Była to pierwsza walka 39-letniego Usyka od lipca zeszłego roku, kiedy na londyńskim stadionie Wembley pokonał przez nokaut w piątej rundzie Brytyjczyka Daniela Duboisa i po raz drugi został niekwestionowanym mistrzem wagi ciężkiej, będąc posiadaczem pasów: WBA, IBF, WBC oraz WBO, którego kilka miesięcy później się zrzekł.
Dwa lata młodszy Verhoeven w zeszłym roku zakończył karierę kickboksera z bilansem 66 wygranych w 76 pojedynkach. Przez wiele lat dzierżył tytuł mistrza. Jedyną do tej pory stricte bokserską walkę stoczył w 2014 roku, kiedy znokautował Węgra Janosa Finferę.
Na miejsce pojedynku wybrano okolice słynnych piramid w Gizie, które są wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO piramidy w Gizie.
Przebieg toczonej w pięknej scenerii walki był zaskakujący dla wszystkich, a najbardziej dla tych, którzy przewidywali jednostronną potyczkę. Już od pierwszych minut Verhoeven spisywał się nadspodziewanie dobrze. Walczył bez kalkulacji, ale i bez respektu dla utytułowanego rywala. Długimi chwilami to on był stroną dominującą, a Ukrainiec nie mógł na niego znaleźć sposobu.

Przełom nastąpił w końcówce przedostatniego, 11. starcia, kiedy atakujący z impetem Usyk trafił podbródkowym, po którym Holender był liczony. Gdy wydawało się, że Verhoeven - mimo gradu ciosów - przetrwa do końca rundy, sędzia ringowy niemal równo z gongiem zdecydował się przerwać pojedynek, co oznaczało zwycięstwo czempiona przez nokaut. Holender i jego sztab przyjęli decyzję z wyraźną złością. Komentatorzy byli zgodni, że sensacja wisiała na włosku.
- Wydaje mi się, że decyzja o nokaucie była przedwczesna, ale to nie zależało ode mnie - skomentował holenderski pretendent.
Mistrz olimpijski z Londynu, który przyjął nieoficjalną rolę ambasadora pogrążonego w wojnie kraju, poprawił zawodowy bilans na 25 zwycięstw, w tym 16 przez nokaut. (PAP)









