„Architektura to zawód, bez początku i końca…”
Z inż. arch. Zbigniewem Cianciarą rozmawia Ellen Wierzewska, 24 lutego 1995 r. Publikacja dedykowana jest pamięci Zbigniewa Cianciary (1936–2024).
— Dlaczego wybrał Pan zawód architekta?
Czy ja ten zawód wybrałem? Chyba tak, wybrałem. Zanim jednak dokonał się ten wybór, chciałem być astronomem, dziennikarzem… podróżnikiem – jak każdy nastolatek. Dwa lata przed maturą wiedziałem już jednak, że zostanę architektem. Zawsze lubiłem rysować, szkicować, a jednocześnie pociągały mnie podróże – a to przecież część mojego zawodu. Od początku wiedziałem, że chcę uprawiać zawód twórczy – taki, który rzuca wyzwania, wymaga wyobraźni i w którym trzeba znaleźć nowy pomysł i nowe rozwiązanie przy realizacji każdego projektu.
— Był Pan wówczas bardzo młody. Czy już wtedy miał Pan świadomość, że architektura może przeżyć swojego twórcę?
Zdałem sobie sprawę z tego faktu dość wcześnie. To zresztą był może nawet katalizatorem moich marzeń o architekturze.
— Dlaczego właśnie architektura jest tak ważnym elementem naszego życia?
Architektura to wszystko to, co nas otacza – nasza przestrzeń, nasze schronienie… nasz azyl. To właśnie architekt tworzy nasze środowisko. Dobry architekt musi umieć zaprojektować klamkę do drzwi – i całe miasto. To bez wątpienia stanowi o unikalności zawodu architekta. Architektura to zawód bez początku i końca. Architekt to jest wcielenie kilku zawodów w jeden. Architekt jest jednocześnie artystą i inżynierem.
— Gdzie studiował Pan architekturę, jakie doświadczenia ukształtowały Pana jako młodego architekta?
Jestem absolwentem Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej – ukończyłem studia w 1960 roku. Wiedziałem jednak, że dyplom inżyniera architekta to za mało, dlatego wstąpiłem do warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, gdzie studiowałem architekturę wnętrz, ze specjalnością wzornictwa przemysłowego. Jednocześnie trzeba było zarabiać na chleb i zmagać się ze zdobyciem profesjonalnych uprawnień. Pracowałem więc w biurze projektowym i robiłem „karierę” inspektora nadzoru budowlanego, mój etat był mocno „poćwiartowany”.
Jeszcze w czasie studiów z kolegami wyjechaliśmy do Francji na wakacyjne winobranie. Przez dwa tygodnie zrywaliśmy winogrona na polach Szampanii. Potem ruszyliśmy oglądać zabytki Paryża... i szukać pracy. Uśmiechnęło się do mnie szczęście i znalazłem pracę w biurze architektonicznym jako kreślarz i projektant. Tak przeżyłem we Francji rok, kupiłem samochód i wraz z kolegą-architektem przez trzy miesiące włóczyliśmy się po Europie. Najpierw było południe Francji, potem Włochy, Grecja…
— Jakie wrażenie wywarło na Panu, młodym architekcie z Polski — kraju spustoszonego przez wojny, gdzie bez śladu zniknęły liczne pomniki kultury materialnej minionych pokoleń — obcowanie z zabytkami architektury Europy?
Przede wszystkim uzmysłowiłem sobie wówczas, jak dogłębnie uczono nas historii architektury. Bezpośrednie spotkanie z rzymskimi amfiteatrami, świątyniami i innymi zabytkami architektury wstrząsało świadomością, a jednocześnie dawało poczucie, że przecież już je znamy i potrafimy odnaleźć w historycznym krajobrazie Europy.
Architekci polscy odbierali wybitne i wszechstronne wykształcenie. Przekonałem się o tym zresztą wkrótce, kiedy podjąłem pracę poza granicami Polski. Naszymi nauczycielami w latach 50-tych były takie asy polskiej architektury jak prof. Jerzy Hryniewiecki czy prof. Bohdan Pniewski–jednym słowem znakomita przedwojenna jeszcze kadra profesorska.
— W latach sześćdziesiątych wielu polskich architektów frustrowały krajowe realia: wygrywali prestiżowe konkursy za granicą, podczas gdy w kraju ich ręce wiązały surowe normatywy mieszkaniowe. Jak wyglądały Pana doświadczenia?
Po studiach uprawiałem architekturę w Polsce zaledwie przez cztery lata i chyba miałem sporo szczęścia. Po pierwsze: wystartowałem do kilku konkursów zagranicznych i zdobyłem kilka wyróżnień, m.in. w konkursie na projekt ośrodka turystycznego w Las Palmas, na Wyspach Kanaryjskich, który przygotowałem wraz z dwójką kolegów. Konkursy polskie miały to do siebie, że przyznawano wiele nagród i wyróżnień, również pieniężnych. Najciekawszy z konkursów, które wygrałem z kolegami, dotyczył rozbudowy centrum Płocka — budowano tam właśnie wielką rafinerię ropy naftowej. Był to prestiżowy projekt, dzięki czemu dano nam ogromny margines swobody twórczej, akceptowano nasze projekty. Musieliśmy się oczywiście mieścić w granicach różnych „normatywów”, ale wizja artystyczna była nasza. Projektowaliśmy przestrzenie publiczne, plan ulic i kameralne zaułki miejskie.
— W roku 1964 przyjeżdża Pan do Ameryki, jest Pan młodym, dobrze wykształconym, początkującym polskim architektem…
Zacząłem od Bostonu, gdzie – choć grosza nie miałem przy duszy – złożyłem podanie o stypendium na Harvardzie. To właśnie tam spotkałem prof. Jerzego Sołtana, który pomógł mi dopełnić wszelkich formalności. Sołtan – legendarny polski modernista i bliski współpracownik Le Corbusiera, związany wcześniej z warszawską Akademią Sztuk Pięknych – wykładał tam wówczas jako profesor wizytujący, na kilka lat przed objęciem funkcji dziekana Wydziału Architektury. Wtedy postanowiłem szukać szczęścia w Chicago – mieście słynącym ze wspaniałej architektury. Trwający tam wtedy boom budowlany otwierał przed architektami bezprecedensowe możliwości przecierania szlaków w nowoczesnym projektowaniu.
Wiedziałem, że pracuje tu słynny polski architekt Stanisław Gładych, główny projektant terminali lotniska O’Hare z ramienia biura C.F. Murphy. Już po pierwszej rozmowie przyjął mnie do pracy, co stało się początkiem mojego chicagowskiego rozdziału życia. Mój pierwszy projekt to współpraca przy budynku kwatery głównej FBI w Waszyngtonie. Ja – przybysz z komunistycznej Polski, jest rok 1964, w Polsce jest „czerwono”, a ja dostaję „security clearance” i mam posadę. Gmach J. Edgara Hoovera miał powstać na Pennsylvania Avenue – obowiązywał tu styl monumentalny, klasyczny, a zarazem nowoczesny.
— Czy mógłby Pan opowiedzieć o dużych projektach, w których realizację był Pan zaangażowany?
W firmie C.F. Murphy pracowałem nad rozbudową lotniska O’Hare, w tym nad projektem parkingu oraz hotelu lotniskowego (obecnie Hilton Chicago O'Hare). Po kilku latach poczułem jednak, że „robi się dla mnie za ciasno”. Przeniosłem się na krótko do firmy Fridstein & Fitch, ale kompletnie nie mogłem tam znaleźć dla siebie miejsca i tę pracę wspominam zaledwie jako epizod. Pierwszy raz w życiu wziąłem wówczas pięciotygodniowe wakacje i wraz z żoną i córką wyjechaliśmy na włóczęgę po Europie. Wróciłem zrelaksowany, z nowymi pomysłami.
W Chicago trwał boom budowlany. W kilka dni po powrocie z Europy odbyłem trzy „interviews” i po tygodniu miałem pracę w firmie Bertrand Goldberg & Associates, tworzącej słynne Marina City, wówczas najwyższy budynek żelbetowy na świecie.
Kiedy zaczynałem tam pracę jako projektant, nie wiedziałem, że związany będę z tą firmą przez następnych 17 lat. Z czasem powierzono mi rolę głównego architekta, aż w końcu zostałem jednym z partnerów. Projektowałem tam najróżniejsze obiekty, począwszy od mojego pierwszego projektu, jakim był St. Joseph Hospital w Tacoma w stanie Waszyngton, aż po ostatni – kompleks River City w Chicago. Jednak tym prawdopodobnie najbardziej wymagającym wyzwaniem było największe na świecie Health Sciences Center w Stony Brook w stanie Nowy Jork. Projekt opiewał na 200 milionów dolarów — pół wieku temu były to astronomiczne pieniądze. Mający blisko 186 tysięcy metrów kwadratowych (ponad dwa miliony stóp kwadratowych) powierzchni, ośrodek zawierał szpital, szkoły medyczne... Praca nad tym przedsięwzięciem zabrała mi sześć lat życia.
— Jak architekt łączy praktyczny nadzór nad realizacją projektu z artystyczną wizją architektury?
Właśnie dlatego architekt musi nad tym wszystkim czuwać i sprawować kontrolę nad każdym etapem pracy – od fundamentów po dach. Architekt jest odpowiedzialny nie tylko za estetykę budynku, ale również za koordynację systemów konstrukcyjnych, mechanicznych i instalacji elektrycznych. Podobnie jak muzyka i poezja, dobra architektura harmonizuje formę, rytm i światło, aby wywołać reakcję emocjonalną.
– Czy ma Pan swój ulubiony styl lub nurt architektoniczny? W Pana karierze dominowały obiekty ochrony zdrowia – projektował Pan głównie szpitale, ale czy prywatnie preferuje Pan inną estetykę?
W czasie mojego 17-letniego stażu w firmie Bertrand Goldberg Associates około 90% moich projektów stanowiła architektura medyczna, w tym takie obiekty jak Prentice Women’s Hospital w Chicago, Saint Joseph Medical Center w Tacoma (stan Waszyngton) oraz szpitale w stanach Wisconsin, Arizona i Alabama. Zawsze lubiłem projektować szpitale, ponieważ postęp w medycynie i technologii sprawia, że każdy projekt jest unikalnym wyzwaniem twórczym.
Jeśli chodzi o styl architektoniczny, znaczna część tej działalności związana była z brutalizmem, który był wówczas bardzo popularny. Doceniam jednak również inne style, szczególnie Mid-Century Modern. Nasz dom w Highland Park, który wspólnie z żoną zaprojektowaliśmy i zbudowaliśmy w 1974 roku, odzwierciedla właśnie tę filozofię projektowania. Choć architektura ochrony zdrowia zajmowała znaczną część mojej kariery zawodowej, pracowałem nad bardzo różnorodnymi projektami. Każdy projekt powinien odpowiadać swojej funkcji i otoczeniu, uwzględniając jednocześnie wizję klienta. Za każdym razem potrzeby, oczekiwania i możliwości są inne.
— Czy architekt podróżujący w ten sposób po Ameryce spogląda na otaczający go krajobraz inaczej niż laik? Czy zauważa Pan „brzydką” architekturę?
Zauważam wyraźny podział na architekturę projektowaną przez architektów i obiekty wznoszone przez wykonawców na zlecenie deweloperów. Takie budownictwo powstaje czysto pod kątem ekonomicznym – jest zorientowane głównie na optymalizację kosztów. To widać od razu. Jest to twórczość powtarzalna, pozbawiona wartości estetycznych i wyraźnego stylu. Za to wielka architektura amerykańska – ukształtowana zresztą prawie w całości przez przybyszów z Europy – nie ma sobie równej w świecie. Za to wielka architektura amerykańska, ukształtowana zresztą prawie w całości przez przybyszów z Europy, nie ma sobie równej w świecie.
— Jaka historia kryje się za projektem lotniska Lake Calumet oraz prestiżową nagrodą architektoniczną, którą ten projekt otrzymał?
Przed kilku laty burmistrz Chicago, Richard M. Daley, chciał koniecznie zbudować bardzo już potrzebne, trzecie lotnisko służące Chicago. Chciał, by powstało ono na terenach Lake Calumet. Firma Skidmore, Owings & Merrill, do której zwrócono się pierwotnie o projekt, nie mogła uporać się z tym zadaniem, a z biura odeszło kilku znamienitych architektów. Byłem już wówczas, wraz z żoną Krystyną, współwłaścicielem firmy Cianciara Architects w Highland Park, którą założyliśmy w 1984 roku. Powinienem dodać, że Krystyna, również absolwentka Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej, wniosła do naszej pracowni bogate doświadczenie zdobyte wcześniej w czołowych biurach architektonicznych w Chicago, m.in. w Skidmore, Owings & Merrill oraz Bertrand Goldberg & Associates.
Kiedy nasza firma otrzymała propozycję opracowania projektu lotniska Lake Calumet od firmy Hey & Associates, wyłączyłem się na trzy miesiące z wszelkich innych zobowiązań i dniem i nocą tworzyłem go wraz z działającymi w pełnej poufności konsultantami: od pasów startowych, poprzez kanały, terminale i parkingi, aż po hotele, tworząc kompleksowy plan generalny lotniska. Niestety legislatura stanowa w Springfield, po długich walkach politycznych, storpedowała ten projekt. Plany jednak pozostały i być może przydadzą się w przyszłości. Projekt otrzymał w 1992 roku nagrodę Progressive Architecture Award za plan generalny i koncepcję architektoniczną.
— Pańskie doświadczenie lotnicze wykorzystano także na poziomie lokalnym, projektując lądowisko na dachu szpitala St. Mary of Nazareth (Nazaretanek). Czy opowie Pan o tym projekcie i innych pracach na terenie kampusu?
W 1986 roku, z myślą o rozbudowie szpitalnego oddziału ratunkowego i urazowego, zaprojektowaliśmy lądowisko dachowe ze specjalną rampą. Obiekt powstał w północno-wschodniej części kompleksu i wyróżniał się niezwykle plastyczną, rzeźbiarską formą z żelbetu. Ta spiralna konstrukcja została zaprojektowana tak, by idealnie wpisywać się w charakterystyczną, pełną obłości i geometrii architekturę oryginalnego gmachu autorstwa pracowni Perkins & Will.. W ramach szerszych prac na terenie kampusu przenieśliśmy i powiększyliśmy Family Practice Center, a wyższe kondygnacje zaadaptowaliśmy na nowy klasztor dla Sióstr. Stworzyliśmy też rozległe zaplecze gabinetów lekarskich, przebudowaliśmy “Education Building” oraz zaprojektowaliśmy zadaszony łącznik napowietrzny, który spiął go bezpośrednio z głównym gmachem szpitala.
— Podjął się Pan dzieła rozbudowy i adaptacji zabytkowej sali Teatru Kopernikowskiego, znanego od roku 1930 jako Gateway Theatre. Czy budynek ten powinien być ocalony?
Jest to jedna z najbardziej imponujących sal teatralnych w Chicago, pochodząca z czasów wielkich kinoteatrów lat 20. i 30. W rzeczywistości to jedyny ocalały teatr w stylu atmospheric w całym regionie Chicago, a zarazem dzieło wybitnych architektów z biura Rapp & Rapp, twórców słynnego Chicago Theatre. Można by się spierać o sam styl tego teatru, ale czasami architektura nie całkiem klasyczna potrafi stworzyć wspaniały nastrój – to, co tutaj nazywa się „ambiance”. Ten właśnie urok jest wywoływany przez charakterystyczny, głęboki błękit sklepienia, na którym — w miarę gaszenia głównych świateł na widowni — zaczynają migotać maleńkie punkciki świetlne, imitując gwieździste niebo. Poza aspektami wizualnymi, teatr ten od zawsze słynął z fenomenalnej akustyki. Ostatecznie wnętrze to powinno pozostać nienaruszone jako obiekt zabytkowy, ponieważ pięknie ucieleśnia ducha innej epoki — początków ery kina dźwiękowego.
— Co jest potrzebne, aby Teatr Kopernikowskiego mógł nadal gościć profesjonalne produkcje z liczną obsadą i bogatą scenografią?
Teatr wymaga powiększonej sceny i proscenium, wraz z zapleczem, garderobami oraz rampą załadunkową, która umożliwiłaby wnoszenie scenografii i sprzętu bezpośrednio na poziom sceny. Pierwotny kosztorys opiewał na około 1,5 miliona dolarów — kwota ta obejmowała systemy dźwiękowe i oświetleniowe, kurtyny oraz skomputeryzowany system sterowania, ale nie uwzględniała kosztownej wymiany foteli ani odświeżenia samej widowni. Wymiana foteli byłaby skomplikowana, ponieważ obecne przepisy budowlane wymagają szerszych odstępów między rzędami i wielu innych adaptacji, dlatego o wiele bardziej praktyczna byłaby renowacja oryginalnych siedzisk.
— Dlaczego w Ameryce burzy się tak wiele cennych obiektów zabytkowych?
Przypisuję ten fakt kulturze pieniądza. Wyburza się jeden budynek, by zastąpić go drugim, który przyniesie większe zyski. Na szczęście – to się zmienia. W Chicago istnieje już rejestr zabytków i są one chronione przed nieprzemyślanymi adaptacjami, nie mówiąc o ochronie przed rozbiórką.
— Czy Teatr Kopernikowski nie zasługiwałby na wsparcie ze strony miasta lub stanu? Jak organizacje „not-for-profit” mogą dziś zdobywać fundusze na tak kosztowne przebudowy?
Zdecydowanie tak. I jako zabytek architektoniczny, i jako instytucja służąca nie tylko społeczności polskiej, ale i wielu innym środowiskom kulturalnym. W Polsce mojego dzieciństwa istniał Fundusz Odbudowy Stolicy – za jedną złotówkę dostawaliśmy cegiełkę. Uzbierało się tych cegiełek tyle, że Warszawa została odbudowana ze zniszczeń wojennych w bardzo szybkim czasie. Myślę, że Polonia chicagowska chętnie przyłożyłaby rękę do rozbudowy sali kopernikowskiej, dopłacając np. do 20- czy 30-dolarowego biletu. Przecież ten teatr zostanie na lata, kiedy nas już nie będzie.
— Jaki zabytek architektury lub jakie miejsce na Ziemi zachwyca Pana najbardziej jako architekta i twórcę?
Najwspanialszym skupiskiem skarbów architektury i dzieł genialnych twórców są oczywiście Włochy. Dla mnie wszakże najbliższe sercu pozostają rodzime, polskie zabytki i nasze dziedzictwo kulturowe. Podczas pobytu w Hiszpanii przeżyłem jednak głębokie olśnienie w bezpośrednim zetknięciu z dziełem genialnego Antoniego Gaudiego i jego niedokończonym arcydziełem w Barcelonie — świątynią Sagrada Família.
— Co znajduje się obecnie na deskach kreślarskich w Cianciara Architects? Choć mają Państwo na koncie wybitne realizacje instytucjonalne, czy to na nich skupiają się Państwo najbardziej, czy też preferują Państwo szersze spektrum projektów?
Mieliśmy zaszczyt realizować niezwykle różnorodne, fascynujące projekty – od obiektów infrastrukturalnych i komercyjnych, przez architekturę sakralną, aż po rezydencje. Nie ograniczamy się do jednej specjalizacji, ponieważ to właśnie ta wszechstronność najbardziej nas napędza. Skończyliśmy właśnie projekt klasztoru sióstr nazaretanek w Des Plaines, którego budowa rusza już w przyszłym miesiącu. o dla nas naprawdę wyjątkowy projekt, zwłaszcza że Krystyna zaprojektowała witraże do kaplicy. Obecnie przystępujemy do projektowania rezydencji w Lake Bluff. Jest to inspirowana stylem włoskim willa o powierzchni blisko 1500 metrów kwadratowych, gdzie na życzenie klientów zaplanowaliśmy reprezentacyjną salę balową oraz kompleks z krytym basenem w stylu weneckim. Ta wyjątkowa posiadłość zostanie kunsztownie wkomponowana w pięcioakrową działkę, otwierając się stumetrową, prywatną linią brzegową na Jezioro Michigan.
— W jaki sposób Państwa relacja twórcza jako małżeństwa kształtuje wspólną wizję architektoniczną całej pracowni?
Wspólnie z Krystyną dzielimy tę samą filozofię projektowania, skupioną na tworzeniu architektury podnoszącej jakość ludzkiego życia i wyrastającej bezpośrednio z kontekstu miejsca. Posługujemy się tożsamym językiem wizualnym, dzięki czemu nasze indywidualne intuicje naturalnie krystalizują się w jedną, bezkompromisową wizję projektową.
“Architecture is a profession without a beginning or an end…”
Architect Zbigniew Cianciara in conversation with Ellen Wierzewska, February 24, 1995. This publication is dedicated to the memory of Zbigniew Cianciara (1936–2024).
— Why did you choose the profession of architecture?
Did I choose this profession? Yes, I suppose I did. Before making that decision, though, I wanted to be an astronomer, a journalist… a world traveler—like any teenager. Then two years before graduating from high school, I already knew that I would become an architect. I always liked to draw and sketch, and I was also fascinated by travel—which after all is a part of my profession. From the beginning, I knew I wanted a creative career—one that presents challenges, demands imagination, and where you have to find a fresh idea and a new solution for every project.
— You were very young at the time. Were you already aware that architecture can outlive its creator?
I realized that fairly early. That, after all, may have been the catalyst for my dream of becoming an architect.
— Why is architecture such an important element of our life?
Architecture is everything that surrounds us—our space, our shelter… our sanctuary. It is the architect who creates our environment. A good architect must know how to design a door handle–and an entire city. That, without a doubt, is what makes our work so unique. Architecture is a profession without a beginning or an end. An architect embodies several disciplines in one. He is both an artist and an engineer.
— Where did you study architecture, what experiences shaped you as a young architect?
I graduated from the Faculty of Architecture at the Warsaw University of Technology in 1960. But I felt that a degree as an architect-engineer was not enough, so I went on to the Warsaw Academy of Fine Arts to study interior architecture, specializing in industrial design. At the same time, I had to make a living while working toward my professional license. I was employed at a design firm while also picking up work as a construction site inspector, so my hours were completely fragmented.
Back during my university days, a few friends and I went to France for a summer grape harvest. For two weeks, we picked grapes in the fields of Champagne. Afterward, we set out to see the historic sites of Paris—and to look for work. Luck smiled on me, and I found a job at an architectural office as a draftsman and designer. That’s how I spent a year in France. I bought a car, and together with a fellow architect, we spent three months bumming around Europe: first it was the south of France, then Italy, Greece...
— What impression did it make on a young man from Poland—a country devastated by successive wars, where so many monuments of past generations had vanished without a trace—to encounter Europe's architectural treasures firsthand?
Above all, it hit me then how thoroughly we had been taught architectural history. Coming face-to-face with Roman amphitheaters, temples, and ancient ruins was a shock to the system, yet it simultaneously gave me this profound sense of familiarity—as if I already knew them and could easily place them within Europe's historical landscape. Polish architects received an exceptional, all-encompassing education. I saw proof of that shortly after, when I began working outside of Poland. In the 1950s, our teachers included the titans of Polish architecture, like Professors Jerzy Hryniewiecki and Bohdan Pniewski—in short, an extraordinary, pre-war generation of faculty.
— In the 1960s, many Polish architects were frustrated by domestic realities: they won prestigious competitions abroad, yet at home, they were heavily constrained by rigid housing regulations. What was your personal experience?
After university, I practiced architecture in Poland for nearly four years, and I consider myself quite fortunate. First of all, I entered several international competitions and received numerous distinctions—including an award for a new tourist resort in Las Palmas in the Canary Islands, which I co-designed with two colleagues. Polish competitions at the time were unique because they often awarded multiple cash awards and formal distinctions. The most interesting competition we won involved the urban redevelopment of downtown Płock, right as a massive oil refinery was being constructed there. Because it was a high-profile, prestigious project, we were granted immense creative freedom, and our ideas were readily accepted. Naturally, we still had to fit within the boundaries of various "regulations," but the artistic vision was completely ours. We designed public spaces, street layouts, and intimate urban passages.
— It’s 1964, you arrive in America as a young, well-educated, aspiring Polish architect…
I started out in Boston, applying for a Harvard fellowship even though I was practically penniless. That’s where I met my mentor, Professor Jerzy Sołtan, who guided me through all the formalities. Sołtan—a legendary Polish modernist who had worked with Le Corbusier—was serving as a visiting critic at the time, just a few years before becoming Chair of the Architecture Department. From there, I decided to try my luck in Chicago. Renowned for its magnificent architecture, the city was experiencing a massive development surge that offered unparalleled opportunities to pioneer modern design
I knew of a renowned Polish architect, Stanley Gładych, who was working here as the chief designer of the O'Hare Airport terminals for C.F. Murphy. He hired me after our very first meeting, which marked the beginning of my Chicago chapter. My first project was collaborating on the FBI Building in Washington, D.C. Imagine me—a newcomer from communist Poland, the year is 1964, Poland is "red," yet I receive security clearance and land the job! The J. Edgar Hoover Building was to be constructed on Pennsylvania Avenue, so the design had to strike a perfect balance—it needed to be monumental and classical, yet thoroughly modern.
— Could you tell us about some of the major projects you have been involved with throughout your career?
At C.F. Murphy, I worked on the expansion of O’Hare Airport including the construction of its parking garage and hotel (today, Hilton Chicago O’Hare). After a few years, however, I felt that the environment had become too limiting. I briefly moved on to Fridstein & Fitch, but I could not quite find my place there and I look back at my job there as merely an episode. So, for the first time in my life, I decided to take a five-week vacation with my wife and our daughter to travel around Europe. I returned refreshed and full of new ideas.
Chicago was experiencing a massive construction boom. A few days after returning from Europe, I had three interviews, and within a week, I secured a position at Bertrand Goldberg & Associates—the firm behind the famous Marina City, which was the tallest reinforced concrete building in the world at the time. When I joined the practice as a designer, I had no idea I would remain there for the next seventeen years. Over time, I was given the responsibility of serving as chief designer and eventually became a partner in the firm. I worked on a wide range of projects, spanning from my first, St. Joseph Hospital in Tacoma, Washington, to my last, River City in Chicago. But perhaps my most ambitious project was the world’s largest Health Sciences Center in Stony Brook, New York. The project was budgeted at $200 million—an astronomical sum at the time. Spanning over two million square feet, the complex included a hospital, medical schools, and related facilities. That project alone consumed six years of my life.
— How does an architect combine the practical supervision of project realization with the artistic vision of architecture?
This is precisely why an architect must oversee all aspects of a project and maintain control throughout every stage of its development—from the foundation to the roof. An architect is responsible not only for the aesthetic quality of a building, but also for coordinating its structural, mechanical, and electrical systems. Much like music or poetry, good architecture orchestrates form, rhythm, and light to evoke an emotional response.
— Do you have a favorite architectural style or movement? While healthcare facilities—specifically hospitals—dominated your career, is there a different aesthetic you prefer personally?
During my 17-year tenure at Bertrand Goldberg Associates, approximately 90% of my work involved healthcare architecture, with projects including Prentice Women’s Hospital in Chicago, Saint Joseph Medical Center in Tacoma, Washington, and hospitals in Wisconsin, Arizona, and Alabama. I have always enjoyed hospital design because advances in medicine and technology make each project a unique creative challenge.
In terms of architectural style, much of that work was influenced by Brutalism, which was prominent at the time. However, I appreciate other architectural styles as well, particularly Mid-Century Modern. In fact, our home in Highland Park, which my wife and I designed and built together in 1974, reflects that design philosophy. While healthcare architecture accounted for much of my career, I have worked on a wide variety of projects. Every design should reflect its purpose and surroundings, while also incorporating the client's vision. With each project there is a different set of needs, expectations, and opportunities.
— Does an architect traveling across America view the surrounding landscape differently from a layperson? Do you notice “ugly” architecture?
I notice a clear division between architecture designed by architects and buildings put up by contractors for developers. This type of construction is driven purely by economics, focusing mainly on minimizing costs. You see it instantly; it’s repetitive work, lacking in aesthetic value and a distinct style. In contrast, great American architecture—shaped, after all, almost entirely by immigrants from Europe—remains unrivaled in the world.
— What was the story behind the design of Lake Calumet Airport, and the architectural award you received?
Several years ago, the Mayor of Chicago, Richard M. Daley, was determined to construct a much-needed third airport to serve Chicago, selecting the Lake Calumet area as the location. Skidmore, Owings & Merrill, who were originally approached for the project, struggled to move it forward, and several prominent architects subsequently left the firm. By then, my wife, Krystyna, and I had established our own practice, Cianciara Architects, in Highland Park, which we founded in 1984. I should mention that Krystyna, who is also a graduate of the Faculty of Architecture at the Warsaw University of Technology, brought considerable experience to the table from her time at major Chicago offices, including SOM and Bertrand Goldberg & Associates.
When we were approached to design Lake Calumet Airport by the engineering firm Hey & Associates, I stepped away from all other commitments for three months. Working day and night with our consultants operating under strict confidentiality, we developed a comprehensive master plan encompassing everything from runways, canals, and terminals to parking structures and hotels. Unfortunately, after a long political battle, the state legislature in Springfield blocked the project. However, the blueprints remain, and perhaps they will prove useful in the future. Despite the project being shelved, the conceptual design was honored with a Progressive Architecture Award in 1992.
— Your aviation architecture expertise was scaled down to local infrastructure with a rooftop heliport for St. Mary of Nazareth Hospital. Can you tell us about that project and your other work for its campus?
We designed a rooftop heliport and ramp to support Saint Mary's expanding trauma and emergency capabilities in 1986. Built onto the northeast section of the complex, this facility featured a highly sculptural concrete spiral access ramp leading up to the landing pad, engineered to stay consistent with the geometric, curved theme of the original Perkins & Will architecture. As part of our broader work for the campus, we relocated and expanded the Family Practice Center, converted the upper floors into a new convent for the Sisters, and developed extensive medical office spaces. We also remodeled the Education Building and designed an enclosed pedestrian skybridge connecting it to the main hospital facilities.
— You undertook the expansion and adaptive reuse of the historic Copernicus Theater, known since 1930 as the Gateway Theatre. Why should this building be preserved?
Gateway Theater remains one of Chicago’s most impressive auditoriums, dating back to the grand movie palaces of the 1920s and 1930s. It’s also the last surviving atmospheric-style theater in Chicago–the work of architects Rapp & Rapp, creators of the iconic Chicago Theatre. One could debate the specific style of the theater, but sometimes "not quite classical" architecture is capable of creating a magnificent atmosphere—what we refer to here as "ambiance." This very charm is evoked by the characteristic, deep blue of the vaulted ceiling, where—as the main lights in the auditorium fade—tiny points of light shimmer, imitating a starry night sky. Beyond its visual aspects, the theater has always been known for its phenomenal acoustics. Ultimately, the interior should remain intact as a historic landmark, as it beautifully embodies the spirit of another era—the beginning of the age of sound cinema.
— What is needed for the Copernicus Theatre to continue hosting professional productions with large casts and elaborate scenery?
The theater requires an expanded stage and proscenium, together with backstage facilities, dressing rooms, and a loading dock that would allow scenery and equipment to be brought directly onto stage level. The original cost estimate was approximately $1.5 million, a figure that included sound and lighting systems, curtain rigging, and a computerized control system, but it did not include the costly replacement of seating or cosmetic restoration of the auditorium itself. Replacing the seats would be complicated because current building codes require wider row spacing and numerous other adaptive modifications; therefore, restoring the original seats would be far more practical.
— Doesn't the theater deserve support from the city or the state? Why are so many valuable historic buildings being demolished in America?
Absolutely, both as an architectural landmark and as an institution serving not only the Polish community, but many other cultural groups as well. I attribute much of the destruction to a culture driven by money; one building is demolished and replaced by another simply because the new structure is more financially lucrative. Fortunately, that is beginning to change. Chicago now maintains a landmark registry, protecting historic buildings from ill-conceived alterations, let alone demolition.
— How can non-for-profit organizations secure funding for such costly renovations today?
When I was growing up in Poland, there was a national Fund for the Reconstruction of Warsaw. For a single złoty, people could buy a symbolic 'brick' to support rebuilding the capital. So many of those contributions were collected that Warsaw was rebuilt remarkably quickly after the devastation of war. I believe Chicago's Polish community would just as gladly support the expansion of the Copernicus Theater—perhaps through a small surcharge on a typical twenty or thirty-dollar ticket. After all, this theater will stand for generations, long after we are gone.
— What architectural landmark or place in the world inspires you most as an architect and creator? –
The most magnificent concentration of architectural treasures and masterpieces by brilliant creators is, of course, in Italy. For me, however, our native Polish historic landmarks and cultural heritage remain closest to my heart. Yet, during my stay in Spain, I experienced a profound revelation upon encountering the genius of Antoni Gaudí and his unfinished masterpiece in Barcelona—the Sagrada Família.
— What is currently on the drawing board at Cianciara Architects? While you have notable institutional work, is that your primary focus, or do you prefer a broader mix of projects?
We have had the privilege of working on a remarkably diverse and fascinating spectrum of projects—from infrastructure and commercial buildings to sacred spaces and residential estates. We do not limit ourselves to a single specialization, as this versatility is precisely what drives us. We have just finished the design for the Sisters of the Holy Family of Nazareth convent in Des Plaines, with construction slated to begin next month. This is a deeply meaningful project for us, especially since Krystyna designed stained-glass windows for the chapel. We are also beginning a 16,000-square-foot, Italian-inspired villa project in Lake Bluff. At the clients' request, the design incorporates a grand ballroom and a Venetian-style indoor pool complex, while artfully integrating the estate across five acres with 300 feet of private Lake Michigan shoreline.
— How does your creative dynamic as a husband-and-wife leadership team shape the shared architectural vision of your practice?
Rooted in a shared design philosophy and a common visual language, our practice creates architecture that elevates the human experience while blending our individual design instincts into a unified vision.
Zdjęcia/Photos: arch. Kasha Puharich

