Marsz prowadził przez wsie podpalone wcześniej przez straż przednią. Dochodziła godzina 8.00 rano, gdy deszcz ustał, zza chmur wyjrzało słońce, a król Władysław Jagiełło zarządził postój na wzgórzu przy jeziorze Łubień. Jak każdego dnia wysłuchał mszy. Zachowanie monarchy mogło dziwić – w pobliżu znajdowała się przecież armia Zakonu – lecz spokój Jagiełły nie był pozorny. Wiedział, że wydarzenia rozwijają się zgodnie z planem przygotowanym wiele miesięcy wcześniej wspólnie z wielkim księciem litewskim Witoldem.
Plan był prosty, ale odważny. Po połączeniu wojsk polskich i litewskich armia miała wkroczyć do państwa zakonnego i ruszyć na Malbork. Nie chodziło jednak o zdobycie jednej z najpotężniejszych twierdz Europy. Celem było zmuszenie Krzyżaków do przyjęcia walnej bitwy, która mogłaby rozstrzygnąć trwający od ponad wieku konflikt.
Narodziny potęgi
Historia tej wojny zaczęła się znacznie wcześniej. Krzyżacy nie przybyli do Polski jako najeźdźcy. W XIII wieku sprowadził ich książę Konrad Mazowiecki, licząc, że pomogą rozprawić się z pogańskimi Prusami nękającymi Mazowsze. Rycerze zakonni wykonali zadanie, lecz szybko stworzyli własne, świetnie zorganizowane państwo i zaczęli prowadzić niezależną politykę.
Punktem zwrotnym okazał się rok 1308. Wezwani do obrony Gdańska Krzyżacy wyparli Brandenburczyków, po czym sami zajęli miasto. Kilka dni później dokonali rzezi jego obrońców i mieszkańców, a w następnym roku opanowali całe Pomorze Gdańskie. Wielki mistrz przeniósł stolicę Zakonu do Malborka, skąd przez kolejne dziesięciolecia kierowano jedną z najlepiej zorganizowanych potęg militarnych średniowiecznej Europy.
Polska przez długi czas nie była w stanie skutecznie przeciwstawić się Zakonowi. Dopiero unia zawarta z Litwą w 1385 roku radykalnie zmieniła układ sił. Litwa była wówczas ogromnym państwem sięgającym daleko na wschód, a porozumienie Jagiełły i Witolda zakończyło wyniszczające walki między nimi. Dla Zakonu oznaczało to pojawienie się przeciwnika znacznie groźniejszego niż dotychczas.
Wielki mistrz Ulryk von Jungingen doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Od kilku lat gromadził broń, zapasy i pieniądze, przygotowując państwo do wojny, która miała zdecydować o losach całego regionu.
Misrzowski manewr
Bezpośrednią przyczyną konfliktu stało się kolejne powstanie na Żmudzi w 1409 roku. Gdy rozmowy dyplomatyczne zakończyły się fiaskiem, Krzyżacy uderzyli pierwsi, zajmując ziemię dobrzyńską i zdobywając Bydgoszcz.
Po obu stronach rozpoczęły się gorączkowe przygotowania. Zaciągano rycerzy, najemników i służbę obozową, kompletowano uzbrojenie oraz zapasy żywności. W lipcu 1410 roku armia polska połączyła się z wojskami litewskimi, ruskim i mazowieckimi. Łącznie mogła liczyć około 40 tysięcy ludzi, podczas gdy siły Zakonu szacuje się na nieco ponad 20 tysięcy. Krzyżacy dysponowali jednak doskonale wyszkoloną ciężką jazdą oraz rycerzami przybyłymi z wielu krajów Europy.
9 lipca sprzymierzeni wkroczyli do Prus Krzyżackich. Następnego dnia dotarli pod Kurzętnik, gdzie dogodny bród przez Drwęcę blokowały główne siły Zakonu. Próba przeprawy oznaczałaby samobójstwo. Jagiełło podjął więc decyzję, która zaskoczyła przeciwnika – wycofał armię i błyskawicznym marszem ominął krzyżackie pozycje.
Manewr okazał się mistrzowski. Ulryk von Jungingen utracił kontakt z przeciwnikiem i przez kilka dni nie wiedział, gdzie dojdzie do decydującego starcia. Dopiero rankiem 15 lipca obie armie stanęły naprzeciw siebie między Grunwaldem, Stębarkiem i Łodwigowem.
Sygnał do ataku
Wojska polsko-litewskie ustawiły się częściowo za niewielkimi pagórkami i zaroślami. Litwini zajęli prawe skrzydło, Polacy lewe oraz centrum. Krzyżacy nadciągnęli od zachodu, lecz nie zdecydowali się na natychmiastowy atak. Obawiali się zasadzki.
Przez blisko cztery godziny obie armie trwały w bezruchu. Rycerze stali w pełnym uzbrojeniu w lipcowym skwarze, czekając na pierwszy ruch przeciwnika. W końcu z krzyżackich szeregów wyjechali dwaj heroldowie. Przekazali Jagielle dwa nagie miecze – dar wielkiego mistrza i wielkiego marszałka Zakonu.
Według Jana Długosza był to szyderczy gest mający ośmieszyć polskiego króla i zachęcić go do walki. Wielu współczesnych historyków uważa jednak, że był to element średniowiecznego ceremoniału wojennego – formalne wezwanie przeciwnika do rozpoczęcia bitwy. Bez względu na intencje Krzyżaków dwa miecze stały się jednym z najbardziej znanych symboli w historii Polski.
Około południa oba wojska były gotowe. Między pierwszymi szeregami pozostawało zaledwie kilkaset metrów. Wtedy z polsko-litewskich chorągwi popłynęły słowa „Bogurodzicy”. Była to nie tylko modlitwa, lecz także hymn Królestwa Polskiego, śpiewany przed najważniejszymi bitwami.
Chwilę później rozległ się sygnał do ataku
Jako pierwsze do szarży ruszyło prawe skrzydło dowodzone przez Witolda. Litewskie i ruskie chorągwie błyskawicznie skróciły dystans dzielący je od przeciwnika. Krzyżacy odpowiedzieli ogniem z bombard – prymitywnych dział, które narobiły więcej huku niż szkód. Zaraz potem do kontrataku ruszyła ciężka jazda Zakonu.
Pierwsze zderzenie było potężne. Impet litewskiej szarży zepchnął Krzyżaków o kilkaset metrów, jednak przewaga ciężkozbrojnego rycerstwa zaczęła stopniowo przechylać szalę na stronę Zakonu. Po niespełna godzinie walki coraz więcej litewskich i ruskich chorągwi wycofywało się z pola bitwy, aż w końcu całe prawe skrzydło załamało się i ruszyło do odwrotu.
Do dziś historycy spierają się, czy była to paniczna ucieczka, czy też świadomie zastosowany manewr wzorowany na taktyce mongolskiej, mający wyciągnąć część wojsk krzyżackich z szyku. Najprawdopodobniej obie te interpretacje zawierają część prawdy. Niektóre oddziały rzeczywiście uciekły, inne mogły wykonywać rozkazy Witolda. Tak czy inaczej wielu Krzyżaków ruszyło w pościg, rozrywając własne ugrupowanie.
Na lewym skrzydle bitwa przybrała zupełnie inny obrót. Polskie chorągwie walczyły niezwykle twardo, odpierając kolejne szarże prowadzone osobiście przez Ulryka von Jungingena. W pewnym momencie z pola walki zniknęła nawet wielka chorągiew Królestwa Polskiego z białym orłem. W szeregach Zakonu wybuchła euforia – wydawało się, że najważniejszy polski sztandar został zdobyty. Była to jednak chwila triumfu przedwcześnie ogłoszonego. Chorągiew szybko podniesiono, a walka rozgorzała z jeszcze większą zaciekłością.
Upadek Zakonu
Widząc, że bitwa zaczyna wymykać się spod kontroli, wielki mistrz postanowił zaryzykować wszystko. Zebrał odwody złożone z szesnastu chorągwi i osobiście poprowadził je do decydującego uderzenia na polskie skrzydło. Plan był śmiały – obejść przeciwnika i rozbić jego wojska jednym, potężnym atakiem.
Krzyżaccy rycerze przemknęli niedaleko pagórka, z którego przebieg bitwy obserwował Jagiełło. Według jednej z kronik wielki mistrz miał nawet zakazać swoim ludziom zbaczania z wyznaczonego kierunku, choć polski król znajdował się niemal na wyciągnięcie ręki. Chciał najpierw rozstrzygnąć bitwę, a dopiero później schwytać jej głównodowodzącego.
Decydujące uderzenie nie przyniosło jednak oczekiwanego rezultatu. Na drogę atakujących wyszły świeże polskie odwody. W gwałtownym starciu poległ sam Ulryk von Jungingen. Do dziś nie wiadomo, kto zadał śmiertelny cios. Wśród kandydatów wymienia się rycerza Mszczuja ze Skrzynna, ale równie możliwe, że wielki mistrz padł od ciosów kilku przeciwników jednocześnie.
Śmierć dowódcy okazała się dla Zakonu ciosem, po którym nie zdołał się już podnieść. Wraz z Ulrykiem polegli najwyżsi dostojnicy państwa zakonnego – wielki marszałek, wielki komtur, skarbnik i wielu komturów. Dowodzenie praktycznie przestało istnieć.
W tym samym czasie na pole bitwy zaczęły powracać litewskie chorągwie. Uderzyły na lewe skrzydło i tyły Krzyżaków, którzy znaleźli się pod naporem z kilku stron. Walka szybko zamieniła się w bezładną ucieczkę. Część rycerzy próbowała schronić się w obozie, inni ratowali się ucieczką przez bagna i lasy, wielu poległo lub dostało się do niewoli.
Po kilku godzinach największa potęga militarna Europy Środkowej przestała istnieć jako zorganizowana armia.
Upadek mitu
Przez trzy dni zwycięzcy pozostawali na polu bitwy. Opatrywano rannych, grzebano poległych i zbierano porzuconą broń. Dopiero 25 lipca armia Jagiełły stanęła pod murami Malborka.
Wydawało się, że zdobycie stolicy Zakonu jest tylko kwestią czasu. Stało się jednak inaczej. Dowództwo obrony objął energiczny Henryk von Plauen, który zdołał przygotować twierdzę do oblężenia. Potężne fortyfikacje, brak odpowiednich machin oblężniczych oraz pogarszająca się sytuacja w obozie sprzymierzonych sprawiły, że kolejne tygodnie nie przyniosły rozstrzygnięcia. Latem w wojsku wybuchły choroby, zaczęło brakować żywności, a zmęczenie dawało się coraz bardziej we znaki. We wrześniu oblężenie przerwano.
Wojna trwała jeszcze kilka miesięcy. W październiku wojska polskie rozbiły krzyżacką odsiecz pod Koronowem, a w lutym 1411 roku podpisano pierwszy pokój toruński. Żmudź wracała do Litwy na czas życia Jagiełły i Witolda, ziemia dobrzyńska do Polski, a Zakon zobowiązano do zapłacenia wysokiego okupu za jeńców.
Już współcześni zastanawiali się, dlaczego po tak wielkim zwycięstwie warunki pokoju okazały się stosunkowo skromne. Przez stulecia wielu historyków pisało o „niewykorzystanym Grunwaldzie”. Taka ocena pomija jednak najważniejszy skutek bitwy.
15 lipca 1410 roku nie upadło państwo zakonne, lecz runął mit jego niezwyciężoności. Zakon utracił znaczną część elity dowódczej, ogromne zasoby finansowe i prestiż budowany przez półtora wieku. Od tej chwili nigdy już nie odważył się stanąć z Polską do podobnej walnej bitwy. Grunwald nie zakończył konfliktu, ale przesądził o jego dalszym przebiegu. Od tego dnia inicjatywa należała już do Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego, a potęga Zakonu zaczęła nieuchronnie gasnąć.
Jacek Hilgier

