Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reklama KD Market

Zabójczy żywioł

Zabójczy żywioł
(fot. Pixabay)

Tuż przed uderzeniem pierwszej fali Edie Fassnidge zrobiła zdjęcie swojej młodszej siostrze Alice i ich matce. Był 26 grudnia 2004 roku. Pływali na kajakach niedaleko plaży Ao Nang z Mattem, chłopakiem Edie. Pobyt w Tajlandii był częścią ich zaplanowanej na rok podróży po Oceanii i Azji. Alice i ich mama, stęsknione za Edie, postanowiły dołączyć do nich w Tajlandii i razem spędzić święta. To miały być spokojne rodzinne wakacje...

Wielka fala

Piękniejszej pogody nie można było sobie wymarzyć – świeciło oślepiające słońce, powierzchnia oceanu była spokojna a lazurowa woda krystalicznie czysta. Nagle coś się zmieniło. Edie nie była pewna, co się dzieje. – Spojrzałam w stronę horyzontu. To nie wyglądało dobrze. Morze, przedtem takie spokojne, załamywało się potężną falą. Zbliżała się do nich. Znajdowali się o kilometr od najbliższej plaży, ale tylko kilka metrów od skalistego, pionowego klifu. – Mój umysł szalał, próbując nadać sens temu, co widziałam – tak wspominała tamte wydarzenia Edie.

Zaczęła wołać siostrę i mamę, żeby się zatrzymały, ale było już za późno. Zaledwie kilka minut potem spieniona woda wyrzuciła ich kajaki w górę, by następnie pochłonąć je razem z ludźmi. Edie poczuła, że jej ciało uderza o skałę, a potem jeszcze raz i jeszcze raz. Kiedy udało jej się wynurzyć, zobaczyła na powierzchni Matta, Alice i ich matkę.

Ten widok ją uspokoił. Ale zanim zdążyła powiedzieć im, że wszystko jest w porządku, zdała sobie sprawę, że wyglądają dziwnie. Mieli otwarte oczy, ale nie poruszali się i nic nie mówili. Kilka sekund później została ponownie wciągnięta pod wodę, a kiedy wynurzyła się, zobaczyła matkę pływającą twarzą w dół. Podpłynęła do niej i próbowała ją ratować, ale wtedy nadeszła kolejna fala. Kiedy znowu udało jej się wydostać na powierzchnię, nie zauważyła już nikogo ze swoich bliskich.

W końcu fale nieco osłabły. Kobieta ostatkiem sił wspięła się na skalisty brzeg. Spojrzała na siebie i była bliska szoku. Nie czuła żadnego bólu, ale miejsca, gdzie jej ciało uderzało o skały, pokryte były głębokimi ranami. Próbowała wspiąć się na klif, okazał się jednak zbyt stromy. Wyczerpana, przez dłuższy czas po prostu leżała na skalnym występie. – Wiedziałam, że będę musiała zrobić to, czego obawiałam się najbardziej – wrócić do wody i spróbować płynąć wzdłuż brzegu, żeby znaleźć wyjście na ląd. Nad jej głową przeleciał helikopter. Pomoc była niedaleko.

Płynęła wzdłuż skał, a kiedy traciła siły, kładła się na plecach i odpoczywała, świadoma tego, jak blisko jest śmierci. W końcu zobaczyła wąską szczelinę między skałami. Popłynęła w tym kierunku i wydostała się na plażę. Obawiając się, że w tym odosobnionym zakątku nikt jej nie znajdzie, ostatkiem sił wlokła się dalej. W końcu dotarła za skalny załom i zobaczyła ludzi. Była uratowana.

Tragedia w Boże Narodzenie

Edie Fassnidge miała dużo szczęścia. Więcej szczęścia niż setki europejskich i amerykańskich turystów, którzy przybyli na plaże Tajlandii, Sri Lanki i Indonezji, żeby uciec od zimowego chłodu. Więcej niż setki tysięcy mieszkańców tych krajów, które dotknęły skutki olbrzymiego trzęsienia ziemi, jednego z największych, jakie kiedykolwiek odnotowano. O 7.59 rano trzęsienie ziemi o sile 9,1 stopni wywołało największe i najbardziej tragiczne w skutkach tsunami w historii.

Miasto Banda Aceh na północnym krańcu Sumatry znajdowało się najbliżej epicentrum. Fale dotarły tam w ciągu zaledwie 20 minut. Budynki złożyły się jak domki z kart, drzewa i samochody zostały zmiecione przez ocean. Trzydziestometrowa fala w ciągu kilku minut zabiła 100 tysięcy mieszkańców.

Vivi Yanti, nauczycielka angielskiego pamięta, że woda była czarna i wypełniona gruzem. Na ulicach zapchanych uciekającymi ludźmi Yanti dostrzegła biegnącą kobietę, trzymającą za rękę małego chłopca. Waliła w szyby przejeżdżających samochodów, błagając o podwiezienie. Nikt się nie zatrzymał. Uciekła z wujkiem jego motocyklem. Vivi pamięta, że kiedy spojrzała za siebie, nie mogła wręcz uwierzyć w to, co zobaczyła – woda niosła w głąb lądu ogromny statek.

Nie minęło półtorej godziny, a rozpędzone, gigantyczne fale uderzyły w nadmorskie prowincje Phang Nga i Phuket w Tajlandii. Tak jak wcześniej na Sumatrze, nikt nie zdawał sobie sprawy z nadchodzącego niebezpieczeństwa. Zaciekawieni turyści spacerowali wzdłuż plaży, obserwując dziwne zjawisko gwałtownego cofania się wody w głąb oceanu. Tylko jedna osoba wiedziała, co to oznacza. Była to dziesięcioletnia Brytyjka Tilly Smith. Dwa tygodnie wcześniej na lekcji geografii Tilly uczyła się o tsunami i widząc cofającą się wodę, była przekonana, że zaraz dojdzie do katastrofy.

– Moja mama mi nie uwierzyła. Nie zareagowała i po prostu szła dalej” – powiedziała Tilly. – Krzyczałam: „Proszę mamo, proszę wróć ze mną. Jeśli tego nie zrobisz, nie przeżyjesz”! – wspominała później. W końcu zareagował jej tata. – Pewnie pomyślicie, że jestem szalony, ale moja córka jest całkowicie przekonana, że nadchodzi tsunami – powiedział pracownikom hotelu. Około 100 turystów w ostatniej chwili uciekło z plaży, chroniąc się na drugim piętrze hotelu. Penny Smith, matka Tilly, była jedną z ostatnich ewakuowanych osób, gdy pojawiła się dziewięciometrowa fala i zaczęła pędzić w kierunku brzegu.

Liczba ofiar śmiertelnych w Tajlandii wyniosła niemal 5 i pół tysiąca ludzi, w tym 2 tysiące zagranicznych turystów. Godzinę później fale uderzyły w południowo-wschodnie wybrzeże Indii w pobliżu miasta Chennai, zabijając ponad 10 tysięcy osób. Ogromne zniszczenia dotknęły też wyspiarską Sri Lankę, gdzie ponad 30 tysięcy ludzi zostało zabranych przez ocean, a setki tysięcy pozostały bez dachu nad głową. Ostatnie ofiary katastrofy zginęły prawie osiem godzin później, kiedy wzburzone fale zaskoczyły pływaków w Południowej Afryce, 5 tysięcy mil od epicentrum trzęsienia ziemi.

Maggie Sawicka

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama