Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
piątek, 5 czerwca 2026 14:09
Reklama KD Market

Syndrom piękna i szaleństwa

Amerykański turysta stoi przed „Dawidem” Michała Anioła we florenckiej Galerii Akademii. Serce mu nagle przyspiesza, nogi odmawiają posłuszeństwa, pot zalewa twarz. Chwilę później mężczyzna traci przytomność i osuwa się na posadzkę. W tym samym czasie pod Ścianą Płaczu w Jerozolimie brytyjski turysta rozbiera się do naga, owija hotelowym prześcieradłem i oznajmia, że musi się oczyścić. W Paryżu Japończyk dostaje ataku paniki pod wieżą Eiffla. Zaczyna krzyczeć. Trzy osoby, trzy miasta i jeden wspólny mianownik: syndrom psychiatryczny wywołany samym miejscem.
Syndrom piękna i szaleństwa

Autor: Adobe Stock

W 1817 roku francuski pisarz Stendhal odwiedził Kościół Świętego Krzyża we Florencji. To właśnie tam spoczywają Niccolò Machiavelli, Galileusz i Michał Anioł. Gdy Stendhal stanął przed freskami Giotto, doznał czegoś, co później opisał niemal jak mistyczne objawienie: „Byłem w stanie ekstazy, kontemplując wyjątkowe piękno i doskonałość sztuki. (...) Wyszedłem z Santa Croce z bijącym sercem, wyczerpany, z obawą przed upadkiem”.

 

Syndrom Stendhala

Ponad 160 lat później włoska psychiatra Graziella Magherini, kierująca oddziałem psychiatrii szpitala Santa Maria Nuova, zauważyła niepokojącą prawidłowość. Raz w miesiącu, czasem częściej, trafiali do niej turyści z ostrymi objawami psychicznymi i psychosomatycznymi: kołatanie serca, zawroty głowy, dezorientacja. W cięższych przypadkach pojawiały się paranoje, depresja, utrata poczucia własnej tożsamości, a nawet halucynacje. Pacjenci niemal zawsze wskazywali ten sam moment graniczny: kontakt z wielką sztuką. Jedni stali przed „Narodzinami Wenus”, inni przed obrazami Caravaggio albo monumentalnym „Dawidem”. Piękno okazywało się dla nich czymś tak intensywnym, że organizm reagował jak podczas silnego szoku.

Magherini przez lata dokumentowała przypadki i w 1989 roku opublikowała książkę „Syndrom Stendhala”, opisującą 106 hospitalizowanych pacjentów z lat 1977-1986.

Według jej obserwacji typową ofiarą była osoba szczególnie wrażliwa emocjonalnie, często samotna, przemęczona lub żyjąca pod dużą presją psychiczną. Dla miłośników sztuki Florencja bywała jak spotkanie wszystkich bohaterów życia na raz. U części ludzi emocjonalne przeciążenie prowadziło do gwałtownej reakcji psychicznej. Syndrom nigdy nie został wpisany do oficjalnego klasyfikatora zaburzeń psychicznych, ale dla lekarzy pracujących we Florencji pozostaje zjawiskiem równie realnym jak atak paniki czy omdlenie.

 

Gorączka jerozolimska

Jerozolima ma własny syndrom – znacznie bardziej niepokojący. Między 1980 a 1993 rokiem do Kfar Shaul Mental Health Centre trafiło około 1200 turystów z ostrymi zaburzeniami psychicznymi o podłożu religijnym. Blisko 470 z nich wymagało hospitalizacji.

Pierwszy kliniczny opis tego zjawiska pojawił się już w latach 30. XX wieku za sprawą psychiatry Heinza Hermanna. Wówczas mówiono o „gorączce jerozolimskiej”. Współcześni psychiatrzy wyróżnili trzy typy zespołu jerozolimskiego. Dwa pierwsze dotyczą osób z wcześniejszymi problemami psychicznymi. Jeden z najbardziej znanych przypadków dotyczył Amerykanina chorego na schizofrenię paranoidalną, który przyjechał do Izraela przekonany, że musi przesunąć kamień w Ścianie Płaczu, ponieważ – według niego – znajdował się w niewłaściwym miejscu.

Najbardziej fascynujący jest jednak typ trzeci, tzw. czysty zespół jerozolimski. Dotyczy ludzi bez historii chorób psychicznych. Zwyczajnych turystów przyjeżdżających na pielgrzymkę lub wycieczkę. Bez narkotyków czy wcześniejszych epizodów psychiatrycznych. A jednak właśnie w Jerozolimie zaczynają zachowywać się tak, jakby tracili kontakt z rzeczywistością.

Typowy przebieg wygląda niemal filmowo. Turysta staje się niespokojny, oddziela się od grupy, obsesyjnie się myje i zaczyna mówić o duchowym oczyszczeniu. Potem rozcina hotelowe prześcieradła, tworząc coś w rodzaju biblijnej togi. W końcu idzie do świętego miejsca i zaczyna wygłaszać kazania. Niektórzy wierzą, że są Mojżeszem, Marią Magdaleną albo Janem Chrzcicielem. Inni przepowiadają koniec świata.

Najdziwniejsze jest to, że epizody zwykle mijają po kilku dniach. Pacjenci wracają do normalnego funkcjonowania, często zawstydzeni tym, co zrobili. Jakby psychika na chwilę otworzyła drzwi do zupełnie innej rzeczywistości, a potem znów je zamknęła.

W 2000 roku izraelskie służby i psychiatrzy obawiali się wręcz epidemii zespołu jerozolimskiego związanej z milenijnymi przepowiedniami i apokaliptycznymi wizjami końca świata. Spodziewanej fali jednak nie było.

 

Syndrom paryski

Syndrom paryski działa inaczej. Nie rodzi się z zachwytu ani religijnej ekstazy, lecz z brutalnego rozczarowania.

W 1986 roku japoński psychiatra Hiroaki Ota, pracujący we Francji, zauważył niepokojący wzorzec wśród japońskich turystów odwiedzających Paryż. Co roku kilkanaście lub kilkadziesiąt osób doświadczało tam tak silnych reakcji psychicznych, że potrzebowały pomocy medycznej. Pojawiały się urojenia, ataki lęku, paranoje i halucynacje.

Dla wielu Japończyków Paryż od dekad był czymś więcej niż miastem. W japońskiej kulturze funkcjonował jako symbol elegancji, luksusu i romantyzmu. Tokio pełne jest francuskich cukierni, butików Chanel i Louis Vuitton. W wyobraźni wielu turystów Paryż przypominał filmową dekorację – pełną artystów, kawiarni i uprzejmych ludzi w beretach.

Rzeczywistość okazywała się brutalniejsza. Zatłoczone metro, hałas, bezdomność, agresywni kieszonkowcy, brudne ulice i chłód mieszkańców stawały się dla części przyjezdnych psychicznym wstrząsem. Niektórzy zaczynali wierzyć, że są obserwowani i wyśmiewani przez Paryżan. Inni dostawali ostrych ataków paniki.

Japońska ambasada w Paryżu przez lata pomagała najcięższym przypadkom wrócić do kraju. Profesor Ota żartował gorzko, że najlepszym lekarstwem bywa „wsiąść do samolotu i nigdy nie wracać do Paryża”. U części pacjentów objawy ustępowały po powrocie do domu, inni wymagali dalszego leczenia psychiatrycznego.

 

Miasta szaleństwa

Żaden z tych trzech syndromów nie został oficjalnie uznany przez American Psychiatric Association. Dla lekarzy pracujących we Florencji, Jerozolimie czy Paryżu pozostają jednak czymś więcej niż miejską legendą.

Dlaczego niektóre miejsca potrafią tak silnie uderzyć w psychikę? Graziella Magherini uważała, że wielka sztuka działa jak detonator ukrytych emocji i wewnętrznych konfliktów. W przypadku Jerozolimy ogromne znaczenie ma religijna intensywność miasta – miejsca świętego dla judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. W Paryżu decydujące okazuje się zderzenie wyidealizowanych wyobrażeń z rzeczywistością.

Istnieją też czynniki wspólne: samotność, jet-lag, przemęczenie, stres podróży i dezorientacja związana z przebywaniem w obcym kraju. Wszystko to osłabia psychiczną równowagę.

Statystycznie ryzyko pozostaje jednak minimalne. Miliony ludzi każdego roku odwiedzają Florencję, Jerozolimę i Paryż bez żadnych problemów. Dla garstki wyjątkowo wrażliwych osób te miasta stają się jednak czymś znacznie bardziej niebezpiecznym niż zwykła podróż. Potrafią na kilka godzin – albo kilka dni – całkowicie rozbić granicę między zachwytem, wiarą i szaleństwem.

Joanna Tomaszewska


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama