Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama POLONEZ
czwartek, 23 lipca 2026 18:44

I po mundialu…

I po mundialu…

Autor: Adobe Stock/AI

Minęło zaledwie kilka dni od mundialowego finału i już potrzeba chwili zastanowienia, aby sobie przypomnieć: kto właściwie został mistrzem świata? Oczywiście Hiszpania. Ferran Torres, dogrywka, 106. minuta, 1:0 z Argentyną. Wszystko się zgadza. Tyle że kiedy opadło konfetti, łatwiej przypomnieć sobie Donalda Trumpa stojącego na podium, Madonnę wyjeżdżającą z tunelu, obowiązkowe przerwy na nawodnienie niż pojedynczą akcję, która przesądziła o tytule.

Hiszpanie mogą się więc czuć trochę jak laureat Oscara, któremu podczas przemówienia przed kamerami ktoś dodatkowo urządził pokaz sztucznych ogni, koncert i wiec wyborczy. Wygrali najważniejszy turniej piłkarski świata, ale widowisko wokół nich chwilami wyglądało jakby futbol stanowił jedynie pretekst do sprzedawania biletów, reklam i pamiątek.

Sam finał nie pomoże mistrzom świata w walce o przetrwanie w zbiorowej pamięci. Hiszpania była lepsza, kontrolowała piłkę, cierpliwie budowała akcje i nie pozwalała Argentyńczykom rozwinąć skrzydeł. Problem w tym, że widowisko przypominało chwilami partię szachów rozgrywaną przez dwóch arcymistrzów, którzy bardzo nie chcą popełnić pierwszego błędu. Broniąca tytułu Argentyna oddała przez 120 minut zaledwie dwa strzały. Co więcej, żaden nie był celny. Hiszpanie próbowali dwadzieścia razy, ale na gola czekali do drugiej części dogrywki. W końcu Torres trafił w 106. minucie i Hiszpania po raz drugi w historii została mistrzem świata. Z punktu widzenia taktyki był to niemal perfekcyjny występ. Z punktu widzenia widza, który zapłacił fortunę za bilet, perfekcja mogła jednak wyglądać podejrzanie podobnie do nudy.

Futbol od dawna zna ten paradoks. Najważniejsze spotkania często są najmniej efektowne, ponieważ stawka odbiera zawodnikom fantazję, a trenerom odwagę. Dlatego wszyscy grają odpowiedzialnie, ostrożnie i… nowocześnie. Czyli czasem tak, że człowiek zaczyna sprawdzać wpisy w telefonie zamiast oglądać najważniejszy mecz na świecie.

Na szczęście dzień wcześniej rozegrano spotkanie, które teoretycznie nie było nikomu potrzebne. Mecz o trzecie miejsce od lat ma opinię futbolowego obowiązku administracyjnego. Przegrani półfinaliści chcą wracać do domu, kibice czekają już na finał, a działacze przekonują, że brązowy medal również ma znaczenie. Czasem tylko przegrany w półfinale kopciuszek gra w tym meczu o wszystko. 

Francuzi do przerwy przegrywali z Anglią 0:4 i wyglądali tak, jakby uznali, że „mały finał” jest rzeczywiście meczem o pietruszkę, a oni nie przepadają za warzywami. Potem nagle się obudzili. Potem zrobiło się 4:3, Kylian Mbappé strzelał gole, Bukayo Saka kompletował hat-tricka, a obie drużyny najwyraźniej wspólnie uznały, że obrona jest burżuazyjnym przesądem.

Anglia wygrała 6:4. Padło dziesięć bramek, zawodnicy chwilami uśmiechali się nawet po golach rywali, a spotkanie, którego podobno nie powinno się rozgrywać, stało się jednym z najbardziej pamiętnych wydarzeń całego mundialu. Nie było już wielkiej presji, rachunków prawdopodobieństwa ani paraliżującego strachu przed błędem. Pozostał futbol, czyli gra, w której czasem warto po prostu pobiec do przodu.

Argentyna przeszła przez turniej drogą wystarczająco krętą, by powstały teorie spiskowe. Kontrowersyjne decyzje sędziowskie w spotkaniach z Egiptem i Szwajcarią, anulowane gole, kartki oraz kolejne powroty Argentyńczyków znad krawędzi porażki sprawiły, że w mediach społecznościowych zaczęto pisać o mundialu „ustawionym pod Messiego”.

Jedną z internetowych petycji domagających się wykluczenia Argentyny podpisało ponad 12 milionów osób. Popularne wpisy przekonywały, że turniej został przygotowany tak, aby Lionel Messi mógł zakończyć reprezentacyjną karierę kolejnym triumfem.

Dowodów na wielki spisek oczywiście nie przedstawiono. Były za to powtórki VAR, zatrzymane klatki, czerwone kółka, strzałki, dramatyczna muzyka i… „eksperci”, którzy wczoraj zajmowali się szczepionkami, a dziś stali się specjalistami od interpretacji spalonego. Współczesny mundial nie może już obyć się bez teorii spiskowej. Gdyby wszystkie decyzje sędziowskie były bezbłędne, internet prawdopodobnie uznałby to za najbardziej podejrzane.

Bardziej realna od spisku pod Messiego okazała się natomiast amerykanizacja mundialu. FIFA wprowadziła obowiązkowe przerwy na nawodnienie, także podczas spotkań rozgrywanych pod dachem i w klimatyzowanych obiektach. W rezultacie dwie połowy zaczęły przypominać cztery kwarty. Trenerzy dostali dodatkowe przerwy na korekty taktyczne, nadawcy – wygodne okna reklamowe, a kibice – kolejny dowód, że futbol coraz częściej dostosowuje się do telewizji, zamiast odwrotnie.

Gdy do tego dodamy kosmiczne ceny biletów, nieco nachalne oprawy, celebrytów pokazywanych na telebimach, oraz finałową przerwę wydłużoną do 27 minut – podczas której pojawili się między innymi Madonna, Shakira, Justin Bieber, BTS, Muppety i Chris Martin – zobaczymy, że futbol otrzymał własny Super Bowl, choć nikt nie sprawdził, czy w ogóle o niego prosił.
 

Trzeba jednak przyznać, że Ameryka dała mundialowi również ogromne stadiony, znakomitą frekwencję, różnorodność i miliony ludzi, którzy po raz pierwszy naprawdę zainteresowali się piłką. Zagraniczni kibice chwalili gościnność zwykłych Amerykanów, wspólne świętowanie i atmosferę w miastach gospodarzy. Kraj poznawał futbol, a futbol poznawał Amerykę – tę sympatyczną, spontaniczną i pomocną, nie tylko tę sprzedającą reklamę przy każdej możliwej okazji.

Na koniec pojawił się Donald Trump. Prezydent USA pomagał szefowi FIFA Gianniemu Infantino wręczać medale, dotykał pucharu i długo pozostawał na podium obok hiszpańskich piłkarzy. Gdy nadszedł moment przeznaczony dla mistrzów, Infantino próbował dyskretnie przesunąć go na bok. Trump ustąpił, ale nie na tyle daleko, by zniknąć z najważniejszych fotografii.

I tak zakończył się mundial 2026. Hiszpania dostała puchar, Anglia – najbardziej szalony mecz, FIFA – nowy model biznesowy, a Donald Trump – kilka dodatkowych sekund w telewizyjnym kadrze. Nikt jednak nie zdążył się na dobre pożegnać z mistrzostwami, bo piłkarskie Chicago już żyje Robertem Lewandowskim i jego występami w barwach Chicago Fire – nawet jeśli na debiut polskiego napastnika przyszło kibicom poczekać nieco dłużej, niż planowano. I może właśnie to jest najlepsza puenta: futbol można obwiesić reklamami, podzielić na czworo i zamienić finał w koncert, ale sam soccer kibicom się nie nudzi. Kończy się mundial, zaczyna liga, a piłka – na szczęście – nadal toczy się po murawie szybciej niż kolejne pomysły FIFA.

Tomasz Deptuła

Dziennikarz, publicysta, ekspert ds. komunikacji społecznej. Przez ponad 25 lat korespondent polskich mediów w Nowym Jorku i redaktor “Nowego Dziennika”.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama