Sto miliardów dolarów – mniej więcej tyle administracja Donalda Trumpa zdążyła już zwrócić firmom, które zapłaciły cła wprowadzone po ogłoszonym w 2025 roku „dniu wyzwolenia”. To około 60 proc. z pobranych 165 miliardów. Sąd Najwyższy uznał bowiem, że ustawa o nadzwyczajnych uprawnieniach gospodarczych, czyli IEEPA, nie daje prezydentowi prawa do arbitralnego nakładania ceł.
Innymi słowy: państwo najpierw obciążyło importerów podatkiem, przez wiele miesięcy wpływało na ceny na rynkach, kontrakty i łańcuchy dostaw, a później zaczęło oddawać pieniądze. Tyle że zakłóceń gospodarczych zwrócić się już nie da.
Administracja nie zrezygnowała z pomysłu. Zmieniła jedynie podstawę prawną. Nowe cła w wysokości 10 lub 12,5 proc. objęły towary z 60 gospodarek, w tym z Unii Europejskiej, Kanady, Meksyku, Japonii i Chin. Tym razem Biały Dom powołuje się na artykuł 301 ustawy o handlu z 1974 roku, zarzucając partnerom niewystarczające przeciwdziałanie zjawisku pracy przymusowej. Przeciwko nowym cłom wystąpiła już grupa 25 stanów, twierdząc, że humanitarne argumenty są pretekstem do odtworzenia systemu odrzuconego przez Sąd Najwyższy.
Każda próba ręcznego sterowania gospodarką zaczyna się od przekonującej opowieści. Urzędnik wskazuje właściwą branżę, właściwą cenę i właściwego przeciwnika. Cło ma przywrócić fabryki, administracyjne ograniczenia zatrzymać inflację, subsydia uratować strategiczne przedsiębiorstwa. Problem pojawia się później: konsument kupuje drożej, firmy szukają obejść przepisów, partnerzy handlowi odpowiadają retorsjami, a państwo musi naprawiać szkody wywołane przez własne decyzje.
Najbardziej znanym amerykańskim ostrzeżeniem pozostaje ustawa Smoota–Hawleya z 1930 roku. Objęto ochroną celną tysiące produktów, choć ponad tysiąc ekonomistów apelowało do prezydenta Herberta Hoovera o weto. Inne państwa odpowiedziały własnymi taryfami. Historycy do dziś spierają się, jak duży był wpływ ustawy na Wielki Kryzys. Panuje zgoda, że ustawa sama w sobie nie doprowadziła do załamania gospodarki – za to pogłębiła recesję, ograniczając handel w najgorszym możliwym momencie.
Podobny mechanizm zadziałał za George’a W. Busha. W 2002 roku jego administracja nałożyła cła od 8 do 30 proc. na importowaną stal. Miały one dać amerykańskim hutom czas na restrukturyzację. Podrożał jednak podstawowy surowiec dla producentów samochodów, maszyn i urządzeń. Światowa Organizacja Handlu uznała amerykańskie zabezpieczenia za niezgodne z regułami handlu, Europa przygotowała odwet, a Bush zakończył program po niespełna dwóch latach – wcześniej niż pierwotnie planowano.
Jeszcze bardziej wymowna była wojna handlowa z Chinami podczas pierwszej kadencji Trumpa. Waszyngton nakładał cła, Pekin odpowiadał, między innymi uderzając w amerykańskie rolnictwo. Rząd federalny musiał następnie wypłacić rolnikom 23 miliardy dolarów pomocy. Państwo najpierw stworzyło problem za pomocą taryf, a potem łagodziło jego skutki dotacjami.
W systemach autorytarnych skutki ręcznego sterowania były oczywiście znacznie poważniejsze. Sowieckie planowanie potrafiło mobilizować ogromne zasoby dla przemysłu ciężkiego i zbrojeń, ale z czasem tworzyło chroniczne niedobory, towary niskiej jakości i coraz słabsze bodźce do innowacji. W latach 70. tempo wzrostu ZSRR systematycznie spadało, a centralny plan coraz gorzej radził sobie z milionami decyzji podejmowanych codziennie przez przedsiębiorstwa i konsumentów.
Nie oznacza to jednak, że pokusa dotyczy wyłącznie dyktatur. Richard Nixon – Republikanin deklarujący przywiązanie do rynku – wprowadził w 1971 roku kontrolę płac i cen. Początkowo zamrożenie wskaźników wyglądało jak sukces, ale nie usunęło źródeł inflacji. Po zniesieniu ograniczeń ceny ponownie wzrosły, a reglamentowanie sygnałów rynkowych utrudniało dostosowanie podaży do popytu.
Najbardziej zastanawiająca jest dzisiejsza postawa Republikanów. Partia, która przez dekady mówiła o wolnym handlu, ograniczonym rządzie i nieufności wobec urzędników, zaakceptowała system, w którym prezydent może wybierać kraje, branże i wysokość obciążeń niemal jak planista przy gospodarczej tablicy rozdzielczej. W 2025 roku 68 proc. Republikanów i sympatyzujących z nimi niezależnych popierało podwyższone cła. Nie wszyscy politycy GOP ulegli tej zmianie – część senatorów domagała się przywrócenia Kongresowi kontroli nad taryfami – lecz pozostawali mniejszością.
Z tych wywodów nie wynika, że państwo powinno pozostawać bezczynne wobec problemów gospodarczych. Może finansować badania, infrastrukturę, edukację, inwestować w bezpieczeństwo energetyczne czy technologie ważne dla obronności. Historia zna również udane przykłady polityki przemysłowej. Ich skuteczność zależała jednak od kompetentnych instytucji, jasno określonych celów, konkurencji i gotowości do zakończenia programu, który nie działa. Nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy, dziś bardziej otwarte na interwencję państwa, ostrzegają, że źle zaprojektowane wsparcie chroni nie najlepszych, lecz najlepiej ustosunkowanych.
Rynek nie jest nieomylny. Rząd także nie. Różnica polega na tym, że błędną decyzję przedsiębiorców weryfikują straty i nieustająca konkurencja, za co płacą właściciele, czyli akcjonariusze. Natomiast błąd polityka można przez lata finansować z podatków, bronić patriotycznymi hasłami, a na końcu przedstawić jako powód do uruchomienia kolejnego programu naprawczego. Sto miliardów dolarów zwrotów nie jest dowodem, że każda ingerencja państwa skazana jest na porażkę. To raczej przypomnienie, że im więcej decyzji gospodarczych zależy od jednego człowieka, tym mocniejszych potrzeba bezpieczników: prawa, parlamentu i zwykłego rozsądku.


