Ten rok zaczął się jak film Alfreda Hitchcocka – od trzęsienia ziemi. Teraz napięcie nieprzerwanie rośnie. Po porwaniu dyktatora Wenezueli Nicolasa Maduro media mówią o niebezpiecznych precedensach, przekraczanych granicach prawa międzynarodowego i końcu świata jaki znamy. Pewnie coś jest na rzeczy, a rok 2026 dostarczy nam wiele bodźców, wpływających na nasze emocje. I to niekoniecznie w pozytywny sposób.
Po pojmaniu Maduro, prezydent Donald Trump wraz ze współpracownikami zintensyfikował retorykę dotyczącą zamiarów przejęcia Grenlandii. Po raz kolejny wspomniano o opcji interwencji militarnej, co musiało wywołać obawy w całej Europie.
Ale pomijając najgorszy ze scenariuszy, który rzeczywiście postawiłby pod znakiem zapytania przyszłość całego Sojuszu Północnoatlantyckiego, w zakusach dotyczących przejęcia największej wyspy świata nie ma nic nowego. Choć amerykański ekspansjonizm nabrał rozpędu pod rządami obecnej administracji, idea kontrolowania przez Stany Zjednoczone tego terytorium Danii pojawiła się na długo przed prezydenturą obecnego prezydenta.
Pokryta lodowcami Grenlandia kryje w sobie złoża surowców, zarówno energetycznych, jak i coraz bardziej pożądanych pierwiastków ziem rzadkich. Arktyczny klimat i geologia sprawiają, że dostęp do minerałów jest trudny – obecnie na wyspie znajdują się bardzo nieliczne aktywne kopalnie. Ale ponieważ stanowiąca 80 procent powierzchni Grenlandii pokrywa lodowa topnieje, złoża stają się bardziej dostępne. Przyciągnęło to zainteresowanie i inwestycje wielu firm wydobywczych i rządów, w tym Chin. To kolejny – obok atrakcyjności otwierania się nowych szlaków handlowych na północy – powód zainteresowania się wyspą przez amerykańską administrację. Projekty napotykają również lokalny opór. W 2021 r. parlament Grenlandii uchwalił ustawę zakazującą wydobycia uranu i wstrzymującą duży projekt wydobycia metali ziem rzadkich.
Nie mniej ważne jest strategiczne położenie Grenlandii. Wyspa wrzyna się daleko na północ w lody Arktyki. Kto ma Grenlandię, może kontrolować ogromne obszary, o które rywalizują dziś mocarstwa i mniejsze państwa mające terytoria na północy. Przejęcie wyspy przez Amerykę zmieniłoby zasadniczo układ sił w jednym z najbardziej wrażliwych regionów świata a znaczenie geopolityczne Arktyki rośnie w zawrotnym tempie. Zmniejszająca się pokrywa lodowa w okolicach podbiegunowych i cofanie się obszarów wiecznej zmarzliny na ziemiach otaczających północny wierzchołek globu, otworzyły drogę do eksploatacji bogactw naturalnych. Arktyka kryje prawie całą tablicę Mendelejewa z ogromnymi złożami pierwiastków ziem rzadkich, których wartość szacuje się na 1,5-2,0 biliona dolarów (U.S. trillion – red.). I jeszcze jeden argument – polityka. U wybrzeży Arktyki mieszka zaledwie 4 miliony ludzi, a region jest wciąż dużo bardziej stabilny niż na przykład roponośne Bliski Wschód, Nigeria czy Wenezuela.
Choć Grenlandia znajduje się pod rządami duńskimi od XVIII wieku (z wyjątkiem okresu okupacji niemieckiej podczas II wojny światowej, po której nastąpił krótki protektorat USA), to Waszyngton kilkakrotnie wyrażał zainteresowaniem jej kupnem od Kopenhagi. Już w XIX wieku ówczesny sekretarz stanu William H. Seward, tuż po zakupieniu Alaski od Rosjan, rzucił pomysł odkupienia od Danii Grenlandii i Islandii. Jednakże nie złożono Kopenhadze żadnej formalnej oferty. W 1910 roku ówczesny ambasador USA w Danii, Maurice Francis Egan, napisał do ówczesnego zastępcy sekretarza stanu list z, jak to określił, „bardzo śmiałą propozycją”, proponując, aby Stany Zjednoczone przekazały Danii filipińską wyspę Mindanao, będącą wówczas terytorium USA, w zamian za Grenlandię i Duńskie Indie Zachodnie. W 1946 roku, po II wojnie światowej, podczas której Stany Zjednoczone przejęły obronę Grenlandii, prezydent Harry Truman zaoferował Danii 100 milionów dolarów w złocie za wyspę, jednak Dania odrzuciła tę ofertę.
Można więc powiedzieć, że Donald Trump, który swoją osobistą fortunę zawdzięcza transakcjom nieruchomościowym, pozazdrościł swoim poprzednikom, którzy w przeszłości kupili m.in. Louisiana Territory, Alaskę i Wyspy Dziewicze. Te ostatnie zresztą – od… Danii, co też tworzy pewien precedens. W 1915 r. po zatopieniu statku pasażerskiego „Lusitania” przez niemieckie okręty podwodne, administracja prezydenta Woodrowa Wilsona chciała przejąć kontrolę nad Wyspami Karaibskimi, znanymi wówczas jako Duńskie Indie Zachodnie, w obawie przed ich aneksją przez Niemcy. Przejęcie przez kajzerowskie wojsko kontroli nad archipelagiem znanym dziś jako Amerykańskie Wyspy Dziewicze mogło zagrozić bezpieczeństwu niedawno otwartego Kanału Panamskiego. Umowa Kopenhaga-Waszyngton została sfinalizowana w 1917 roku, ale dopiero po referendum, w którym Duńczycy zgodzili się na transakcję. Opiewała na 25 milionów dolarów, czyli nieco mniej niż 600 milionów dzisiejszych dolarów. Był to ostatni duży zakup terytorialny Stanów Zjednoczonych.
Jest jednak jedna znacząca różnica tych zakupów w porównaniu z obecną sytuacją: przy poprzednich transakcjach to sprzedający byli w potrzebie i chcieli się pozbyć terytoriów, zdając sobie sprawę, że są nie do utrzymania na dłuższą metę. Napoleońska Francja w 1803 r. odstąpiła Amerykanom całe dorzecze Missisipi, aby nadal móc prowadzić wojny w Europie. Z kolei w 1867 roku osłabiona po wojnach krymskich Rosja pozbyła się bezwartościowego z punktu widzenia Petersburga terytorium Alaski, którego i tak nie byłaby w stanie utrzymać.
Tym razem Grenlandii nikt nie wystawił na sprzedaż. Trump już podczas pierwszej kadencji usłyszał stanowcze „nie”. Sami Duńczycy w postępowaniu z rdzennymi mieszkańcami wyspy co prawda nie byli grzecznymi skautami, zachowując się często jak bezwzględni kolonizatorzy, ale mają niewątpliwe prawo do wyspy. Dopiero w 1979 roku Grenlandia uzyskała w referendum autonomię, co zapewniło jej pewną niezależność od Kopenhagi.
O Grenlandii trudno będzie w tym roku zapomnieć, a temperatura terytorialnych sporów może rosnąć dużo szybciej niż ocieplający się klimat tego zapomnianego dotąd i mroźnego zakątka naszego globu. Często zresztą oglądanego przez podróżujących z USA do Europy z okien pasażerskich samolotów. Używając hitchcockowskiej paraleli – trudno tu będzie o zakończenie typowe dla komedii romantycznej. Należy się modlić o rozwiązanie, które choć trochę przypominałoby hollywoodzki happy end.
Tomasz Deptuła

Dziennikarz, publicysta, ekspert ds. komunikacji społecznej. Przez ponad 25 lat korespondent polskich mediów w Nowym Jorku i redaktor “Nowego Dziennika”.








