Dotyczy to szczególnie uchodźców, osób ubiegających się o azyl, beneficjentów programu DACA, przybyszów objętych ochroną humanitarną (np. Ukraińców) i wielu innych grup imigrantów. Problem bardzo mocno widać w Chicago i Illinois, gdzie mieszka jedna z największych społeczności imigranckich w kraju, w tym polonijna.
Chicago – laboratorium imigracyjnego kryzysu
W teorii system nadal działa. W praktyce coraz częściej przypomina labirynt, w którym człowiek może utknąć na miesiące lub lata – nawet wtedy, gdy przestrzega wszystkich procedur.
Najbardziej dramatyczne są historie osób ubiegających się o azyl. Jean Yameogo z Burkina Faso uciekł do USA po groźbach i atakach ze strony prorządowych grup. Po przyjeździe do Illinois złożył wniosek o azyl i – zgodnie z obowiązującymi zasadami – powinien móc po kilku miesiącach otrzymać tymczasowe pozwolenie na pracę. Tymczasem kolejne wnioski były odrzucane z powodu problemów administracyjnych związanych ze zmianą adresu i niedoręczonym zawiadomieniem urzędowym. Efekt? Człowiek, który legalnie przebywa w USA i czeka na decyzję sądu, nie może legalnie pracować i utrzymać rodziny.
To nie jednostkowy przypadek. Organizacje pomagające migrantom alarmują, że opóźnienia dotyczą dziś praktycznie wszystkich kategorii imigracyjnych. Szczególnie mocno odczuwają je beneficjenci programu DACA, czyli tzw. Dreamers – osoby przywiezione do USA jako dzieci. Wielu z nich mieszka w Stanach od dekad, ukończyło amerykańskie szkoły i uczelnie, płaci podatki oraz pracuje w strategicznych sektorach gospodarki.
W Chicago opisywano przypadki osób oczekujących ponad pół roku na odnowienie dokumentów. Jedna z beneficjentek DACA mówiła wręcz, że zamiast świętować ukończenie studiów magisterskich, boi się wychodzić z domu. Inni tracili pracę mimo terminowego złożenia dokumentów.
Specjaliści w administracyjnej próżni
Problem dotyczy również wysoko wykwalifikowanych specjalistów. CNN opisało historię młodego lekarza, absolwenta jednej z najlepszych szkół medycznych w USA, który nie mógł rozpocząć specjalizacji z anestezjologii, bo jego pozwolenie na pracę nie zostało odnowione na czas. Z kolei pielęgniarka z Kentucky straciła dwa miesiące wynagrodzenia z powodu przerwy w ważności dokumentów. Szpitale alarmują, że opóźnienia uderzają już nie tylko w imigrantów, ale także w system ochrony zdrowia cierpiący na chroniczne braki kadrowe.
Illinois stało się jednym z głównych symboli tego kryzysu. Według władz stanowych, nawet 100 tysięcy osób może utracić możliwość legalnej pracy z powodu zmian w procedurach dotyczących automatycznego przedłużania zezwoleń. W Chicago organizacje prawnicze coraz częściej mówią o poszerzaniu się „szarej strefy” na rynku pracy – sytuacji, w której ludzie nie mogą pracować legalnie, więc podejmują się pracy nielegalnej, gorzej opłacanej i pozbawionej ochrony pracowniczej.
To właśnie tutaj ujawnia się paradoks obecnej polityki. Administracja deklaruje walkę z nielegalnym zatrudnieniem, ale jednocześnie tworzy warunki, które wypychają ludzi poza legalny rynek pracy. Pracodawcy tracą wykwalifikowanych pracowników, muszą szkolić nowych ludzi, ponoszą koszty rotacji i niedoborów kadrowych. W sektorach takich jak opieka zdrowotna, budownictwo czy usługi skutki stają się coraz bardziej widoczne.
173 lata – absurd czy polityczny sygnał?
Największe oburzenie wywołała jednak propozycja Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego dotycząca osób ubiegających się o azyl. Według projektu nowych regulacji urząd imigracyjny miałby wstrzymać przyjmowanie nowych wniosków o pozwolenia na pracę do czasu uporządkowania zaległości w rozpatrywaniu spraw azylowych. Problem polega na tym, że – według samych wyliczeń urzędników – mogłoby to potrwać od 14 do nawet… 173 lat. To liczba tak absurdalna, że brzmi bardziej jak polityczny żart niż procedura administracyjna największego mocarstwa świata. W praktyce oznaczałoby to niemal całkowite odebranie prawa do legalnej pracy osobom czekającym na rozpatrzenie wniosku o azyl.
Administracja tłumaczy, że chodzi o „uporządkowanie systemu”, dokładniejszą weryfikację imigrantów i walkę z nadużyciami. Krytycy odpowiadają jednak, że prawdziwym celem jest zniechęcenie ludzi do korzystania z legalnych ścieżek imigracyjnych. Prawnicy imigracyjni i organizacje praw człowieka podkreślają, że wielu uchodźców nie zrezygnuje z ucieczki przed wojną czy prześladowaniami tylko dlatego, że nie dostanie pozwolenia na pracę. Zostaną natomiast skazani na biedę, zależność od pomocy społecznej albo pracę „na czarno”.
Chaos systemu czy świadoma strategia?
Pojawia się więc fundamentalne pytanie: czy mamy do czynienia z celową strategią administracyjną, czy po prostu z gigantycznym bałaganem? Odpowiedź: jedno i drugie.
Część opóźnień rzeczywiście wynika z przeciążenia systemu. Pandemia spowodowała zaległości w gromadzeniu i sprawdzaniu danych biometrycznych i ograniczenia kadrowe. Liczba spraw imigracyjnych gwałtownie wzrosła. Procedury bezpieczeństwa stały się bardziej rozbudowane. Ale jednocześnie trudno ignorować kontekst polityczny. Wiele zmian – likwidacja automatycznych przedłużeń zezwoleń, dodatkowe kontrole, nowe wymogi biometryczne czy zamrażanie rozpatrywania części wniosków – wpisuje się w szerszą strategię ograniczania zarówno nielegalnej, jak i legalnej migracji.
W praktyce oznacza to, że nawet osoby postępujące zgodnie z prawem żyją dziś w permanentnym stanie zawieszenia. Ukraińcy uciekający przed wojną nie wiedzą, czy będą mogli dalej pracować i utrzymać rodziny. Dreamersi obawiają się utraty statusu mimo wieloletniego życia w USA. Azylanci miesiącami czekają na dokumenty pozwalające im normalnie funkcjonować.
Wiatr w oczy całej gospodarki
W amerykańskiej debacie często powraca hasło „rule of law” – rządów prawa. Problem polega jednak na tym, że prawo przestaje być realną ścieżką integracji, jeśli procedury stają się niewydolne albo celowo odstraszające. Państwo wysyła wtedy sprzeczny komunikat: „postępuj legalnie”, ale jednocześnie sprawia, że legalność staje się praktycznie niemożliwa do utrzymania.
Skutki wykraczają daleko poza społeczności migrantów. Gospodarka traci pracowników w sektorach, które już dziś cierpią na niedobory kadrowe. Firmy ponoszą koszty rotacji. Lokalnym społecznościom grozi wzrost pracy nierejestrowanej i co za tym idzie – bezprawnego wyzysku. Bo szara strefa rośnie właśnie wtedy, gdy blokowane są ścieżki prowadzące do legalizacji.
Imigranci w Stanach Zjednoczonych od dawna żyją z poczuciem, że mają „wiatr w oczy”. Dziś ten wiatr zmienia się miejscami w administracyjny huragan. I paradoks polega na tym, że cierpią nie tylko oni. Cierpi również gospodarka, która potrzebuje ich pracy, podatków i kompetencji, ale jednocześnie sama wypycha ich poza legalny obieg.
Jolanta Telega
[email protected]

