Na uroczystej sesji krakowscy radni nadali tytuł Honorowej Obywatelki Miasta Krakowa – taki grodzki odpowiednik doktoratu honoris causa – pani Danucie Michałowskiej, profesor Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie (w latach 1981-84 piastującej dodatkowo stanowisko rektora tej uczelni), znakomitej aktorce i deklamatorce, autorce fundamentalnej, przy szkoleniu głosu, pracy O podstawach polskiej wymowy scenicznej, wychowawczyni bardzo licznej gromady ponad dziewięciuset aktorów. Jej własne niezapomniane kreacje sceniczne to między innymi Telimena w Panu Tadeuszu Adama Mickiewicza (już jako nastolatka marzyła o tej roli, ale z uwagi na młody wiek grała Zosię), Muza Wschodu w Beniowskim Juliusza Słowackiego, Magdalena w Domu Bernardy Alba Federica Garci Lorki, Szimena w Cydzie Pierre’a Corneille’a, Tatiana w Eugeniuszu Onieginie Aleksandra Sergiejewicza Puszkina. Danuta Michałowska zajmowała się również reżyserią, w roku 1961 założyła sławny nie tylko pod Wawelem Teatr Jednego Aktora, a w roku 1979 – jednoosobowy teatr religijny.
W moim mniemaniu najtrafniej można nazwać panią profesor Michałowską kapłanką polskiego słowa. Pełniąc tę posługę w świątyni narodowej kultury przebyła długą drogę od nowicjuszki do mistrzyni. Na żadnym etapie tej drogi nie ograniczała się jednak do pielęgnowania świętego ognia w wąskim kręgu zagorzałych teatromanów; niezależnie od osiągniętego stopnia własnego wtajemniczenia nie było to kapłaństwo ezoteryczne, lecz misyjne, adresowane do wszystkich ludzi wrażliwych – i tych, w których iskierkę wrażliwości należało dopiero rozdmuchać.
Zamiłowania artystyczne wyniosła ze swego wspaniałego domu, gdzie wśród kolekcjonowanych przez jej matkę tomików poezji królowało jubileuszowe, bogato ilustrowane wydanie Pana Tadeusza, zaś pozwalała owym zamiłowaniom wzrastać i dojrzewać, jak sama wspomina „w cudownej atmosferze starego Krakowa, ożywianej duchem Wyspiańskiego i Matejki, magią ołtarza Wita Stwosza”. Wraz z koleżankami spędzała mnóstwo czasu na Wawelu, gdzie wspólnie wyobrażały sobie, że są mieszkankami królewskiego zamku i odgrywały sceny z Paziów króla Zygmunta pióra Antoniny Domańskiej.
Jako czternastolatka, uczennica pierwszej klasy gimnazjalnej, wygrała konkurs recytatorski – i dzięki temu mogła poznać grono rówieśników i osób nieco od siebie starszych o podobnych zainteresowaniach. W ostatnim przedwojennym roku akademickim 1938/39 na wykładach uwielbianego przez studentów Kazimierza Wyki, profesora Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, siedzieli w pierwszym rzędzie ławek Juliusz Kydryński, Zbigniew Kwiatkowski, Tadeusz Hołuj, Karol Wojtyła, Wojciech Żukrowski – i właśnie Danuta Michałowska. Michałowską, Kydryńskiego, Kwiatkowskiego oraz Wojtyłę zbliżył teatr. Uczestniczyli w warsztatach twórczych Krakowskiej Konfraterni Teatralnej, będącej czymś w rodzaju prywatnej szkoły aktorskiej; wszyscy razem wystąpili w przedstawieniu poematu dramatycznego Mariana Niżyńskiego Kawaler księżycowy na dziedzińcu Biblioteki Jagiellońskiej przy ulicy św. Anny. Potem, w latach hitlerowskiej okupacji, tworzyli wspólnie interesujące spektakle w założonym w roku 1941 przez Mieczysława Kotlarczyka Teatrze Rapsodycznym.
Wielce niekonwencjonalny był to teatr. Podczas wojny został oczywiście utworzony w konspiracji, jego aktorzy dla chleba i kenkarty pracowali w oficjalnie istniejących firmach – Karol Wojtyła jako robotnik w kamieniołomach na Zakrzówku, Danuta Michałowska jako maszynistka w przeniesionym z Warszawy do Krakowa zarządzie Społem. Zespół aktorski stworzył swoisty styl oparty na podniosłej recytacji; w powojennym repertuarze miał arcydzieła literatury takie jak Odyseja Homera, Dziady Adama Mickiewicza, Boska komedia Dantego Alighieri, Faust Johana Wolfganga Goethego.
W późniejszych latach do zespołu należeli także między innymi Barbara Horawianka oraz Mieczysław Voit. Do chwili wycofania niemieckich wojsk z Krakowa Teatr Rapsodyczny przygotował aż jedenaście premier, w wyzwolonej od hitlerowskiego barbarzyństwa, ale przecież nie całkiem wolnej Polsce działał oficjalnie do roku 1953, kiedy to zamknięto go na skutek prowokacji politycznej. Ponownie otwarty w ramach „odwilży” w roku 1957 nadal wzbudzał nieufność władz politycznych – nie tyle samym repertuarem, przynależnym do „żelaznej klasyki”, co jego interpretacją – i ostatecznie został administracyjnie rozwiązany w roku 1967.
Na jednym z pierwszych, jeszcze konspiracyjnych wieczorów w dramacie Stefana Żeromskiego Uciekła mi przepióreczka Danuta Michałowska grała Smugoniową, Karol Wojtyła – Smugonia, a Juliusz Kydryński – Przełęckiego. Obecny na spektaklu Juliusz Osterwa powiedział, że jeśli po wojnie będzie miał teatr, wystawi w nim Przepióreczkę właśnie w takiej obsadzie. Działalność Teatru im. J. Słowackiego wznowił właśnie wyreżyserowaną przez siebie Przepióreczką 14 lutego 1945 roku, kiedy na zachód od Krakowa grzmiały jeszcze armaty – ale słowa dotrzymać nie mógł. Karol Wojtyła na scenie już nie występował, przygotowywał się do przyjęcia święceń kapłańskich po studiach w tajnym seminarium duchownym – z późniejszymi konsekwencjami znanymi dzisiaj każdemu Polakowi. Danutę Michałowską bez reszty pochłonął Teatr Rapsodyczny.
Był wieczór 21 lipca 1945 roku. Z Krakowa wyruszyła ciężarówka nakryta brezentową plandeką. W tych dalekich od współczesnych wyobrażeń o elementarnym komforcie warunkach artyści Teatru Rapsodycznego peregrynowali do Wrocławia, aby na zaproszenie tamtejszego wojewody Bolesława Drobnera dać tam pierwszy od wielu, wielu lat oficjalny spektakl polskiego słowa. Nie zabrakło wśród nich oczywiście żarliwej misjonarki pięknej polszczyzny... Członkowie zespołu narażali się nie tylko na niewygody: tuż za Katowicami zaczynał się „Dziki Zachód”, można było oczekiwać każdej niespodzianki – najprawdopodobniej niemiłej. Na ziemi formalnie już polskiej, ale faktycznie jeszcze niczyjej, grasowali szabrownicy i niedobitki Wehrmachtu; chwilowym, ale za to absolutnym władcą jakiegoś tam skrawka gruntu był każdy, kto miał pod swoją komendą grupę uzbrojonych żołnierzy lub milicjantów.
Nie napotykali po drodze żadnych innych samochodów, mijali upiory miast – Brzegu i Strzelec Opolskich – gdzie w żadnym domu nie pełgało choćby najlichsze światełko. Nad ranem dotarli do ruin Wrocławia. Ale w tych ruinach kiełkowało już nowe życie: ludzie spieszyli do pracy wydeptanymi wśród gruzów ścieżkami, a w sprawiającym smutne wrażenie centrum miasta wisiało na ścianach kilka plakatów informujących o występach krakowskiego zespołu. Ktoś uwierzył, że zechcą przyjechać i że ten zamiar się im powiedzie. Tych kilka plakatów wypełniło po brzegi salę.
– Nasz scenograf Tadeusz Ostaszewski zaaranżował poniemieckimi draperiami przestrzeń sceny w jakieś nieokreślone, monumentalne wnętrze, przejmujące w zderzeniu ze światłami i poezją. Spektakl składał się głównie z fragmentów Pana Tadeusza, ale były w nim również strofy z Beniowskiego Juliusza Słowackiego, a konkretnie tak zwane Błogosławieństwo wiatrów – wspomina Danuta Michałowska. Kiedy ze sceny popłynęły pisane oktawą słowa wieszcza:
A gdy na sennych was uderzą strachy
I gdy zbudzicie się w łożu spotniali,
Gdy usłyszycie, że drżą wasze dachy
I tak trzaskają, jak kość, gdy się pali,
Kiedy was weźmie zimna śmierć pod pachy,
Bogu pokaże i przed nim powali,
A będzie ziemia cicha jak mogiła:
Słuchajcie, bo ten strach – to moja siła –
nad Wrocławiem rozszalała się letnia burza. Huraganowy wiatr wpadł przez wybite okna na wysokości czwartego piętra, zagrzmiały pioruny, roziskrzyły się błyskawice. Widownia wrosła w krzesła. Oniemiała, jakby zastanawiając się, czy to prawdziwa burza, czy genialnie przygotowane efekty świetlne i dźwiękowe. A po zakończonym spektaklu wybuchła kolejna burza – braw. Polskie słowo triumfalnie powróciło na Śląsk.
Prawdę, że mowa jest atrybutem i koniecznym warunkiem człowieczeństwa, znamy już z Biblii, gdzie Adam nadawał nazwy spotykanym w Rajskim Ogrodzie zwierzętom, roślinom i martwym przedmiotom. Cyprian Kamil Norwid napisał, iż najważniejszym celem poezji jest „odpowiednie dać rzeczy – słowo”. Bez języka nie bylibyśmy narodem, lecz stadem. Mowa leczy lub rani, zbliża lub stwarza dystans, ułatwia lub utrudnia porozumienie, wyjaśnia lub gmatwa. Na rysunku z uroczego cyklu Przez okulary Sławomira Mrożka młodzieniec zwraca się do dziewczyny z prośbą, aby pozwoliła mu wetknąć kwiat w swe włosy. „A wtykaj pan” – odpowiada dziewczę, po czym młodzieniec odchodzi, bo chociaż „odpowiedź była w zasadzie pozytywna”, to jednak jej forma zniechęciła go do dalszych zalotów. To jeden z żartów świetnego pisarza, który najpierw wywołuje uśmiech – a potem pobudza do niewesołej refleksji, czemu dzisiaj prymitywne „odzywki” są coraz szerzej tolerowane lub wręcz aprobowane.
– Na egzaminy do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej – mówi profesor Danuta Michałowska – przychodzi obecnie młodzież, której od Henryka Sienkiewicza bliższy jest Gabriel Garcia Marquez. Do tego stopnia, że Trylogii w ogóle nie czytali. Nastąpił niesamowity przełom, jesteśmy świadkami zrywania pewnej kulturowej ciągłości.
Dodam od siebie, że nie ujmując ani jednego listka z laurowego wieńca Marqueza, nie negując poetyki realizmu magicznego ani nie bagatelizując znaczenia Stu lat samotności jako fenomenalnej syntezy dziejów Ameryki Łacińskiej wypada jednak stwierdzić, że owo wspomniane przez panią profesor zerwanie oznacza katastrofę trudnych do przewidzenia rozmiarów. Oczywiście tylko dla nas, nie dla świata, który przetrwał już zagładę wielu cywilizacji tak doszczętną, że nie zostało po nich nic oprócz pogardliwych opinii ich grabarzy.
Nie jest to opinia ksenofoba; ja również pod wieloma względami wyżej oceniam dzieła kolumbijskiego niż polskiego laureata nagrody Nobla. W czym więc leży problem? Odpowiedź jest bardzo prosta. Wyobraźmy sobie, że dwóch panów na pikniku je palcami kurczaka – ale jeden z nich nożem i widelcem posługiwać się nie potrafi, drugi natomiast ma za sobą solidną kindersztubę, której zasady w sielskiej atmosferze majówki pozwala sobie zlekceważyć. Chociaż w tej konkretnej chwili obaj postępują identycznie, tylko ten drugi mógłby kiedyś uczestniczyć w dyplomatycznym przyjęciu.
Na tym właśnie polega różnica między kimś, kto do Marqueza trafił poprzez Kochanowskiego, Mickiewicza, Sienkiewicza i Prusa, a kimś, kto z tej klasycznej erudycji zrezygnował. Owszem, możemy dziś ćwiczyć giętkość polskiej mowy na przekładach arcydzieł literatury światowej – ale gdyby nie wcześniejsza twórczość naszych poetów i pisarzy, dokonanie przekładu w ogóle nie byłoby możliwe, bo nie istniałoby językowe tworzywo, w którym pracuje tłumacz. A przecież język żyje – i jak wszystko co żywe ulegać może rozwojowi lub degeneracji; w słowach dnia dzisiejszego nie opiszemy jutra. Choć więc nie tylko wolno, ale koniecznie trzeba poznawać dorobek innych, bez znajomości dorobku rodzimego w następnym pokoleniu staniemy przed skarbami obcej kultury jak prostak przed bankietowym stołem: skompromitujemy się, ośmieszymy.
Widziałem kiedyś na satyrycznym rysunku Pegaza przedstawionego jak tusza w starych książkach kucharskich – z zaznaczeniem szynki, polędwicy, karkówki i tak dalej. Przed planszą stał belfer i tłumaczył uczniom, jak dzieli się poezja. Nie jest to nauka zbędna ani jałowa, wszelako pod warunkiem, że pozostaje na marginesie słuchania i czytania wierszy. W epoce egzaminów testowych wybija się na plan pierwszy, zagłusza istotę poezji, obrzydza ją jako nudny warunek dopuszczenia do pomaturalnego „wyścigu szczurów” u progu dojrzałego życia. Są jeszcze wśród nas tacy pedagodzy i artyści jak pani profesor Danuta Michałowska – i mam nadzieję, że jako naród zdążymy ich wiedzę i talent wykorzystać. Bo – jak pisał mój nieodżałowany przyjaciel, wybitny poeta Henryk Cyganik – „na zegarach dopiero za pięć minut godzina dwunasta”.
Jerzy Skrobot
Kapłanka słowa - (Korespondencja własna z Krakowa)
- 12/31/2008 07:44 PM
Reklama








