Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
piątek, 16 stycznia 2026 13:53

Historia zatopiona żywcem

Woda w jeziorze Resia podnosiła się centymetr po centymetrze. Wolno, lecz nieubłaganie. Mieszkańcy alpejskiej wioski Graun stali przed swoimi domami i patrzyli, jak żywioł zalewa ulice, ogrody i sklepy, odbierając im wszystko, co mieli. Nie dało się go zatrzymać. Ani protestami, ani rozpaczą. W ciągu kilku dni Graun zniknęła pod taflą wody. Dziś nad jeziorem sterczy jedynie wieża XIV-wiecznego kościoła – milczący świadek tragedii z lata 1950 roku.
Historia zatopiona żywcem
Jezioro Resia

Autor: Wikipedia

W 1939 roku włoski koncern energetyczny Montecatini przedstawił ambitny plan: budowę ogromnego zbiornika wodnego przeznaczonego do produkcji energii elektrycznej. Wymagało to połączenia dwóch naturalnych jezior i podniesienia poziomu wody aż o 22 metry. Pomiędzy nimi leżała wioska Graun. Dla niej oznaczało to jedno – wyrok bez apelacji.

Zanim jednak ruszyły prace, wybuchła II wojna światowa i projekt trafił do szuflady. Mieszkańcy Graun odetchnęli z ulgą, przekonani, że pomysł przepadł na zawsze. To była jednak złudna nadzieja.

 

Projekt Montecatini 

W 1947 roku, zaledwie dwa lata po zakończeniu wojny, do pomysłu zbiornika powrócono. Projekt Montecatini uzyskał zgodę rządu. Prace ruszyły natychmiast – bez rozmów i bez ostrzeżeń. Mieszkańcy wyszli na ulice, organizowali protesty, pisali petycje, próbowali dochodzić swoich praw w sądach. Ale ich głos pozostał niesłyszany. Włochy leżały w ruinach i pilnie potrzebowały energii. Mała wioska w Południowym Tyrolu nie miała wielkiego znaczenia.

Budowa trwała trzy lata. Przez ten czas ludzie żyli w zawieszeniu. Czy naprawdę stracą domy? Czy woda rzeczywiście pochłonie całą wioskę? A może w ostatniej chwili ktoś jeszcze cofnie decyzję?

W lipcu 1950 zamknięto śluzy. Poziom wody zaczął się podnosić. Rodziny miały dni, może tygodnie na spakowanie całego swojego dobytku.

Najpierw zalało pola. Potem drogi. Domy tonęły jeden po drugim. 163 budynki wysadzono w powietrze, by nie runęły i nie zablokowały przepływu. Kolejne detonacje wstrząsały doliną jak serie strzałów. Ponad 160 domów, 677 hektarów żyznej ziemi, tysiące lat historii – mieszkańcy wioski stracili wszystko. W imię elektryczności.

Wiele rodzin bez dachu nad głową trafiło do prowizorycznych baraków przy wjeździe do doliny Langtaufers. Wielu musiało wyjechać. Nie mieli z czego żyć. Odszkodowania za utracone domy i całe życie były żałośnie niskie.

Wraz z Graun pod wodą znalazły się części wioski Reschen oraz małe osady: Arlung, Piz, Gorf i Stockerhofe. Całe społeczności zniknęły z mapy. Pozostała jedynie wieża należąca do XIV-wiecznego kościoła św. Katarzyny. Pierwotnie miała 36 metrów wysokości. Dziś ponad taflę jeziora wystaje jedynie jej górna część – reszta spoczywa pod wodą.

Sam, liczący ponad 600 lat, kościół rozebrano jeszcze przed zalaniem. Wysadzono go w powietrze jak zwykły budynek, bez sentymentów. Wieża jednak przetrwała wybuch. 

 

Otwarta rana

W 2009 roku zapadła decyzja o remoncie wieży. Na kilka tygodni obniżono poziom wody i po raz pierwszy od 1950 roku odsłoniła się jej podstawa. W kwietniu 2021 jezioro osuszono ponownie – tym razem z powodu prac przy zaporze. Z głębi wynurzyła się dawna Graun.

Jedna z jej dawnych mieszkanek, Luisa, wróciła na miejsce. „To było dziwne – chodzić po gruzach domów” – mówiła reporterom. W ruinach wciąż dało się rozpoznać fragmenty ścian, drzwi i schodów. Wszędzie leżały zardzewiałe elementy konstrukcji, porozrzucane jak nieme świadectwa życia, które kiedyś tu tętniło.

Dziś jezioro Resia, niegdyś uznawane za jedno z piętnastu najbardziej bajkowych miejsc w kraju, przypomina cmentarz. Pod krystalicznie czystą wodą spoczywają fundamenty domów. Ulice, place, całe życie jednej społeczności.

W nowo wybudowanej wiosce Graun – Neu-Graun powstało Muzeum Górnej Doliny Venosta, mieszczące się w starej plebanii. Zgromadzono tam rozległą dokumentację fotograficzną. Pierwsze zdjęcia pokazują Graun sprzed zalania: dzieci bawiące się na placu przed kościołem, kobiety niosące koszyki, mężczyzn pracujących w polu. Zwyczajne, spokojne życie górskiej wspólnoty.

Potem pojawiają się kolejne kadry: budowa zapory, eksplozje, woda podnosząca się z dnia na dzień, rodziny stojące po raz ostatni przed swoimi domami. A na końcu – pusta tafla jeziora i samotna wieża wystająca z jej środka. Dla potomków tych, którzy stracili tu swoje domy, to wciąż otwarta rana.

 

Strażniczka pamięci

Dziś jezioro Resia jest także popularną atrakcją turystyczną. Sześciokilometrowa tafla, otoczona alpejskim krajobrazem, wygląda jak ze snu: krystalicznie czysta woda, fioletowe góry w tle i wieża wystająca z jeziora niczym duch przeszłości.

Latem turyści objeżdżają zbiornik na rowerach. Piętnastokilometrowa promenada biegnie wzdłuż brzegu, tuż obok wieży. Fotografowie z całego świata przyjeżdżają tu, by uchwycić ten surrealistyczny widok.

Zimą, gdy jezioro zamarza, można dojść po lodzie prosto do wieży. Stanąć obok niej i dotknąć zimnych kamieni. Myśl, że pod stopami spoczywa cała zatopiona wioska, dla wielu bywa porażająca.

Tama była dzieckiem faszyzmu. Jej budowa pozbawiła setki rodzin źródła utrzymania i miejsca, które było całym ich światem. Czy było warto? Czy energia elektryczna usprawiedliwia zniszczenie całej społeczności? Czy postęp zawsze musi oznaczać ofiary? W latach 50. odpowiedź władz była jednoznaczna: tak. Włochy potrzebowały energii. Dziś coraz więcej ludzi kwestionuje tamtą decyzję. Patrząc na wieżę wystającą z jeziora, widzą w niej ostrzeżenie – dowód na to, jak daleko człowiek potrafi posunąć się w imię „postępu”.

Graun leży pod wodą od 75 lat. Większości tych, którzy musieli uciekać latem 1950 roku, już nie ma. Ale ich dzieci i wnuki pamiętają. Opowiadają historie. Pokazują stare fotografie: dom dziadka, szkołę, do której chodziła babcia, kościół, w którym brano śluby, piekarnię, plac zabaw. Wszystko to wciąż tam jest – cztery do siedmiu metrów pod wodą, zależnie od pory roku.

Wieża św. Katarzyny wystaje z jeziora jak samotna strażniczka pamięci. Miejscowi przysięgają, że w najcichsze noce słychać jej dzwony. To niemożliwe – usunięto je przed zalaniem. A jednak mówią, że z głębin dobiega głuche echo. Że dzwony biją dla tych, którzy musieli odejść i nigdy nie wrócili. I że wieża po prostu nie potrafi milczeć.

Joanna Tomaszewska


Podziel się
Oceń

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama