Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama POLONEZ
piątek, 7 sierpnia 2026 10:45

Media: 90 proc. nominowanych na ambasadorów to polityczni darczyńcy i sojusznicy Trumpa

Donald Trump w większej mierze niż inni prezydenci USA w najnowszej historii nominuje na ambasadorów swoich politycznych darczyńców i sojuszników, a nie zawodowych dyplomatów - napisał w czwartek „Washington Post”. To ok. 90 proc. wszystkich nominacji - wynika z analizy gazety.
Media: 90 proc. nominowanych na ambasadorów to polityczni darczyńcy i sojusznicy Trumpa

Autor: Adobe Stock

Już od swojej pierwszej kadencji prezydenckiej Trump w niekonwencjonalny sposób podchodzi do zarządzania globalnymi interesami Stanów Zjednoczonych - ocenił waszyngtoński dziennik. Zdaniem obserwatorów prezydent postrzega część zawodowych dyplomatów jako członków wrogiego „głębokiego państwa” („deep state”), zdeterminowanych, by utrudniać realizację jego celów w polityce zagranicznej.

Nominując darczyńców i politycznych sojuszników na stanowiska ambasadorów, prezydent ignoruje przepisy z 1980 roku, zgodnie z którymi funkcje te powinny być powierzane wyłącznie osobom posiadającym doświadczenie dyplomatyczne, a same nominacje nie powinny służyć jako forma politycznego wynagradzania swoich zwolenników - zauważył dziennik.

Jak jednak wyjaśnił Ryan Scoville z Uniwersytetu Marquette, przepisy te są powszechnie uznawane jedynie za wskazówkę, ponieważ konstytucja przyznaje prezydentowi prawo do dokonywania nominacji politycznych.

Gazeta zaznaczyła, że również inni byli prezydenci z obu partii od lat nagradzali niektórych darczyńców swoich kampanii stanowiskami dyplomatycznymi, często przydzielając im szczególnie pożądane placówki w Europie Zachodniej lub na Karaibach. Jednak z analizy „Washington Post” wynika, że Trump wybrał znacznie więcej nominatów politycznych na stanowiska tradycyjnie zajmowane przez zawodowych dyplomatów.

Jedna z rzeczniczek Białego Domu Anna Kelly, zapytana o to, dlaczego Trump coraz częściej powierza stanowiska, które zazwyczaj obejmują zawodowi dyplomaci, politycznym darczyńcom, pochwaliła zespół odpowiedzialny za politykę zagraniczną prezydenta. W pisemnym oświadczeniu stwierdziła, że „wszyscy jego ambasadorowie mają wyjątkowo wysokie kwalifikacje i odgrywają ważną rolę w realizacji programu »America First« (Ameryka przede wszystkim)”.

W ponad stu amerykańskich placówkach dyplomatycznych nie ma zatwierdzonego ambasadora. Tak jest m.in. w przypadku ambasady w Rosji, Niemczech i Arabii Saudyjskiej.

John Dinkelman, prezes Amerykańskiego Stowarzyszenia Pracowników Służby Zagranicznej (AFSA), powiedział, że wielu nominatów politycznych dobrze wywiązuje się ze swoich obowiązków, lecz urzędnicy posiadający doświadczenie dyplomatyczne są pomijani na rzecz kandydatów powiązanych z prezydentem politycznie lub finansowo.

- Jest miejsce dla darczyńcy w radzie nadzorczej szpitala. Problem pojawia się wtedy, gdy darczyńców na sali operacyjnej jest więcej niż chirurgów – dodał Dinkelman, który pracował zarówno w administracjach republikańskich, jak i demokratycznych. W ubiegłym roku znalazł się wśród setek zawodowych dyplomatów zmuszonych do odejścia z pracy.

Spośród 102 kandydatów zgłoszonych przez administrację na stanowiska ambasadorów aż 90 proc. stanowią nominaci polityczni – wynika z analizy dziennika, opartej na danych AFSA. W każdej administracji od lat 70. ponad połowę stanowisk ambasadorskich obejmowali zawodowi członkowie amerykańskiej służby zagranicznej.

Z około 90 ambasadorów obecnie pełniących swoje funkcje mniej niż jedna trzecia – 25 osób – to zawodowi dyplomaci; większość z nich pozostała jeszcze z czasów administracji Joe Bidena.

W swojej drugiej kadencji prezydent w dużym stopniu polega na zaufanych osobach z najbliższego otoczenia i rodziny, takich jak magnat rynku nieruchomości Steve Witkoff oraz zięć Jared Kushner.

Zwolennicy nominacji politycznych twierdzą, że w niektórych przypadkach państwa przyjmujące wolą właśnie takich ambasadorów. Trump mianował swoich zaufanych sojuszników, takich jak Tom Barrack i Sergio Gor, na placówki odpowiednio w Ankarze i w Delhi. Obaj zyskali tam reputację osób mających znaczne wpływy w Waszyngtonie.

Przed objęciem swoich stanowisk wszyscy ambasadorowie przechodzą szkolenie. Jednak niektórzy zawodowi dyplomaci twierdzą, że nie można tego porównać z latami doświadczenia oraz głęboką znajomością języka i społeczeństwa danego kraju.

Tommy Pigott, rzecznik Departamentu Stanu, oświadczył, że wszelkie sugestie w sprawie tego, iż Trump przyznaje stanowiska ambasadorskie na podstawie darowizn politycznych, to „leniwa, odgrzewana narracja”. - W przeciwieństwie do polityków z przeszłości nie jest przez nikogo kupiony – powiedział Pigott.

Z Waszyngtonu Natalia Dziurdzińska (PAP)


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama