Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama POLONEZ
Wywiad

Gen. Gromadziński: Rosja musi wiedzieć, że w przypadku ataku odpowiemy, uderzając głęboko w jej terytorium

Rosja musi wiedzieć, że w przypadku ataku, Polska odpowie, uderzając gdzieś głęboko w jej terytorium, wykorzystując pociski rakietowe czy lotnictwo - powiedział PAP gen. Jarosław Gromadziński. - Nie po to kupowaliśmy tego typu uzbrojenie, żeby trzymać je w magazynach – dodał.
Gen. Gromadziński: Rosja musi wiedzieć, że w przypadku ataku odpowiemy, uderzając głęboko w jej terytorium
Generał Jarosław Gromadziński

Autor: P.parapura - Praca własna/Wikipedia

PAP: Amerykański wywiad ostrzegł niedawno Polskę przed rosyjskimi prowokacjami. Sygnały, że Rosja jest gotowa „przetestować” NATO, płyną też z krajów bałtyckich. Na ile realne są te groźby?

Generał Jarosław Gromadziński, prezes Defence Institute, generał broni (rezerwy), b. dowódca Eurokorpusu i 15. Giżyckiej Brygady Zmechanizowanej im. Zawiszy Czarnego, twórca 18. Dywizji Zmechanizowanej „Żelaznej”: - Rosja jest mistrzem świata w grze pozorów, a prowadzenie wojny hybrydowej opanowała do perfekcji. Sygnały, o których rozmawiamy, to próba zdestabilizowania krajów wschodniej flanki NATO i szerzej – Zachodu. Uważam, że w ślad za tymi groźbami nie pójdą konkretne działania, bo dziś Rosja nie może sobie pozwolić na konfrontację zbrojną z NATO. Zwyczajnie jej na to nie stać. Biorąc pod uwagę straty, jakie Rosjanie ponieśli w Ukrainie, nie sądzę, aby w ciągu 10 lat byli gotowi do pełnoskalowego starcia z jakimkolwiek państwem NATO.

 

Pytanie, czy Rosjanie nie zdecydują się na graniczną prowokację np. w Estonii, przed czym eksperci ostrzegają od lat?

Powtarzam, Rosjanie są mistrzami w zaciemnianiu sytuacji. Starają się unikać otwartej konfrontacji, którą w myśl prawa międzynarodowego można by uznać za wojnę agresywną. Przykład? Krym w 2014 zajęły tzw. zielone ludziki, a nie armia rosyjska. Cztery lata po pełnoskalowej inwazji na Ukrainę ani rosyjska gospodarka, ani tym bardziej armia nie udźwignęłaby ciężaru konfrontacji z całym NATO, a tym skończyłaby się wcześniej czy później jakakolwiek agresja np. na Estonię. Nie znaczy to, że Kreml nie zaostrzy działań hybrydowych. Możemy się spodziewać kolejnych prowokacji, fali dezinformacji czy aktów sabotażu. Wiemy, że Rosjanie nie robią tego swoimi rękami, ale wynajmują przebywających w Polsce Ukraińców czy Gruzinów.

 

Porozmawiajmy o czułych punktach. Gdzie można spodziewać się rosyjskich prowokacji? Co poza infrastrukturą krytyczną może paść ofiarą aktów sabotażu?

 Szeroko rozumiany system społeczno-polityczny. Rosja zdaje sobie sprawę ze słabości demokracji, jaką jest Polska. Może próbować spróbować zdestabilizować sytuację społeczną poprzez zachwianie wiarygodności do rządu czy instytucji państwowych. Kremlowi chodzi o to, by Polacy stracili zaufanie do władz. Rosja ma do dyspozycji cały wachlarz klasycznych akcji sabotażowych: podpalenia magazynów i centrów handlowych, próby wysadzenia torów kolejowych itd. Do takich zdarzeń dochodziło już w przeszłości i zapewne na tym się nie skończy. Obawiam się, że Rosjanie będą próbowali doprowadzić do jakiegoś masowego „zdarzenia”, bo tak bym to określił, czyli np. wielkiego wypadku czy potężnej awarii infrastruktury. Wszystko po to, by zademonstrować, że państwo polskie sobie nie radzi.

 

Jak interpretuje pan odbudowywanie potencjału wojskowego na granicy z Finlandią, gdzie stopniowo zapełniają się stare bazy i powstają nowe garnizony. Wygląda na to, że Rosja przygotowuje się do kolejnej wojny...

Nie sądzę. To reakcja na fakt, że Szwecja i Finlandia weszły do NATO. Przed rozszerzeniem NATO na północ, tej części Federacji Rosyjskiej „pilnował” Zachodni Okręg Wojskowy. W lutym 2024 roku Władimir Putin podpisał dekret, który podzielił ten obszar na dwa odrębne zgrupowania: Leningradzki Okręg Wojskowy oraz Moskiewski Okręg Wojskowy. Ten pierwszy obejmuje północno-zachodnią część kraju m.in. obwód leningradzki, obwód królewiecki, Karelię i Murmańsk i graniczy bezpośrednio z Finlandią i państwami bałtyckimi. W jego skład weszła także Flota Północna. Rosja odbudowuje garnizony, które istniały w czasach zimnej wojny. Słowem - musi wzmacniać swój potencjał w tej części kraju, narażając się na koszty. To klasyczny, regionalny wyścig zbrojeń.

 

Rosjanie obawiają się blokady obwodu królewieckiego. Czy to nie jest miejsce, w którym może dojść do konfrontacji?

Boją się i słusznie. Jeżeli Rosja zaatakuje NATO, to dlaczego nie mielibyśmy pójść na Królewiec? Nie raz mówiłem publicznie, że rosyjską eksklawę trzeba odczarować. W marcu 2025 roku amerykański generał Christopher Donahue, były dowódca Sojuszniczego Dowództwa Lądowego NATO powiedział wprost, że - gdyby doszło do konfliktu z Rosją - siły Sojuszu powinny być gotowe do wyeliminowania zagrożenia ze strony Królewca. Rosja musi być świadoma, że w przypadku wtargnięcia do któregokolwiek z krajów NATO, siły Sojuszu odpowiedzą, uderzając gdzieś głęboko na terytorium Rosji, wykorzystując do tego celu pociski rakietowe czy lotnictwo. Do tej pory to Putin straszył nas Królewcem, a my przygotowywaliśmy się do obrony. Dziś w sposób jasny komunikujemy, że gdyby doszło do ataku na NATO, Królewiec należy „wyłączyć” z gry - „wyłączyć”, nie zajmować, ale pozbawić znajdujące się tam siły zdolności do działania.

 

Z powietrza?

Po prostu obezwładnić, bo przecież jest w zasięgu naszych rakiet i artylerii. Chodzi o wyeliminowanie znajdujących się tam sił, zamknięcie portu i przerwanie linii zaopatrzenia, odcięcie dostaw prądu, wody. Królewiec stanie się wtedy pułapką dla Rosjan.

 

Nie obawia się pan, że w odpowiedzi na „obezwładnienie” Królewca, Rosja przeprowadzi zmasowany atak dronowy i rakietowy na duże polskie miasta – Gdańsk, Warszawę, Kraków? Tak wygląda dziś wojna w Ukrainie.

Duże miasta zawsze będą celem Rosjan, więc musimy być do tego przygotowani. Dlatego za uzasadnione uważam przeniesienie działań na stronę przeciwnika. Mamy do tego zdolności - wyrzutnie rakietowe M142 HIMARS, wyrzutnie K239 Chunmoo o zasięgu 300 km, nasze F-16 mogą przenosić pociski rakietowe AGM-158 JASSM-ER o zasięgu 900-1000 km. W ciągu minionych 4 lat polskie siły zbrojne dokonały ogromnego skoku, polska armia jest liczniejsza, lepiej wyszkolona i uzbrojona. Mamy jedną z największych i najlepiej wyposażonych armii w Europie. Polskie wojska lądowe są potęgą w tej części świata. Przykład? Ukraina dysponuje ponad 30 bateriami HIMARS-ów z ograniczeniem zasięgu do 120 km, my mamy ok. 30 baterii HIMARS i kupiliśmy 20 koreańskich wyrzutni K239 Chunmoo o dwa razy większym zasięgu.

Rosja musi być świadoma, że - w przypadku ataku - odpowiemy, uderzając gdzieś głęboko na jej terytorium, wykorzystując do tego celu pociski rakietowe czy lotnictwo. Nie po to kupowaliśmy tego typu uzbrojenie, żeby trzymać je w magazynach. Bierzmy przykład z Ukrainy, która przeprowadza uderzenia dronowe w głębi rosyjskiego terytorium. Rosja nie jest zdolna do obrony całego swego terytorium przed atakami z powietrza. Chodzi o to, by po pierwsze - obniżyć jej potencjał do prowadzenia wojny, a po drugie - żeby Rosjanie, także cywile, na własnej skórze odczuli skutki wojny. Co więcej, gdybyśmy posiadali pociski rakietowe o większym zasięgu – do 1500 km, bylibyśmy w stanie prowadzić operacje jeszcze głębiej na terytorium Rosji. Moglibyśmy uderzać w rafinerie, węzły kolejowe, drogowe czy telekomunikacyjne i przez to sparaliżować system kierowania państwem, uniemożliwić Rosji prowadzenie wojny.

 

Rozumiem, że jakąkolwiek operację przeciwko Rosji, np. „obronę manewrową” musielibyśmy przeprowadzić w koordynacji z innymi krajami NATO?

To tak nie działa, mamy cały proces. W razie konfliktu najpierw prowadzi się operację narodową, następnie koalicyjną, a na samym końcu – natowską. Artykuł 4. Traktatu Waszyngtońskiego mówi o konsultacjach w razie zagrożenia jakiegokolwiek państwa NATO przed podjęciem decyzji. Kolejny krok to „force generation”, czyli proces, w którym państwa członkowskie deklarują oraz przydzielają personel, sprzęt i zasoby niezbędne do przeprowadzenia operacji. Następnie mamy przemieszczenie sił, a dopiero potem przejęcie odpowiedzialności za prowadzenie walki. Odpowiedź NATO to nie jest „magic movement”, jak wyobrażają sobie laicy. To nie jest tak, że Sojusz od razu włącza się do akcji pełną parą i żołnierze Sojuszu natychmiast pojawiają się w Polsce. Kilka lat temu podczas natowskich ćwiczeń okazało się, że przemieszczenie tylko jednego korpusu zajmuje 45 dni. Artykuł 3. Traktatu Waszyngtońskiego zobowiązuje nas do utrzymywania własnego potencjału obronnego tak, abyśmy mogli obronić się samodzielnie.

 

Kontrakt na kupno trzech szwedzkich okrętów podwodnych A-26 znacznie zwiększa nasz potencjał na Bałtyku. Czy nie sprowokuje to Rosji do przeprowadzenia jakieś akcji wyprzedzeniowej na morzu, zanim jeszcze te okręty znajdą się w służbie Marynarki Wojennej?

Po przyjęciu do Sojuszu Szwecji i Finlandii Bałtyk stał się wewnętrznym morzem NATO. Rosja ma świadomość, że w razie konfliktu odcięty może być nie tylko Królewiec, ale Flota Bałtycka stacjonująca w Kronsztadzie oraz Bałtijsku. W razie wojny jej okręty nie wyjdą na Bałtyk. Uważam, że w ramach NATO powinniśmy skoordynować działania na Morzu Bałtyckim przez utworzenie wspólnego dowództwa. W interesie Polski jest intensyfikacja współpracy z Nordic-Baltic Eight, czyli ósemką krajów nordyckich i bałtyckich. Mam na myśli nie tylko o współpracę wojskową, ale także synchronizację naszych sił zbrojnych, koordynację przestrzeni powietrznej, obrony przeciwlotniczej czy marynarki wojennej. Razem możemy też lepiej wykorzystać nasz potencjał obronny czy przemysłowy. O tym wszystkim piszę w raporcie „Bałtyk 2035 - nowa architektura bezpieczeństwa”, który został opublikowany wiosną 2026 roku pod szyldem Defence Institute.

 

Rozmawiał Jacek Pawlicki (PAP)


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama