnot. I poprosił młodych: „I dlatego chcę was prosić: zwróćcie szczególną uwagę na jeden z darów Ducha Świętego, który nazywa się wytrwałość, abyście nie zapomnieli tego, co przeżyliście w tym czasie. Aby radość mogła także przyjść do Rzymu, abyśmy mogli razem świętować, modlić się razem, aby ta radość żyła w waszych sercach i abyście nadal byli wiernymi uczniami Jezusa Chrystusa (…) A więc, nie zapominajcie o tym. Pięknie jest przyjechać do Rzymu, pięknie jest przyjąć sakrament, bardzo pięknie jest otrzymać pełnię Ducha Świętego, ale bardzo ważne jest, aby każdy z was podjął także to zobowiązanie, tę obietnicę wobec Pana: że naprawdę chcecie nadal być Jego przyjaciółmi, Jego uczniami, Jego misjonarzami i chcecie wytrwać w wierze”.
Mam nadzieję, że ten dobry głos papieża, który ze spokojem i uśmiechem podchodzi do ludzi, robi z młodymi selfie i uczy się od nich tajemniczego viralowego „six-seven”, co wzbudza ogromną radość i szacunek młodzieży. Chodzi jednak o coś więcej, aby ci młodzi ludzie znaleźli swoje miejsce w Kościele katolickim, czuli się w nim u siebie i chcieli działać jak misjonarze Chrystusa. Oczywiście jest wciąż wielu takich. Walka o młodego człowieka wciąż trwa. Próbuje się go wydrzeć we wszystkich kierunkach. Mam jednak wrażenie, że część tych młodych sami już mówią: dość! I szukają wartości, szukają Boga i przyjaźni.
Kolejny mocny przykład, który właśnie miał miejsce. Na łamach watykańskiego miesięcznika „Piazza San Pietro”, Leon XIV po raz kolejny odpowiedział na list jednego z czytelników. Tym razem jest to młody chłopak, który pisze o odczuwanych niepokojach. „Czuję lęk przed utratą wszystkich przyjaźni zdobytych w tym etapie mojego życia, nie tylko w szkole, ale także w parafii i codziennym życiu” – pisze Pietro w swoim liście. Odpowiedź Papieża, którą również można przeczytać na łamach czasopisma, przepełniona jest otuchą: „Jesteś kochany przez Jezusa. Nie w sposób abstrakcyjny, ale osobowo; takim, jakim jesteś dzisiaj z twoimi pytaniami i marzeniami, lękami i pragnieniami. Ta miłość cię wyprzedza i będzie ci towarzyszyć zawsze; nie zależy od wyborów, których dokonasz, ani od dróg, którymi pójdziesz (…) Jezus jako pierwszy zrozumiałby twój lęk przed utratą przyjaźni, które naznaczyły te lata. W twoim życiu nie wszystko pozostanie takie samo, ale to, co było autentyczne, nie zostanie utracone. Przeciwnie: prawdziwa miłość nie rozpływa się, ale trwa na zawsze; dojrzewa, nawet wówczas, gdy zmienia swój kształt”.
Ma rację papież Leon, kiedy uspokaja młodego człowieka: „Nie spiesz się, by wszystko zrozumieć od razu. Czas jest cierpliwym nauczycielem i leczy rany. Codzienna modlitwa, nawet prosta i uboga w słowa, słuchanie Słowa Bożego, przystępowanie do sakramentów i rozmowa z mądrymi osobami pomogą ci rozpoznać, które więzi warto pielęgnować i rozwijać”. Jakbym słyszał głos mądrego i dobrego Taty, który daje swojemu dziecku wsparcie, bezpieczeństwo i miłość.
To wszystko można znaleźć w Kościele, w którym jest wiele dobra i świętych naprawdę ludzi. Nie trzeba uciekać, a może warto zostać, odnajdując swoje miejsce, do którego można i chce się wracać. Nawet na mszę świętą, czy chwilę modlitwy. I chcieć spotkać ludzi, którzy jak bracia i siostry chcą budować wspólnotę i opierać ją na wzajemnej przyjaźni i dobroci Boga.










