Choć od dziecka uczył się w szkole muzycznej, początkowo bardziej pociągała go kariera plastyka. Zmieniło się to w 1958 roku, gdy w krakowskiej Rotundzie po raz pierwszy usłyszał jazz na żywo podczas koncertu Dave’a Brubecka. To spotkanie okazało się olśnieniem – właśnie wtedy zrozumiał, że chce poświęcić życie muzyce.
Krakus z wyboru
Początkowo rodzina Stańków mieszkała w Rzeszowie i tam też, w 1942 roku, urodził się przyszły jazzman. Kiedy miał kilka miesięcy, przeprowadzili się do Krakowa. I to właśnie Kraków muzyk uważał za swoje miasto.
W rodzinie nie było tradycji muzycznych. Ojciec, Józef, był sędzią sądu wojewódzkiego, a matka, Eleonora, bibliotekarką. Oboje jednak kochali muzykę. Józef Stańko sam grał na skrzypcach i musiał być w tym naprawdę dobry, bo jako jedyny nieprofesjonalny muzyk został przyjęty do orkiestry Opery Krakowskiej.
Stańkowie zadbali, by ich dzieci zostały wszechstronnie wyedukowane. Wysłali Tomasza i Jadwigę Marię do szkół muzycznych. Syn początkowo uczył się grać na skrzypcach, potem na trąbce, a córka na fortepianie. Po ukończeniu krakowskiej Akademii Muzycznej Jadwiga Maria została pianistką a Tomasz – trębaczem.
To, co najważniejsze
Jeszcze w liceum Tomasz Stańko bywał gościem krakowskich klubów muzycznych. Kiedy po raz pierwszy usłyszał jazz na żywo, wiedział, że to będzie jego droga. Od tego momentu krakowskie kluby jazzowe stały się jego drugim domem. W jednym z nich poznał pianistę Adama Makowicza, z którym jesienią 1962 roku założył zespół Jazz Darings. Do wspólnego grania zaprosili jeszcze kontrabasistę Jacka Ostaszewskiego i perkusistę Wiktora Perelemuttera.
Kwartet wygrał Konkurs Amatorskich Zespołów Jazzowych Polski Południowej. Sukces spowodował jednak zmianę składu. Makowicz odszedł, a na jego miejsce Stańko zaprosił saksofonistę Janusza Muniaka. W takim składzie Jazz Darings zostali uznani przez Joachima-Ernsta Berendta, niemieckiego dziennikarza i producenta specjalizującego się w muzyce jazzowej, za jedną z pierwszych formacji freejazzowych w Europie!
W tym czasie królem polskiego jazzu był Krzysztof Komeda, którego Stańko podziwiał od 1961 roku, kiedy po raz pierwszy usłyszał jego grę. Dwa lata później, tuż przed kolejną edycją Jazz Jamboree, Komedzie rozchorował się trębacz. Szybko znaleziono zastępstwo w osobie Stańki. Tak rozpoczęła się jedna z najważniejszych artystycznych relacji w historii polskiego jazzu. W 1965 roku ukazała się płyta Kwintetu Komedy „Astigmatic”, nagrana w ciągu jednej nocy w przerwach koncertów festiwalu Jazz Jamboree w warszawskiej filharmonii.
Przez pięć lat wspólnej pracy muzycy koncertowali razem i nagrali jedenaście albumów. Stańko wielokrotnie podkreślał, że to właśnie od Komedy nauczył się „grać tylko to, co najważniejsze”. Po tragicznej śmierci przyjaciela w 1969 roku Stańko przez dekady pozostawał strażnikiem jego muzycznej spuścizny, wracając do jego kompozycji na koncertach i płytach, m.in. w poruszającej „Litanii”.
Najpierw Europa
Stary Kontynent natychmiast pokochał Tomasza Stańkę. Grał on na wszystkich najważniejszych koncertach i festiwalach jazzowych w Europie. W latach 70. największe znaczenie dla jego kariery miała współpraca z fińskim perkusistą Edwardem Vesalą. Byli partnerami twórczymi i przyjaciółmi. W 1975 roku ich kwartet, do którego należeli jeszcze saksofonista Tomasz Szukalski i basista Dave Holland, nagrał płytę „Balladyna”. Był to pierwszy autorski album Stańki i jednocześnie pierwszy album polskiego muzyka wydany przez cenioną niemiecką wytwórnię ECM.
Potem pojawiły się kolejne krążki, które idealnie dokumentowały nowe kierunki rozwoju tej formacji: odkrywanie i wykorzystywanie możliwości specyficznej formy, jaką jest freejazzowa ballada, której bazą były surowe, szorstkie wręcz dźwięki trąbki Tomasza Stańki.
Dla każdego jazzmana mekką jest Nowy Jork. Stańkę miał tam zabrać Komeda, którego z kolei do USA ściągnął Roman Polański (polski kompozytor stworzył ścieżkę dźwiękową do jego filmu „Dziecko Rosemary”). Niestety, tragiczny wypadek i śmierć Komedy pokrzyżowała te plany. Z tego powodu przez jakiś czas Ameryka pozostawała dla polskiego trębacza muzycznym mitem. Jednak wraz z rozwojem jego europejskiej kariery nazwisko Stańko zaczęło regularnie pojawiać się w amerykańskiej prasie branżowej. Dlatego początkowo to amerykańscy jazzmani przybywali do Europy i z nim grywali. Z czasem jednak coraz częściej i on latał za ocean, ale już wtedy był „tym” Tomaszem Stańką. Jak równy z równym grał m.in. z Jackiem DeJohnettem czy Chico Freemanem.
Nowojorscy krytycy zachwycali się „słowiańską melancholią” i charakterystycznym, chropowatym brzmieniem jego trąbki. Na początku XXI wieku artysta kupił mieszkanie na Manhattanie i z młodymi muzykami amerykańskiej sceny stworzył słynny New York Quartet. Na cześć polskiej noblistki Wisławy Szymborskiej nagrali album pt. „Wisława” – jeden z najgłośniejszych projektów późnego etapu kariery trębacza. W sumie Stańko nagrał około 40 albumów. Tworzył też muzykę do filmów i spektakli teatralnych.
Pokarm bogów
Znajomym opowiadał, że miał 16 lat, kiedy po raz pierwszy napił się wódki. Wtedy z nieśmiałego chłopca przeistoczył się w pewnego siebie, uwodzącego mężczyznę. Alkohol zrobił z niego kogoś, kim zawsze chciał być. Wiedział, że będzie to lubił. Stańko nie poprzestał jednak na alkoholu. Chętnie eksperymentował z innymi używkami. Narkotyki traktował jako „pokarm bogów”. Pomagały mu też one zwalczyć wrodzoną nieśmiałość. Po latach opowiadał: „Brałem, żeby było mi ogólnie lepiej. To nie było nic innego jak robienie sobie dobrze. Czysty hedonizm. Nie ma tutaj żadnej filozofii. Proszę nie wierzyć w bajki o inspiracji na haju. (…) Chyba tylko raz wziąłem kokainę dla kurażu. Szedłem coś załatwić i kupiłem działkę. Emanowała ze mnie taka pewność siebie, że jeszcze nie dotarłem do gabinetu, a już załatwiłem sprawę”.
Jednak po 15 latach czynnego nałogu rzucił narkotyki. Zrobił to, bo uzależnienie postępowało. Doprowadził się już do takiego stanu, że w pewnym momencie, by w ogóle poczuć używki w swoim organizmie, musiałby brać zabójcze ilości. Wtedy przeszedł na dietę makrobiotyczną, zaczął uprawiać jogging, regularnie dbał o ciało i chodził na masaże chińskie. Z „nałogów” pozostała mu tylko kawa i oczywiście muzyka.
Odnowione relacje
Jego mieszanka liryzmu i ostrości w muzyce fascynowała kobiety. Stańko nie narzekał na brak powodzenia. Miał świadomość, że muzyka jest najlepszym afrodyzjakiem. W jednym z wywiadów wprost wyznał: „Fanki zawsze się gdzieś kręciły”. O tym, że z jedną z nich wziął ślub, najbliżsi dowiedzieli się dopiero po fakcie. W biograficznej książce „Desperado”, napisanej wspólnie z Rafałem Księżykiem, trębacz wyznał: „Nie chcieliśmy na ślubie ludzi. W końcu pojechałem z Joasią do Hotelu Europejskiego w Krakowie, kupiliśmy skrzynkę szampana i paląc jointa, udaliśmy się do urzędu stanu cywilnego. Tam powiedzieliśmy sobie »tak«, a dopiero potem zadzwoniliśmy do rodziny, że czekamy na nich z szampanem w hotelu”. Tej samej nocy poczęli swoją jedyną córkę, Annę.
Małżeństwo przetrwało tylko trzy lata. Joanna nie wytrzymała trybu życia artysty. Stańko bardzo przeżył rozstanie. „Długo musiałem się potem zbierać” – opowiadał. Wpadł w sidła ciężkich nałogów, jak pisał: „był upier...ny non stop”. „Do kieszeni wrzucałem grudy haszyszu, luzem fajki, amfetaminę, pastylki i flaszkę wódki” – wspominał.
Przez to na wiele lat stracił też kontakt z córką, z którą odnowił relację dopiero wtedy, kiedy Anna miała 16 lat. Była żona muzyka wyjechała do USA, więc córka zamieszkała z ojcem. Początki nie były łatwe, ale z czasem odnaleźli wspólny język. Anna skończyła studia, później została menedżerką artysty i była nią do samego końca.
W marcu 2018 roku Stańko zaczął mieć problemy zdrowotne. Z powodu zapalenia płuc odwołał zaplanowane koncerty. Szybko okazało się, że to rak płuc. Ostatnie dni życia artysta spędził w warszawskim Centrum Onkologii. Zmarł 29 lipca, dwa tygodnie po swoich 76. urodzinach.
Małgorzata Matuszewska

