Jezioro Nyos leży w północno-zachodnim Kamerunie, około 50 kilometrów od granicy z Nigerią. Powstało w kraterze wulkanicznym typu maar. Ma około kilometra średnicy i niemal 200 metrów głębokości. Z powierzchni wygląda spokojnie: błękitna tafla wody otoczona zielonymi wzgórzami. Pod spodem kryje się jednak coś znacznie groźniejszego. Głęboko pod dnem znajduje się komora magmowa. Wulkan nie wyrzuca lawy ani popiołu, ale wciąż żyje i przez dziesięciolecia powoli uwalniał do jeziora dwutlenek węgla.
Gaz rozpuszczał się w wodzie pod ogromnym ciśnieniem. Im głębiej, tym większe było ciśnienie i tym więcej CO2 mogło się zgromadzić. Przez setki lat na dnie jeziora odkładały się setki tysięcy ton gazu, tworząc śmiertelną pułapkę.
Wybuch bez ognia
21 sierpnia 1986 roku coś zaburzyło delikatną równowagę. Być może było to osunięcie skał, niewielkie trzęsienie ziemi albo podwodna aktywność wulkaniczna. Naukowcy do dziś nie są pewni.
Skutek okazał się katastrofalny. Woda z głębin jeziora gwałtownie uniosła się ku powierzchni. Gdy ciśnienie spadło, rozpuszczony w niej dwutlenek węgla zaczął się błyskawicznie uwalniać – podobnie jak gaz po otwarciu mocno wstrząśniętej butelki napoju.
Świadkowie opowiadali później o gigantycznej fontannie wody i piany wystrzeliwującej nawet na 100 metrów wysokości oraz o białej chmurze unoszącej się nad jeziorem. Nyos uwolniło ogromne ilości dwutlenku węgla – według części szacunków nawet 1,6 miliona ton.
Początkowo chmura gazu wzniosła się z prędkością około 100 kilometrów na godzinę. Dwutlenek węgla jest jednak cięższy od powietrza, dlatego zamiast się rozproszyć, opadł ku ziemi. Spłynął po zboczach jak niewidzialna rzeka śmierci, sunąc dolinami z prędkością 20-50 kilometrów na godzinę. Warstwa gazu miała około 50 metrów wysokości.
Najpierw dotarła do wioski Nyos. Potem do Kam, Cha i Subum. Wszędzie scenariusz wyglądał tak samo. Ludzie tracili przytomność po kilku oddechach. Większość już nigdy się nie obudziła.
Joseph Nkwain z wioski Subum należał do nielicznych ocalałych. Wspominał: „Usłyszałem dźwięk, jakby lano dużo wody. Kiedy się obudziłem, czułem się dziwnie. Pomyślałem, że umarłem. Próbowałem krzyczeć, ale nie mogłem. Poszedłem do domów sąsiadów. Wszyscy byli martwi. Nawet psy i koty”.
W niektórych domach zginęły całe rodziny – rodzice, dzieci i dziadkowie. Zwierzęta padały na polach, a ptaki spadały z nieba w locie. Najbardziej przerażające było jednak to, że nie było śladów walki ani zniszczeń. Domy stały nietknięte. Pola pozostawały zielone. Zniknęło tylko życie.
Lekarze, którzy przybyli na miejsce, początkowo podejrzewali atak chemiczny. Rząd Kamerunu rozważał możliwość zatrucia jeziora. Mieszkańcy okolicznych wiosek mówili natomiast o złych duchach opuszczających wodę, by karać ludzi.
Dopiero badania próbek wyjaśniły prawdę. Zabójcą był zwykły dwutlenek węgla – bezwonny, niewidoczny i cichy. Gaz wyparł tlen z powietrza, a ofiary po prostu się udusiły.
Około czterech tysięcy mieszkańców zdołało uciec z zagrożonego obszaru. Wielu cierpiało później na problemy oddechowe, porażenia i oparzenia skóry. Część nigdy nie odzyskała pełnego zdrowia.
Tykające bomby
Po katastrofie okolice jeziora niemal opustoszały. Nieliczni mieszkańcy, którzy po latach wrócili do swoich domów, opowiadali o nocnych głosach i widmach zmarłych krążących po opuszczonych wioskach.
Naukowcy rozpoczęli gorączkowe poszukiwania sposobu na zapobieżenie kolejnej tragedii. Rozważano kontrolowane wysadzenie jeziora, ale groziło to zniszczeniem naturalnych wałów i wywołaniem powodzi. Myślano także o wypompowywaniu głębinowej wody, lecz było to niezwykle kosztowne i trudne technicznie.
Ostatecznie zdecydowano się na system rur odprowadzających gaz. W 1995 roku francuski zespół pod kierunkiem Michela Halbwachsa zainstalował pierwszą rurę sięgającą dna jeziora. Pompuje ona wodę ku powierzchni. Gdy ciśnienie spada, dwutlenek węgla zaczyna się uwalniać, a proces napędza się sam. W 2011 roku dodano dwie kolejne rury.
System działa i od 1986 roku nie doszło do następnej erupcji gazowej. Jezioro nadal nie jest jednak całkowicie bezpieczne. Naturalny wał skalny utrzymujący wodę w kraterze stopniowo eroduje. Gdyby się załamał, gwałtowny odpływ wody mógłby ponownie uwolnić ogromne ilości gazu.
Katastrofa nad Nyos zszokowała świat. Jak to możliwe, że jezioro mogło eksplodować i w kilka minut zabić prawie dwa tysiące ludzi? I dlaczego nikt wcześniej tego nie przewidział?
Po tragedii naukowcy zaczęli badać podobne zbiorniki. Okazało się, że dwa lata wcześniej, w 1984 roku, podobne zjawisko wystąpiło nad jeziorem Monoun, również w Kamerunie. Wtedy zginęło 37 osób. Nikt nie połączył jednak obu tragedii.
Badacze zwrócili też uwagę na jezioro Kivu, leżące między Rwandą a Kongiem. Jest około 2 tysiące razy większe od Nyos i również zawiera ogromne ilości dwutlenku węgla oraz metanu. Nad jego brzegami mieszka około 2 milionów ludzi. Zapisy geologiczne sugerują, że Kivu „wybucha” mniej więcej co tysiąc lat. Ostatni raz mogło dojść do tego 7-8 tysięcy lat temu.
Jeśli kiedyś uwolni cały zgromadzony gaz, skutki mogą być niewyobrażalne. Naukowcy ostrzegają przed katastrofą naturalną porównywalną z największymi tragediami współczesnego świata.
Nyos, Monoun i Kivu są dziś jedynymi znanymi jeziorami nasyconymi dwutlenkiem węgla w tak śmiertelny sposób. Czy istnieją inne? Tego nie wiadomo. Być może gdzieś pod spokojną taflą kolejnych afrykańskich jezior gaz nadal gromadzi się w ciszy – tonami, powoli i cierpliwie czekając na swój moment.
Joanna Tomaszewska

