Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reklama KD Market

Chicago z przesiadką. Za karę

Chicago z przesiadką. Za karę

Autor: Alicja Otap

Pomysł jest prosty i groźny: odebrać lub ograniczyć obsługę celno-imigracyjną Customs and Border Protection (CBP) na lotniskach w tzw. miastach-sanktuariach, czyli tam, gdzie lokalne władze ograniczają współpracę z federalnymi służbami imigracyjnymi. W praktyce oznaczałoby to, że największe amerykańskie porty lotnicze — JFK, Newark, Chicago O’Hare, Los Angeles, San Francisco, Seattle czy Philadelphia — mogłyby stracić część albo całość międzynarodowego ruchu pasażerskiego i cargo. Bo bez federalnej kontroli imigracyjnej i odprawy celnej nie można przecież przyjmować samolotów z zagranicy.

Zwolennicy pomysłu mówią: skoro miasta nie chcą pomagać w egzekwowaniu prawa imigracyjnego, nie powinny korzystać z federalnej infrastruktury granicznej. W tej logice lotnisko staje się narzędziem nacisku: albo współpraca z ICE i innymi służbami, albo utrudnienia dla podróżnych, biznesu i samych miast. To argument politycznie czytelny, zwłaszcza dla wyborców przekonanych, że „sanctuary cities” podważają autorytet państwa federalnego.

Tyle że przeciwnicy odpowiadają równie prosto: to nie jest egzekwowanie prawa, lecz karanie całych metropolii z przyczyn politycznych. Nawet sekretarz transportu Sean Duffy dystansował się od tej koncepcji, mówiąc, że nie powinno się zamykać ruchu lotniczego w jakimś stanie tylko dlatego, że większość wyborców nie zgadza się z polityką rządu federalnego. 

Branża lotnicza ostrzega przed „dewastującym” skutkiem dla przewoźników, turystyki, pasażerów i międzynarodowego cargo. Najbardziej uderzające jest jednak to, że ofiarami takiej decyzji nie byliby burmistrzowie ani gubernatorzy. Byliby nimi zwykli ludzie. Rodziny lecące z Polski do krewnych w Chicago. Studenci wracający do Nowego Jorku i na uczelnie na Wschodnim Wybrzeżu. Przedsiębiorcy lecący do Los Angeles, Miami czy San Francisco. Polonia, która od dekad żyje właśnie przy tych węzłach komunikacyjnych: w Illinois i aglomeracji Chicago, w metropolii nowojorskiej, w Kalifornii, w rejonie Filadelfii, Seattle i Bay Area. LOT obecnie zapewnia bezpośrednie loty do Warszawy m.in. z Nowego Jorku JFK i Newarku, Chicago, Los Angeles oraz Miami, a od 2026 r. rozwija także połączenie z San Francisco.

Dla Polaków szczególnie bolesny byłby cios w Chicago O’Hare — symboliczne lotnisko polskiej emigracji. To nie jest tylko punkt na mapie. To brama do rodzin, parafii, firm, polskich sklepów, szkół sobotnich i całego świata, który przez dekady budowała Polonia. Podobnie JFK i Newark to naturalne wejście do Nowego Jorku, New Jersey i Greenpointu; Los Angeles i San Francisco — do Kalifornii; Philadelphia — do Pensylwanii. Ograniczenie lotów międzynarodowych w tych miejscach nie zatrzymałoby nielegalnej imigracji. Za to utrudniłoby legalny ruch, legalny handel i legalne podróże.

I tu właśnie pomysł pęka pod ciężarem własnej retoryki. Ameryka przez lata sprzedawała światu obietnicę wolności gospodarczej: swobody przemieszczania się, inwestowania, handlu, pracy, podróżowania. Lotnisko było jednym z jej najważniejszych symboli. Kto lądował na JFK, O’Hare czy LAX, widział państwo pewne siebie, otwarte, sprawne. Tymczasem zamienianie odprawy granicznej w polityczny kij pokazuje Amerykę nerwową, karzącą, gotową dla doraźnej presji rozmontować własną przewagę.

Można spierać się o miasta-sanktuaria. Można pytać, gdzie kończy się autonomia lokalna, a zaczyna sabotowanie prawa federalnego. Ale odpowiedzią na ten spór nie powinno być uderzenie w pasażerów, linie lotnicze, turystykę i cargo. Państwo, które nie potrafi rozwiązać konfliktu konstytucyjno-politycznego inaczej niż przez zamykanie bram wjazdowych, nie pokazuje siły. Pokazuje bezradność. Wstydem jest już to, że taki pomysł w ogóle się pojawił. 

Największa ironia polega na tym, że administracja występująca pod sztandarem wolnego rynku mogłaby sięgnąć po środek głęboko antyrynkowy: administracyjnie przeciąć naturalne szlaki komunikacyjne, wymusić przesiadki, podnieść koszty i ukarać miasta, które są motorami amerykańskiej gospodarki. To nie byłaby „America first”, lecz „with a layover” — z obowiązkową przesiadką za karę.

Tomasz Deptuła

Dziennikarz, publicysta, ekspert ds. komunikacji społecznej. Przez ponad 25 lat korespondent polskich mediów w Nowym Jorku i redaktor “Nowego Dziennika”.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama