Przeboje Roya Orbisona, Shakin’ Stevensa, Elvisa Presleya i utwory muzyki klasycznej zabrzmiały w kameralnym Art Gallery Kafe w wyjątkowych interpretacjach utalentowanego Jarka Spychalskiego znanego jako Polski Presley. Koncert był pełen emocji i muzycznej energii, a wymagający repertuar pozwolił wykonawcy zaprezentować imponującą skalę głosu i dojrzałość interpretacyjną.
Koncert „Różne wcielenia Jarka Spychalskiego” w kameralnym Art Gallery Kafe w podchicagowskim Wood Dale był pełen muzycznych wzruszeń. Lipcowy ciepły wieczór i nastrojowa atmosfera miejsca idealnie współgrały z repertuarem przygotowanym przez niezwykle utalentowanego Jarka Spychalskiego, tenora dysponującego mocnym, głębokim głosem o szerokiej skali.
Artysta zabrał słuchaczy w muzyczną podróż przez największe przeboje Roya Orbisona, Shakin’ Stevensa oraz Elvisa Presleya, uzupełniając program o klasyczne kompozycje i choć repertuar obejmował różne gatunki i epoki, wszystkie wykonania łączyła melodyjność, szczerość przekazu oraz ogromny ładunek emocjonalny.
Koncert rozpoczął się utworami Roya Orbisona. W fenomenalnej interpretacji Jarka Spychalskiego usłyszeliśmy między innymi: “California Blue”, “Only the Lonely”, “Oh, Pretty Woman” i “You Got It” – gigantyczny hit na całym świecie nagrany przed nagłą śmiercią Roya Orbisona. Nie zabrakło lekko wyśpiewanej, tragicznej historii o „Delilah” Toma Jonesa opowiadającej o zazdrosnej miłości i zdradzie. Publiczności spodobała się bardzo polska wersja melancholijnego, ale pogodnego jednocześnie utworu „Nie płacz, kiedy odjadę” z muzyką Marino Marini i tekstem Wandy Sieradzkiej w niepowtarzalnym wykonaniu Jarka Spychalskiego. Energetyzujące utwory Shakin’ Stevens zakończyły pierwszą część koncertu, a wers – How much I need you – przez długo jeszcze wybrzmiewał w pamięci słuchaczy.
W drugiej części programu Spychalski wystąpił z repertuarem Elvisa Presleya, co pozwoliło wokaliście w pełni zaprezentować jego bogate możliwości wokalne – od głębokich, nasyconych barwą niskich rejestrów po wysokie i pełne mocy, emocjonalne frazy. Na początku usłyszeliśmy kultowy hit z 1956 “Don’t Be Cruel” – utwór, który również wykonywał na żywo Shakin’ Stevens, jako że Elvis Presley dla obu artystów był ich największą muzyczną inspiracją. Potem był kultowy hit wczesnego rock and rolla w karierze Elvisa Presleya “Let Me Be Your Teddy Bear”, a po nim inne znane i lubiane przez publiczność. “Viva Las Vegas”, jeden z najbardziej energetycznych i rozpoznawalnych utworów, Jarek Spychalski – Polski Presley – zaśpiewał razem z publicznością.
Dużym popisem muzycznym okazały się też kompozycje klasyczne, które wymagały od artysty doskonałej kontroli oddechu, precyzyjnej emisji głosu oraz wrażliwości interpretacyjnej. Usłyszeliśmy “The Prayer” – jeden z najbardziej poruszających utworów z gatunku lekkiej muzyki klasycznej, który oryginalnie Andrea Bocelli zaśpiewał w duecie z Celine Dion oraz “Ave Maria” Franza Schuberta również w aranżacji Bocelliego. Zaprezentowany na zakończenie “Time to Say Goodbye” to utwór, który Andrea Bocelli po raz pierwszy zaśpiewał na festiwalu w San Remo, a Jarek Spychalski w Art Gallery Kafe.
Wykonanie tak różnorodnego programu wymagało od Jarka Spychalskiego doskonałej techniki wokalnej, wyjątkowej muzykalności i scenicznej charyzmy, którym to wyzwaniom sprostał z imponującą swobodą i profesjonalizmem.
Artysta zachował szacunek dla oryginałów i jednocześnie nadał każdemu własną interpretację. Doskonale prowadzony głos, naturalna ekspresja i umiejętność budowania kontaktu z publicznością sprawiły, że koncert był pięknym muzycznym spotkaniem wypełnionym wspomnieniami i radością. Kameralna przestrzeń Art Gallery Kafe stworzyła wspaniałą atmosferę, dzięki której każdy uczestnik mógł poczuć się ważną częścią wyjątkowego wydarzenia.
Po koncercie, Jarek Spychalski – jedna z najbardziej wyrazistych i fascynujących postaci polonijnej sceny muzycznej w Stanach Zjednoczonych – podzielił się kilkoma refleksjami o swojej karierze.
Jego kariera to rzadki przykład artysty, który odważył się rzucić wyzwanie amerykańskiej legendzie na jej własnym podwórku — i odniósł sukces.
– Elvisa Presleya śpiewam od 27 lat. Jako mały chłopiec bardzo lubiłem śpiewać piosenki Shakin’ Stevensa. Byłem bardzo popularny. Bardzo mi to wychodziło. Dzieci wołały na mnie Shakin’ Stevens. Fajne to było – śmiejąc się wspominał po koncercie.
W Polsce jako młody chłopak śpiewał chałtury z zespołem dyrektora Domu Kultury w Nowej Rudzie, z której pochodzi.
– Dyrektor Domu Kultury wziął do zespołu kilku chłopaków, bo wiedział, że mamy talent i tak to się zaczęło. Śpiewałem bardzo dużo, potem zaczęło mi tego brakować. Drugim moim zespołem był amatorski Zespół Folklorystyczny w Nowej Rudzie, tam zacząłem śpiewać w chórze. Trwało to kilka lat. Potem nadarzyła się okazja na eliminacje do Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” im. Stanisława Hadyny. Namówiła mnie moja koleżanka z zespołu Beata. Byłem bardzo nieśmiały. Była bardzo duża selekcja na sześćset ludzi dostało się sześć osób. W Zespole „Śląsk” jest bardzo duża harmonia. Kiedy byłem na pierwszych zajęciach, to jak oni „rąbnęli” tymi głosami to, aż łzy popłynęły mi z oczu ze wzruszenia – opowiadał Jarek Spychalski.
Już po pół roku w legendarnym Zespole Pieśni i Tańca „Śląsk” został solistą. Jego głos był wybijający się. Profesorowie docenili to i wyznaczali go na partie solowe.
Praca w tak prestiżowym zespole wymagała ogromnej dyscypliny wokalnej, doskonałego słuchu i wielogodzinnych treningów głosowych pod okiem profesjonalnych dyrygentów. To właśnie tam Jarek Spychalski zdobył estradowe obycie, kontrolę nad głosem, co później pozwoliło mu z łatwością mierzyć się z wymagającym repertuarem operowym, musicalowym oraz klasyką rozrywki.
Wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, po koncertach z zespołem Śląsk i osiadł w Chicago, które stało się jego bazą wypadową.
Przechodząc trudne eliminacje miał bardzo dużo lukratywnych możliwości rozwoju kariery artystycznej w Las Vegas i Branson Missouri, z których nie skorzystał, „bo rodzina, małe dzieci, nie miał kopa i nie miał kto mu podpowiedzieć”.
Brał udział w prestiżowych amerykańskich konkursach dla naśladowców Elvisa, gdzie amerykańscy jurorzy wielokrotnie przecierali oczy ze zdumienia, słysząc wokalistę z Polski, który brzmi bardziej „amerykańsko” niż wielu rodzimych wykonawców.
Choreografię układa sam. Sam też kupuje stroje w profesjonalnym miejscu, w Kanadzie. Do talentu podchodzi z pokorą, stara się ćwiczyć, dbać o siebie. Nigdy nie palił. Taka jest najkrótsza historia Jarka Spychalskiego. Czekamy na kolejne wcielenia tego niezwykłego polonijnego artysty.
Tekst: Jola Plesiewicz
Zdjęcia: Dariusz Piłka

