Nie był to jednak wyłącznie triumf sportowy ani geograficzny. Ten moment odsłaniał sens wykraczający poza samo osiągnięcie celu – dotyczył wytrwałości, odpowiedzialności oraz relacji ojca i syna, wystawionej na próbę w jednym z najbardziej bezlitosnych środowisk na Ziemi. Sylwestrowy poranek na Antarktydzie nie przyniósł im fajerwerków, lecz ciszę, ulgę i świadomość, że ich droga – długa, wymagająca i bezkompromisowa – została domknięta dokładnie tam, gdzie kończy się świat.
Cena odwagi
Biegun południowy nie jest zwykłym celem wyprawy. To umowna granica ludzkiej wytrzymałości i jedno z najbardziej wymagających miejsc, do jakich kiedykolwiek próbował dotrzeć człowiek. Leży na wysokości ponad 2800 m n.p.m., na grubym na kilometry lądolodzie Antarktydy. Panują tam ekstremalne temperatury, powietrze jest rozrzedzone, a krajobraz niemal całkowicie pozbawiony punktów odniesienia. Każdy krok wymaga wysiłku, a monotonia bieli działa na psychikę równie silnie jak mróz.
Historia zdobywania bieguna południowego jest krótka, ale naznaczona dramatem. W 1911 roku jako pierwszy dotarł tam Roald Amundsen, wygrywając legendarny wyścig z Robertem Falconem Scottem. Sukces Norwega był triumfem przygotowania, dyscypliny i pokory wobec natury. Wyprawa Scotta zakończyła się tragedią – cała brytyjska ekipa zginęła w drodze powrotnej. Od tamtej pory biegun południowy stał się symbolem nie tylko odwagi, lecz także ceny, jaką czasem trzeba za nią zapłacić.
Choć dziś w jego pobliżu działa stała stacja badawcza, a sam punkt można osiągnąć samolotem w kilka godzin, samodzielne dotarcie na nartach wciąż pozostaje jednym z najtrudniejszych wyzwań polarnych. Nie chodzi jedynie o dystans, lecz o tygodnie marszu w skrajnych warunkach, pełną samowystarczalność, konieczność ciągnięcia sprzętu i radzenia sobie z narastającym zmęczeniem bez możliwości ucieczki czy skrócenia drogi. Biegun południowy nie nagradza widokami. Jego trudność polega na surowej prostocie i długotrwałym wysiłku, który powoli odsłania prawdziwe granice człowieka.
Właśnie w takim miejscu Marek i Kay Kamińscy postawili swoje kroki. Ich dotarcie na biegun wpisuje się w długą tradycję polarnych wypraw, ale zarazem wyraźnie się od niej różni. Nie było tu wyścigu ani rywalizacji. Była wspólna droga – ojca i syna – prowadzona w tempie narzuconym przez lód, wiatr i ciszę.
Lodowy kontynent
Marek Kamiński to postać niemal legendarna w świecie podróżników i polarników. Urodzony w Gdańsku odkrywca, filozof i autor książek, w 1995 roku dokonał rzeczy bez precedensu: w jednym roku zdobył oba bieguny Ziemi – północny i południowy – bez pomocy z zewnątrz. Ten wyczyn na trwałe wpisał go do historii światowej eksploracji i uczynił jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich podróżników końca XX wieku.
Trzy dekady później Kamiński wrócił na Antarktydę w zupełnie innym kontekście. Nie samotnie i nie po rekord. Towarzyszył mu syn – Kay, stojący u progu dorosłości, gotowy zmierzyć się nie tylko z ekstremalnymi warunkami, lecz także z własnymi ograniczeniami. Ekspedycja „Pole 2 Pole”, rozpoczęta 9 grudnia 2025 roku, miała jasno określony cel: dotrzeć na biegun południowy na nartach. Ale jej znaczenie wykraczało daleko poza sam punkt 90°S.
Antarktyda od zawsze była przestrzenią graniczną – miejscem, w którym człowiek musi podporządkować się naturze bez negocjacji. Porywiste wiatry, skrajne temperatury i monotonia krajobrazu sprawiają, że kontynent ten obnaża słabości i zmusza do skupienia. Marek i Kay Kamińscy dzień po dniu przemierzali lodową pustynię, zbliżając się do punktu 90°S, ciągnąc za sobą narty i sanie wypełnione sprzętem niezbędnym do przetrwania.
Ostatni etap wyprawy liczył około 111 kilometrów. Na mapie to niewielki dystans, ale w rzeczywistości – ogromna próba wytrzymałości. Każdy dzień oznaczał powtarzalność ruchów, walkę z wiatrem, zmęczeniem i chłodem, który przenika do kości. W takich warunkach nie ma miejsca na improwizację ani pośpiech. Jest rytm marszu, dyscyplina i nieustanna kontrola własnych reakcji – fizycznych i psychicznych.
Wspólna droga
Dotarcie na biegun w noc sylwestrową nadało wyprawie dodatkowy, niemal symboliczny wymiar. Podczas gdy w innych częściach świata trwały przygotowania do świętowania, Antarktyda pozostawała obojętna – taka sama jak zawsze. Moment osiągnięcia celu nie był eksplozją emocji, lecz spokojnym uświadomieniem sobie, że droga dobiegła końca.
Dla Kaya było to doświadczenie graniczne – wejście w dorosłość nie poprzez słowa czy deklaracje, lecz przez odpowiedzialność, wysiłek i konsekwencję. Dla Marka – moment szczególny, bo po raz pierwszy dzielił biegunowy finał z kimś, komu mógł przekazać swoje doświadczenie nie poprzez opowieść, lecz w praktyce: idąc obok, w tym samym tempie, w tej samej ciszy.
Emocjonalny wymiar tej wyprawy wykraczał daleko poza samą eksplorację. Ojciec i syn, idący ramię w ramię przez bezkresny krajobraz, stworzyli obraz rzadko spotykany w ekstremalnych podróżach. Nie było tu rywalizacji ani potrzeby udowadniania czegokolwiek światu. Była wspólna droga, oparta na zaufaniu, skupieniu i wzajemnym wsparciu.
Ekspedycja „Pole 2 Pole” jest częścią większego projektu, którego ideą jest połączenie wszystkich kontynentów i spojrzenie na to, jak przez ostatnie trzy dekady zmienił się świat – technologicznie, kulturowo i mentalnie. W tym ujęciu biegun południowy nie był metą, lecz kolejnym punktem na długiej drodze, w której równie ważne jak osiągnięcie celu pozostaje to, co dzieje się po drodze.
Wyprawy polarne nie dają się bowiem zamknąć w liczbach i datach. Zostawiają po sobie ślad trudny do zmierzenia: zmieniają sposób myślenia, uczą innego rytmu czasu i przesuwają granice tego, co naprawdę istotne. Antarktyda nie pozwala niczego przyspieszyć ani uprościć. Wymusza cierpliwość, pokorę i zgodę na wysiłek – a także akceptację faktu, że nie wszystko da się kontrolować.
Dla Marka i Kaya była to również konfrontacja z ciszą, która nie rozprasza, lecz porządkuje myśli. W takich warunkach rozmowa nabiera wagi, a milczenie przestaje być pustką – staje się przestrzenią porozumienia. Być może właśnie dlatego ta wyprawa wykracza poza ramy indywidualnego osiągnięcia. Dowodzi, że największe odkrycia nie zawsze dotyczą świata zewnętrznego. Czasem prowadzą w głąb relacji i wspólnego doświadczenia, które pozostaje na całe życie.
Monika Pawlak








