Miasto to leży w południowo-wschodnim Peru, w regionie Puno, wysoko w Andach, niedaleko granicy z Boliwią. Rozciąga się u podnóża lodowca Ananea Grande, na wysokości około 5100-5300 metrów nad poziomem morza, co czyni je najwyżej położonym stale zamieszkanym miastem świata. Szacuje się, że mieszka tu od 30 do nawet 50 tysięcy ludzi, choć dokładnej liczby nikt nie zna. Ludzie przyjeżdżają tu i znikają niemal tak szybko, jak pojawiają się kolejne żyły złota w skalnym rumowisku.
Klimat nie wybacza tu błędów. Temperatura w ciągu dnia rzadko przekracza kilka stopni powyżej zera, nocami spada znacznie niżej. Powietrze jest suche i lodowate, a silny wiatr dodatkowo potęguje uczucie chłodu. Brakuje tlenu – wielu przyjezdnych doświadcza choroby wysokościowej już po kilku godzinach pobytu. Śnieg i grad potrafią pojawić się nagle, bez najmniejszego ostrzeżenia, a słońce, gdy wreszcie przebije się przez chmury, pali skórę równie bezlitośnie jak mróz.
„Może tym razem się uda”
La Rinconada wyrosła z chaosu – bez planu, infrastruktury i bez jakiejkolwiek obietnicy normalnego życia. Blaszane dachy, krzywe ściany, przewody elektryczne wiszące nad ulicami jak pajęczyny. Tutaj wszystko podporządkowane jest złotu. To ono przyciąga ludzi z całego Peru i spoza jego granic, kusząc wizją szybkiego zarobku, która w praktyce spełnia się niezwykle rzadko.
Na ulicach życie toczy się równolegle do podziemnej walki prowadzonej w kopalniach. Przestępczość nie jest tutaj wyjątkiem, lecz częścią codzienności. Kradzieże, napady i przemoc rozgrywają się obok ludzi, czasem dosłownie za cienką ścianą z falistej blachy. Policja bywa obecna, lecz rzadko ma realną kontrolę nad sytuacją. W miejscu, gdzie państwo istnieje jedynie symbolicznie, rządzą: przypadek, pieniądz i siła. A jednak ludzie zostają. Być może właśnie dlatego nikt nie mówi tutaj „do widzenia”. W La Rinconadzie częściej słyszy się raczej: „jeszcze jeden dzień, może tym razem się uda”.
Od dziesięcioleci górnicy pracujący w tym peruwiańskim regionie – najwyżej położonym obszarze wydobycia złota na świecie – poddawani są praktyce zwanej „cachorreo”. To system brutalnego wyzysku, w którym przez ponad 20 dni pracują bez wynagrodzenia na rzecz właściciela kopalni, aby później otrzymać prawo do zatrzymania części wydobytej rudy na własny użytek. Model ten narusza wszelkie normy prawa pracy, ale mimo to funkcjonuje od lat niemal otwarcie.
Wielu górników nie zarabia nawet tyle, by zapewnić sobie przetrwanie. Codziennie ryzykują życie, nie posiadając umów o pracę ani żadnych zabezpieczeń. Śmierć może przyjść w każdej chwili – wskutek zawału tunelu, eksplozji, zatrucia albo napadu. Ci, którzy przeżyją wypadki, najczęściej bywają pozostawieni sami sobie.
Historia 68-letniego dziś Teofila Cutimbo Pacombii niewiele różni się od losów tysięcy innych górników. Jako dziecko musiał porzucić szkołę, by pomagać rodzinie i utrzymać ośmioro rodzeństwa. Zwabiony wizją zarobku trafił do kopalni w La Rinconadzie. 3 kwietnia 2010 roku, w zapadlisku w sektorze San Andres, osuwające się skały dosłownie złamały mu kręgosłup. Lekarze zdiagnozowali ciężki uraz kręgosłupa i rdzenia kręgowego. Ten sam wypadek zabił jego współpracownika. Sen o szybkim bogactwie zakończył się dla Teofila dwuletnim pobytem w szpitalu i trwałym paraliżem nóg.
Pułapka na myszy
Ulice La Rinconady toną w błocie. Znaczna część podłoża, po którym każdego dnia chodzą górnicy, to w rzeczywistości odpady poflotacyjne spływające z maszyn mielących skały. Do wydobycia złota wykorzystuje się rtęć, która miesza się z wodą z topniejącego lodowca. Toksyczna substancja stopniowo zatruwa okolicę, wnika do gleby i wód, a wraz z nimi do organizmów ludzi.
To górnicze miasto jest również miejscem skrajnej przemocy. Jeden z pracowników wspominał po latach scenę, którą trudno mu wymazać z pamięci. Siedział na ulicy i pił piwo, gdy obok przeszedł inny górnik. Wyciągnął broń, oddał strzał i zastrzelił człowieka stojącego kilka metrów dalej. Potem spokojnie odszedł. Kilkadziesiąt metrów dalej przyspieszył kroku i zniknął między budynkami. Nikt za nim nie pobiegł. W La Rinconadzie pościg za uzbrojonym człowiekiem może oznaczać własną śmierć.
Mieszkańcy mówią czasem, że to „pułapka na myszy”. Wystarczy chwila nieuwagi, by zostać okradzionym, pobitym albo zginąć. A mimo to ludzie z całego Peru nadal przyjeżdżają tutaj w poszukiwaniu jednego szczęśliwego trafu, który miałby odmienić ich życie. Rzeczywistość okazuje się jednak znacznie bardziej brutalna. Osunięcia ziemi, eksplozje, morderstwa i śmiertelne wypadki należą tu do codzienności.
Piramida wyzysku
Struktura funkcjonowania La Rinconady przypomina piramidę, w której na samym dole znajdują się górnicy. Wyżej stoją setki kontrahentów zajmujących się wydobyciem złota ze złóż. Nad nimi znajdują się korporacje udzielające kontraktów na eksploatację, a na samym szczycie – właściciel koncesji.
Ten model pracy może częściowo wywodzić się jeszcze z tradycji przedkolonialnych, opartych na systemie wzajemności obecnym w Andach od czasów przedinkaskich i inkaskich. W teorii miał oznaczać współpracę i wspólny udział w zyskach, lecz w praktyce podział bogactwa od dawna pozostaje skrajnie nierówny.
To, co dzieje się dziś w La Rinconadzie, w wielu aspektach przypomina wyzysk znany z epoki kolonialnej. W czasach hiszpańskiego panowania Indianie ginęli zasypywani w szybach kopalnianych. Inni umierali z głodu, wycieńczenia, epidemii, alkoholu lub wypadków. Ci, którym udało się przeżyć, często byli tak wyniszczeni, że nie byli w stanie wrócić do rodzinnych wiosek. Wielu nie otrzymywało wynagrodzenia, choć pracodawcy eksploatowali ich ponad ludzkie siły. Dotyczyło to również tragarzy rudy, którzy pod ciężarem ładunków spadali z górskich ścieżek i ginęli w przepaściach.
W okolicznych wioskach matki podobno wolały okaleczać własne dzieci, by uchronić je przed przymusową pracą w kopalniach. Wolały, by były kalekami, niż by miały trafić do podziemnych grobowców dla żywych.
Ślepy traf
Do dziś niewiele się zmieniło. W La Rinconadzie praktycznie nie prowadzi się pełnych rejestrów wypadków, a jeśli już istnieją, są mocno niekompletne. Wszyscy wiedzą, że warunki pracy są niezgodne z prawem, lecz ludzie nadal zgłaszają się do pracy, nie mając często żadnej alternatywy. Konsekwencją są liczne wypadki i choroby zawodowe, przede wszystkim pylica płuc, która powoli odbiera górnikom zdrowie.
Poszkodowani rzadko mogą liczyć na jakiekolwiek odszkodowania. Kiedy dochodzi do tragedii, pracodawcy najczęściej wypierają się odpowiedzialności. Twierdzą, że ofiary nigdy dla nich nie pracowały albo że były zwykłymi przestępcami. Obraz dopełnia ogromna nierówność w podziale zysków. Szacuje się, że aż 95 procent wydobytego złota trafia do nadzorców i właścicieli kopalń, podczas gdy ogół górników otrzymuje zaledwie pozostałe pięć procent. W praktyce oznacza to, że przeciętny pracownik może zarobić około 105 dolarów tygodniowo – kwotę wystarczającą jedynie na podstawowe jedzenie i przetrwanie.
Praca w La Rinconadzie dawno przestała być rozsądnym interesem. Wszystko opiera się tu na ślepym trafie. Jeśli szczęście dopisze, można natrafić na bogatą żyłę złota i wygrać los na loterii. Jeśli nie – następnego dnia znów schodzi się pod ziemię, z nadzieją, że tym razem los okaże się łaskawszy.
Jacek Hilgier

