Mam tydzień kolędowy. W Polsce, w niewielkiej miejscowości na Górnym Śląsku. Dawno nie chodziłem jako ksiądz po tradycyjnej kolędzie. Zanim wyruszyłem pierwszego dnia, zapytałem samego siebie o uczucia, które mi towarzyszą. Chodzenie od domu do domu z niewiadomą, czy się zostanie przyjętym, w dzisiejszych czasach może wywoływać mieszane uczucia i emocje. Odwagi dodało mi jednak to, że jestem na Górnym Śląsku, że znam mentalność tutejszych ludzi, gdyż jestem jednym z nich, a przede wszystkim znam ich tradycyjną wiarę. Niewiele się pomyliłem. Jest dokładnie tak, jak myślałem. W prawie 100% domów jestem nie tylko przyjmowany, ale także oczekiwany. W zdecydowanej większości obecni są prawie wszyscy członkowie rodziny, od najstarszych począwszy. Nie ukrywam, że za tę obecność jestem tym ludziom najbardziej wdzięczny. I mam jak najlepsze zdanie na temat tej kolędy i otwartości gospodarzy, którzy nie boją się i nie wstydzą odsłonić na chwilę to, jak żyją i powiedzieć o tym, czym żyją.
Czy kolęda jest po to, żeby zebrać pieniądze? Oczywiście, że nie. Nigdy tak do tego nie podchodziłem i mówię to szczerze. Kolęda jest przede wszystkim odwiedzaniem parafian w ich domach lub mieszkaniach, z czym łączy się modlitwa błogosławieństwa, pokropienie wodą święconą i chwila rozmowy. Dla wielu ludzi ważne jest także oznaczenie kredą drzwi. Podobnie, jak tego doświadczałem odwiedzając mieszkania Amerykanów, chcą pokazać także na zewnątrz, że są katolikami. Nie wstydzą się tego. Wspomniana chwila rozmowy ma też swoje znaczenie. Jest okazją nie tylko do tego, żeby się poznać, ale żeby usłyszeć o tym, jak żyją, czym żyją i z czego żyją.
Wbrew temu, co można by pomyśleć, ludzie najczęściej chcą podzielić się pokrótce swoim życiem. To jest dla mnie najcenniejsze. To także zabieram w sercu, wracając wieczorem do siebie. Mam przed sobą ich twarze oraz to, kim są. A to już bardzo dużo jak na początek. Ludzie ci wiedzą dobrze, że jestem gościem, że nie mieszkam pośród nich, nie jestem ich duszpasterzem. To jednak nie przeszkadza, żeby szczerze porozmawiać. Czuję, że dla nich ważne jest to, że po prostu jestem księdzem, który przychodzi w imieniu proboszcza, którego akurat w tej parafii i cenią, i lubią, a jest z nimi już blisko 19 lat. Wychodząc otrzymuję ofiarę. Tak. Nie dlatego, że po nią przyszedłem, ale dlatego, że ludzie chcą mi ją dać, w wolny sposób ofiarować. Nie mówię im, że jest przeznaczona na konkretny cel, gdyż o tym wiedzą, a dla księdza będzie tylko jakiś procent. To nie jest istotne. Są domy, w których proszę, aby zatrzymali ofiarę. Tam jest w tej chwili bardziej potrzebna. To tak a propos zbierania pieniędzy na kolędzie.
Jak żyją odwiedzani przeze mnie ludzie? Czysto. Jest porządek, czuć jakąś swojskość życia i zwyczajność. Wiele nowych domów, budowanych przez dorosłe dzieci w sąsiedztwie ich rodziców, jest w nowym stylu, wewnątrz są bardzo minimalistyczne. To pokazuje mentalność młodszych pokoleń. Nie chcą mieć za dużo zbędnych „gratów” w domach. Stawiają na odpoczynek po pracy, dzieci mają swoje pokoje do życia i nauki. Podoba mi się ten minimalizm w odniesieniu do ilości rzeczy w domu. Ludzie cenią sobie przestrzeń i ograniczają się do tego, co konieczne. Tam, gdzie byłem, ludzie pracują lub są na emeryturze. Mam wrażenie, że żyją bardzo gospodarnie. Nauczyli się liczyć pieniądze. To także bardzo ważne. Spotykam „kontraktorów” – budowlańców, pracujących poza Polską, najczęściej w Austrii, Niemczech, Danii. Jest zima, są teraz z rodzinami. Wielu odwiedzanych to górnicy pracujący pod ziemią. Panie pracujące w marketach, restauracjach i w biurach. Środowisko w większości robotnicze. Starsze dzieci w kilku przypadkach wyrwały się za granicę, żeby skosztować tamtejszego życia. Wielu młodych studiuje lub o studiach poważnie myśli i planuje zostać w Polsce. Ludzie żyją tu raczej skromnie i w tej skromności jest jakieś piękno.
Oczywiście są tacy, którzy z różnych względów kolędy nie przyjmują. W miejscowości, o której piszę, jest jednak takich niewiele. Najczęściej nie przyjmują nowi mieszkańcy, którzy dopiero co się sprowadzili, kupując mieszkanie w bloku lub wybudowali własny dom. O takich sytuacjach wiem z innych miejsc także. Ci „nowi ludzie” to niekoniecznie młodzi ludzie. Mają jednak inny światopogląd. Są wśród nich przeciwnicy bijących dzwonów w kościołach, zbyt jasno oświeconych krzyży na kościelnych wieżach. Ci, którym wiara jest niepotrzebna, a Kościół katolicki uważają za jedno wielkie zło. Cóż, byli i będą tacy. Ja im wrogiem nie jestem i nie zamierzam być. Zgodnie z ich wolą, nie proszę o przyjęcie na siłę. Jestem wdzięczny, że jak dotąd nie spotkałem się z wrogością i atakami, a zresztą i to trzeba czasami w życiu przyjąć i znieść.
Mógłby mi ktoś zarzucić, że zbyt to wszystko spokojne i kolorowe. Nie. Jest tak, jak piszę. Czy tylko w tej jednej miejscowości gdzieś na Górnym Śląsku? Nie sądzę. Ważne jest oczywiście także to, z jakim nastawieniem ja, ksiądz, do tych ludzi idę. Dla mnie najważniejsze jest niesienie pokoju i zrozumienia, bycia empatycznym i wierzącym w Boga i ludzką dobroć i serdeczność. Jestem dla ludzi, a oni mają do mnie prawo. Jestem wdzięczny nie tylko za to, że pokazują mi, jak żyją, ale także czym żyją, a najbardziej za to, kim są. Oby to nie zanikło!
ks. Łukasz Kleczka SDS

Salwatorianin, ksiądz od 1999 roku. Ukończył studia w Bagnie koło Wrocławia, Krakowie i Rzymie. Pracował jako kierownik duchowy i rekolekcjonista w Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, duszpasterz i katecheta. W latach 2011-2018 przełożony i kustosz Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Merrillville w stanie Indiana. Był przełożonym wspólnoty zakonnej salwatorianów w Veronie, New Jersey.








